Einai
Tadeusz Bartoś

Rozważania biblijne

Listopad 2005

20 listopada 2005

Mt 25, 31-46
Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! 35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; 36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". 37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" 40 A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". 41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! 42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; 43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie." 44 Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" 45 Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego".

Obrazy przekazywane w Piśmie Świętym skłonni jesteśmy w naszej nowoczesnej epoce uznawać za sprawozdanie z wydarzeń. W ten sposób wysłuchana przed chwilą przypowieść Jezusa brzmi w uszach człowieka nowoczesnego jakby była szczegółowym zapisem tego, jak będą wyglądały wydarzenia u końca historii.

Ten błąd, niezrozumienie sposobu wypowiadania się ludzi w czasach Jezusa, niestety prowadzić może do zupełnego minięcia się z sensem Jego nauki.

W tamtych czasach bowiem, opowieść, mowa symboliczna, były istotnym środkiem przekazu. W naszej epoce tymczasem znikła ona i mamy skłonność do myślenia w sposób niesymboliczny, konkretny, faktograficzny.

Trzeba więc nam ponownie uczyć się czytać symbolicznie teksty symboliczne, by zrozumieć przekaz w nich zawarty. Trzeba nam także uczyć się myśleć na sposób symboliczny.

W związku z tym przypowieść Jezusa, którą dziś usłyszeliśmy odczytywać trzeba by przede wszystkim jako pouczenie, zachętę, wezwanie do działania. Jej celem jest nie tyle opis przyszłości - "jak to będzie", lecz raczej koncentruje się ona na teraźniejszości. To słuchający słów Jezusa uczniowie mieli zastanowić się nad swoim życiem. Jezus przemawia do nich nie po to by zaspokoić ich naturalną ludzką ciekawość dotyczącą przyszłości, której jeszcze nie ma, lecz by obudzić w nich wrażliwość na drugiego człowieka. Nie chodzi przy tym jakąś ogólną wrażliwość, lecz o jej bardzo konkretny sens.

Mówi uczniom, że to, co robią dla innych ludzi, to tak jakby robli dla Niego samego. Znamy te słowa, może nawet przyzwyczailiśmy się do nich. Wydają się niekiedy wręcz oczywiste. Jak amen w pacierzu. "Nihil novi sub sole".

Jednak zastanówmy się raz jeszcze nad ich sensem. Ta ogólna zasada nie jest bowiem wcale taka ogólna, jak może się wydawać.

Trzeba bowiem uprzytomnić sobie okoliczności, w których Jezus te słowa wypowiada. A był to szczególny kontekst. Otóż Jezus, kiedy opowiada tę przypowieść nie był z pewnością dla uczniów kimś obcym. Oni już wtedy byli do Niego przywiązani, szanowali Go, pewnie można by powiedzieć, że Go uwielbiali. Podziwiali i wierzyli, że jest wielkim człowiekiem, który wybawi Izraela. Niektórzy, jak Piotr, wyznali swoją wiarę w Jego mesjańską misję, choć rozumieli ją inaczej, niż rozumiał ją sam Jezus.

To jest ten szczególny kontekst. Uczniowie przywiązani do Jezusa, lubiący Go po ludzku i podziwiający, inaczej odbierają Jego słowa, aniżeli Ci, dla których Jezus był kimś obcym, nieznanym obojętnym. Nie możemy zapomnieć o tym, bo nie zrozumiemy tego nauczania. Będzie ono dla ans abstrakcją, regułą tak oczywistą jak pustą zarazem, bo pozbawioną treści ludzkiego doświadczenia.

Słowa Jezusa są powołaniem się na Jego przyjaźń z uczniami, kiedy mówi: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". "Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili".

W imię tej przyjaźni, w jej ramach i nią motywowani uczniowie mają żyć w tym świecie. Ich przyjaźń z Jezusem, treść tej przyjaźni, jej znaczenie, wymowa, mają jakby rozciągać się na innych ludzi.

To właśnie doświadczenie dobra pozwala nam na czynienie dobra wobec innych. Dobro zaznane może być odwzajemnione. Dopiero, gdy nauczymy się przyjaźni, możemy przyjaźnie odnosić się do ludzi, którzy naszymi przyjaciółmi nie są.

Ta szczególna więź Jezusa z każdym człowiekiem wymaga refleksji, jako że jest wzorem przyjaźni człowieka z Bogiem. Zobaczmy więc, że jest ona ludzka, stworzona na ludzki sposób. Jezus najwyraźniej nie domaga się porzucenia człowieczeństwa, przeciwnie im bardziej ludzcy jesteśmy, tym, wydaje się, bliżej Boga stajemy.

Jeśli pokutuje gdzieś jeszcze fałszywa ascetyczna duchowość, że trzeba wyprzeć się wszystkiego, co ludzkie, by zbliżyć się do tego, co boskie, nauka Jezusa i Jego postawa powinna być swoistym memento. Bóg stał się człowiekiem, aby ukazać nam, co znaczy być naprawdę ludzkim w codziennym życiu. Wolnym od ideologii, wolnym od uprzedzeń, co znaczy być człowiekiem dla bliźniego.

To właśnie jest owo Królestwo, Królestwo Jezusa. Jezus jest innym Królem, aniżeli władcy tego świata, którzy o władzy tylko myślą i o władzę swoją walczą, pełni niepokoju jak długo ją jeszcze zdołają utrzymać.

Królestwo Jezusa jest - można by powiedzieć - królestwem rodzinnym. Wszyscy należą do rodziny. Wszyscy są rodziną. Każdemu pomóc trzeba, jak rodzinie.

Czy nie jest to piękne nauczanie? Czy nie stanowi ono dla nas w dalszym ciągu wezwania? Czy jego sens nie może być dla nas źródłem mobilizacji? Być może także wezwaniem do refleksji nad tym, czy obcość wobec "nie-swoich" nie zagościła już w naszych sercach. Czy nie dzielimy zbytnio ludzi na swoich i tych innych, obcych zapominając o słowach Jezusa: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".

1 listopada 2005

Mt 5, 1-12a
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy /ludzie/ wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie.

W dniu wszystkich świętych, a więc w szczególnym dniu, który moglibyśmy nazwać dniem zbawienia, dniem wykupu człowieka, wyprowadzenia go poza bramy śmierci, myślimy o tej szczególnej tajemnicy Boga, który chce ocalić każdego człowieka.

To jedno z piękniejszych imion Boga: "Ocalenie".

On przynosi nam wyzwolenie.

A jednak ocalenie i wyzwolenie nie jest dane nam teraz, tu na ziemi w całości. W naszym życiu wszystko jest jakimś procesem, następstwem wydarzeń, dzianiem się i ciągiem kolejnych sytuacji. Takim procesem jest także droga ocalenia człowieka, uratowania go od zniszczenia i śmierci.

Wsłuchajmy się więc w słowa dzisiejszej Ewangelii. Jest to dobrze nam znane Kazanie na Górze. Można by powiedzieć, manifest programowy religii Jezusowej, nowe prawo Jego Królestwa.

Jeśli zaś jest ono nowym prawem, wskazuje nam zapewne drogę ocalenia.

Błogosławieni, o których mówi Ewangelia, to inaczej szczęśliwi, a szczęśliwi możemy być przecież dopiero wtedy, gdy doznajemy ocalenia.

Kto więc zostaje ocalony? Kto jest Bożym ocaleńcem? Jezus nazywa ich po imieniu: to ubodzy w duchu; ci, którzy się smucą, cisi; to ci, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, miłosierni, czystego serca, którzy wprowadzają pokój, cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości.

Przyznajmy szczerze, trudno zrozumieć te słowa. Co właściwie mamy zrobić, gdy słyszymy taką naukę? Czy mamy siedzieć zawsze cicho i nic nie mówić, czy mamy żyć w smutku? Przecież nie może o to chodzić. Zapewne nie to było intencją Jezusa.

Jego nauka, jak widzimy, nie jest łatwa do zrozumienia. Nie daje On nam precyzyjnych szczegółowych instrukcji jak kiedy postępować. Chce raczej obudzić nas jakby do własnego myślenia, do osobistej refleksji. Skoro nie rozumiemy, musimy zacząć pytać co tak naprawdę mówi Jezus, kiedy wspomina o duchowym ubóstwie, cichości, pragnieniu sprawiedliwości i czystym sercu.

Każdy z nas w tych słowach zostaje wezwany jakby osobiście, "po imieniu", zaproszony do własnej refleksji. By samemu (nie w grupie) zwrócić się ku tym słowom z ciekawością pytającego. Dopiero gdy sami pytamy, dopiero wtedy sami się angażujemy. Wtedy też jasne staje się, iż zależy nam na słowach Jezusa. A to warunek rozumienia Jego nauki. Ona nas prowadzi, jest drogą ku szczęściu, ku ocaleniu.

A jak będzie wyglądało owo szczęście? Nie wiemy tego. Jesteśmy przecież pielgrzymami do świata, którego nie znamy. Pisał o tym św. Paweł: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor, 2, 9).

Droga jest naszym światłem. Drogą jest Jezus.

Październik 2005

30 pazdziernika 2005

Mt 16, 13-19
Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: "Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?" 14 A oni odpowiedzieli: "Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków". 15 Jezus zapytał ich: "A wy za kogo Mnie uważacie?" 16 Odpowiedział Szymon Piotr: "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego". 17 Na to Jezus mu rzekł: "Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. 18 Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. 19 I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie".

Zapytać możemy, co oznaczają słowa Piotra: "Ty jesteś Mesjasz, Syna Boga żywego". Rozumiemy słowa, czy jednak pojmujemy tajemnicę, kryjącą się za tym wyznaniem pierwszego z Apostołów.

Spróbujmy przez chwilę wniknąć umysłem i sercem w ten moment. Co czuł św. Piotr, kiedy to mówił? Co miał na myśli, gdy nazywał Jezusa Mesjaszem, Synem Boga!

Czy powtarzał tylko stare formuły, o których słyszał od dzieciństwa, że przyjdzie Mesjasz i że On ocali Izraela? Jezus zaświadcza, że zrozumiał coś więcej! Co więc objawił mu Ojciec, który jest w niebie, że Piotr zawołał: "Ty jesteś Mesjasz"?

Łatwo jest mówić słowa, trudniej jest docierać do ich sensu. Słowa płyną z ust człowieka potoczyście i kwieciście. Nie wiele kosztuje wydeklamować Wierzę w Boga, lecz wniknąć w jakiś sposób w ukrytą za tymi słowami tajemnicę ? oto trudne i wymagające zadanie ucznia Chrystusowego.

Kiedy zatrzymujemy się na tej powierzchni słów, gubimy wiarę, tracimy jej sens, tworzymy światopogląd, system myślenia, zwyczajów, opinii, przekonań.

Na to chciałbym zwrócić uwagę słuchaczy, że słowa Ewangelii, choć zrozumiałe w swej powierzchniowej warstwie, gdy chcemy dotrzeć do ich głębi, stają przed nami jako tajemnica. One prowadzą nas przed tajemnicę. Przed jej Majestat.

Cóż to za tajemnica? To tajemnica samego Boga.

Spośród krążących na temat Jezusa opinii, że jest Janem Chrzcicielem, który powstał z martwych, że jest prorokiem, który miał przyjść powtórnie, Eliaszem, albo też Jeremiaszem, Jezus wybiera odpowiedź Piotra.

Wiemy więc już, idąc za słowami Piotra, że Jezus jest Synem Boga. Pytać jednak nam trzeba dalej o sens i znaczenie tych słów.

Oto staje przed nami Mesjasz, obiecany, zapowiedziany, lecz tajemniczy. Oto dopełnia się czas zapowiedzi.

Trzeba nam zbliżyć się do tej tajemnicy, wyruszyć w drogę, ku głębi tajemnicy Boga, pytając kim jest ów "Syn Boga żywego"?

Nie przekaże tego kazanie, żadne ludzkie słowa nie potrafią wyrazić prawdy o Synu Boga. Idziemy więc drogą pytania, trwania w zapytywaniu, by odsłonił się przed nami choćby rąbek tajemnicy. Jezus sam mówił o sobie, że jest drogą. W tę drogę trzeba nam wyruszyć, byśmy mogli odkryć Go jako naszą drogę. Tajemnica ukrywa się i odsłania zarazem, blisko jest i daleko. W zasięgu ręki jakby i w oddali, niknie za horyzontem. Oto tajemnica Boga żywego.

Zapytywanie więc, trwanie w pytaniu o to, co najważniejsze, najcenniejsze, o Boga: kim jest? Jak rozumieć Jego imię? Jak poznać Tego, który przekracza niebo i ziemię? ? Oto droga królewska, oto droga wiodąca do Jezusowego Królestwa.

16 pazdziernika 2005

Mt 22, 15-21
Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Go w mowie. 16 Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: "Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. 17 Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?" 18 Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: "Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? 19 Pokażcie Mi monetę podatkową!" Przynieśli Mu denara. 20 On ich zapytał: "Czyj jest ten obraz i napis?" 21 Odpowiedzieli: "Cezara". Wówczas rzekł do nich: "Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga".

Słowa dzisiejszej Ewangelii ukazują nam faryzeuszów, którzy starają się pochwycić Jezusa w mowie. Taki scenariusz wydarzeń pojawia się często w Ewangeliach. W ostatnich tygodniach czytamy w czasie mszy świętych wiele podobnych historii.

Faryzeusze i zwolennicy Heroda byli przekonani, że Jezus przyszedł głosić naukę z tego świata, że przyszedł budować ziemskie królestwo. Widzą więc w Nim konkurencję, chcą mu przeciwdziałać, by nie stał się zbyt silny, by nie zdobył pozycji i władzy, do której oni aspirowali.

Nie pojmują misji Jezusa. On nie chce, jak widzimy ingerować w organizację ziemskiego życia, np. w system podatków itp. Nie podważa praw ziemskich, mówi: "oddajcie Cezarowi co jego, a Bogu co boskie".

Jezus przyszedł nauczać o innym Królestwie, Królestwie Boga. Ono rządzi się innymi prawami, które nam ludziom ziemskim trudno jest niekiedy pojmować.

Nawet dziś tak trudno nam to zrozumieć!

Łatwo mylimy to, co boskie z tym, co należy się ludziom.

I tak np. jest rzeczą zaskakującą, kiedy widzimy, słyszymy o osobach, które z pewnością można by określić jako pobożne, regularnie chodzące na mszę i do spowiedzi, komunii św., które nie płacą podatków, oszukują zaniżając sztucznie zyski, lub w ogóle je ukrywając.

Takie zwyczaje panują dość powszechnie w naszym kraju, tak powszechnie, że wręcz myślimy, że nie jest to w ogóle coś złego.

Takie myślenie nie omija duchownych. Mówiła mi znajoma, że kiedy poszła do spowiedzi dopytując się w kwestiach podatkowych, ksiądz machnął ręką tak, jakby płacenie lub nie płacenie podatków w ogóle nie było problemem moralnym.

Spraw i kwestii tego rodzaju jest więcej, nie tylko podatki. Cóż powiedzieć o nagminnym załatwianiu zwolnień lekarskich L4. Jest w nas przyzwolenie na nieuczciwość w tych dziedzinach. To m.in. owoc ostatniej 45-cio letniej historii naszego kraju.

Państwo oszukiwaliśmy, bo nie było to nasze państwo. Tradycję mamy długą: najpierw były zabory, później okupacja, a na końcu Polska ludowa.

Dziś jednak mamy własne państwo, własny dom. Kto zadba o niego, jeśli nie my sami? Troska o dobro kraju nie jest jedynie obowiązkiem polityków, nie można oszukiwać państwa i zarazem zgłaszać do niego pretensje.

Wiem, że sprawy te wymagają czasu, przestawienia się na inne tory myślenia i działania. Ale już czas nadszedł, by o tym pomyśleć, by za to się zabrać.

Mamy dziś dzień papieski. O tych między innymi sprawach papież Jan Paweł II mówił wiele, można by powiedzieć, iż sprawy społeczne były jego ulubionym tematem. Pisał encykliki o ludzkiej pracy Laborem exercens, pisał o trosce sprawy społeczne: Solicitudo rei socialis, Centessimus annus, i wiele innych. Zastanawiał się tam nad naturą rynku, konkurencji, co zrobić by w całym tym złożonym nowoczesnym świecie nie zapomnieć o człowieku słabym i bezbronnym.

Gdy był w Polsce w nieciekawych latach 80-tych, kiedy to tyle nadziei ludzkich zostało zabitych, mówił o tym, iż trzeba nam pracy nad pracą. Byśmy umieli w swej pracy budować swoje życie, by praca nie niszczyła nas, lecz kształtowała.

Także dziś potrzeba nam takiej pracy. Zrozumienia, iż jest coś takiego jak dobro wspólne, dobro społeczne, że nie żyjemy tylko dla siebie, ale także dla innych, że na naszych barkach spoczywa (proporcjonalnie) także troska o wspólne sprawy. Podatki to jeden z elementów i wyrazów tej solidarności, o której się tyle mówi. Płacąc podatki dzielisz się z innymi, wspierasz innych, którzy bez ciebie nie mogliby żyć, działać.

Podatki jednak to nie jedyny sposób uczestnictwa w trosce o wspólne dobro. Wybranie się do urny wyborczej to też zapewne nie jest szczyt naszych możliwości obywatelskich. Nie chcę za dużo moralizować, ale warto pomyśleć nad tym niekiedy. Warto zapytać siebie, czy w ogóle taki problem staje przed mymi oczyma: co mogę zrobić dla innych w sferze publicznej, społecznej? W moim bloku, osiedlu, gminie, mieście itd. Nie dajmy się zamknąć w swoim domu i pogrążyć w trosce tylko o własne sprawy.

Jezus nie przyszedł budować królestwa ziemskiego: choć był posłany od Boga nie stawiał się ponad prawem świata, w którym żył. Bycie chrześcijaninem nie zwalnia nas z respektowania praw ziemskich.

Przeciwnie każe nam życie doczesne czynić coraz bliższym ideału, który płynie z nauki Jezusa o miłości bliźniego, z Jego przeciwstawienia się ludzkiemu poniżeniu i krzywdzie.

2 pazdziernika 2005

Mt 21, 33-43
Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. 34 Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. 35 Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. 36 Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. 37 W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. 38 Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: "To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo". 39 Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. 40 Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami?" 41 Rzekli Mu: "Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze". 42 Jezus im rzekł: "Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. 43 Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.

Dzisiejszą przypowieść Jezusa możemy odczytywać jako metaforę ludzkiego stosunku do władzy. Widzimy w niej gospodarza, który nie radzi sobie z utrzymaniem dyscypliny wśród pracowników.

Wygląda więc na to, że gdy władza okazuje słabość, to zostanie wykorzystana. Kontrola, weryfikacja - oto czego nam potrzeba: jesteśmy dobrzy, kiedy trzymają nas krótko. "Pańskie oko konia tuczy". Zachowujemy prawo, gdy grożą nam wysokie i nieuchronne kary. Nie pilnowany magazyn, nie pilnowany sklep nie ma racji bytu.

Ludzkie zło wymaga, by trzymać nad wszystkimi nieuchronny bat, miecz prawa. Takie gorzkie jest, jak się wydaje się rozpoznanie świata ludzkiego, które wyczytać możemy z tej przypowieści. Nie należy generalizować, jednak nierzadko jest tak właśnie jak w przypadku sług posłanych do rolników w winnicy: bez wsparcia siły przemocy, władzy, okazują się bezradni, wystawieni na łup.

Z powyższej historii możemy wysnuć także inny, ogólniejszy wniosek: prawem tego świata jest prawo silniejszego. To zwycięzcy mają rację, do silniejszych należy prawda, racja i prawda, słabego nie istnieje. Trzeba być silnym, by przebić się ze swoimi racjami, by wygrać. Prawda służy walce o władzę, pozycję i dominację.

Jeśli więc słudzy gospodarza pojawiają się jako słabi, to natychmiast zostają zadeptani. Ich słabość jest jak czerwona płachta na byka. Oto pojawia się unikalna szansa, przedstawiciel możnowładcy przychodzi bezbronny. Toż to pokusa nie do pogardzenia. Uderzając w sługę uderzamy w jego Pana. Czyż nie jest to satysfakcja, dokuczyć despocie. Jedyna w swoim rodzaju okazja, którą trudno przepuścić: "Rolnicy - czytamy - chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali".

Myślą sobie rolnicy: "Czego chce od nas Pan, który jest słaby: słaby jest śmieszny, żałosny". "Niech wraca do siebie". Mówią krótkowzrocznie.

Walka o władzę nie tylko czyni krótkowzrocznymi, lecz wręcz zaślepia. Łatwo o nierozumny kult władzy. Kiedy to rację mają silniejsi, sprawniejsi, sprytniejsi, zdrowsi, kiedy szybkość jest gwarancją słuszności i prawdy!

W tym wszystkim najdziwniejsze jest zachowanie gospodarza. Czyżby nie wiedział, z kim ma do czynienia? Czyżby nie rozumiał jak się na tym świecie rządzi ludźmi? Czy nie słyszał, choć jest możnowładcą, że wlasnie "pańskie oko konia tuczy"? Dlaczego nie przyjmuje do wiadomości, że ludzie są źli, leniwi, gnuśni, i jak tylko mogą to oszukają?

Posyła sługi i dlaczego nie wyciąga wniosku? Posyła następne. Ci także zostają pobici i pozabijani. Co to za możnowładca, który nie przyjdzie i nie ukaże zabójców? Gdzie sprawiedliwość, gdzie rozsądek, poczucie słuszności? W zamian za to, o zgrozo, posyła on własnego syna, jedynego, na śmierć go wydając niechybną. Dlaczego?

To bardzo dziwne. Może nie chciał, nie mógł, nie potrafił zobaczyć przestępcy w obliczu człowieka? Może widział w każdym człowieku dobro, a ślepy był na ludzką złość, nikczemność? Myślał może, że to nie siła i przemoc mają mieć głos ostateczny.

Dziwny ten gospodarz jest obrazem Boga. Boga, co jawi się jako słaby i bezradny. Boga, co nie chce przyjąć do wiadomości prostego faktu, iż rolnicy są źli i walczą z Nim, władzy przemocą szukają.

Istnieje bowiem inna moc i siła, która nie na ziemskiej walce o władzę się opiera. Zbliżamy się do ducha Jezusa, kiedy umiemy rozpoznawać jej znaki.

Duch Jezusa jest duchem pokoju, pokoju będącego ujawnieniem się mocy duchowej w ludzkiej bezsile. Oto paradoks mocy Ducha: ujawnia się tam, gdzie prawdziwa (nie udawana) słabość, brak władzy, zagrożenie.

Moc Jezusa ujawniła się kiedy władza zrobiła z nim co chciała, kiedy upokorzyła go, wgniotła w ziemię, starła. W klęsce jest zwycięstwo. Zwycięstwo jednak inne, nie to doczesne. Zwycięstwo doczesne skończyć musiałby się rewanżem. Tymczasem Jezus uczy inaczej. Uczy przegrywać. Leszek Kołakowski trafnie kiedyś powiedział, że chrześcijaństwo jest sztuką przegrywania życia. Tak jak przegrał Jezus, gdy zabito go na krzyżu.

Tam jednak narodziło się Jego nowe życie. Inne niż to, jakie znamy - zanurzone w tajemnicy Boga. Ono pozostaje tajemnicą, nie jest doświadczeniem cielesnym, czy psychicznym. Te bowiem związane są zawsze z władzą i dominacją. Jest transcendentne wobec ludzkich uwarunkowań. Życie w Duchu, Duchu Świętym wolne jest ostatecznie od walki o władzę. Tam właśnie jest Królestwo Jezusa.

Wchodzimy na drogę Królestwa, kiedy tak jak gospodarz z przypowieści, chcemy człowieka dojrzeć w człowieku. Kiedy - ryzykując - nie chcemy w nim widzieć tylko zła. Gospodarz bandytów traktował jak przyjaciół, okazywał im zaufanie i życzliwość. Oto Królewska droga, dostrzec - wbrew nadziei - człowieczeństwo każdego człowieka: ujrzeć jego twarz, która przemawia słowami: "bądź dla mnie dobry", "kochaj mnie".

Wrzesień 2005

18 września 2005

Mt 20, 1-16
Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. 2 Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. 3 Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, 4 i rzekł do nich: "Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam". 5 Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. 6 Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: "Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?" 7 Odpowiedzieli mu: "Bo nas nikt nie najął". Rzekł im: "Idźcie i wy do winnicy!" 8 A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: "Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!" 9 Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. 10 Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. 11 Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, 12 mówiąc: "Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty". 13 Na to odrzekł jednemu z nich: "Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? 14 Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. 15 Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" 16 Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi".

Jezus w swym nauczaniu nie ułatwia nam zrozumienia jego myśli. Mówi przypowieściami, które trudno interpretować jednoznacznie. Są nauki Jezusa otwarte na wielość zrozumień, jakby chciał naszego wysiłku i zaangażowania, byśmy sami zdobyli się na wsłuchanie w Jego słowa i sami odnaleźli słowo, które przemawia do naszych serc.

Trudne jest więc zadanie kaznodziei, interpretatora słów Jezusa. Kiedy powiedziałbym wam, co wg mnie Pan Jezus miał na myśli, wtedy zapewne powiedziałbym także coś, czego On w ogóle nie miał na myśli. Pójdźmy więc drogą pytań, otwierania możliwości zrozumień, by razem rozpocząwszy drogę, później już każdy z nas samodzielnie, zwrócił się myślami ku tym słowom.

Przypowieść Jezusa mówi o Królestwie. Słowo "Królestwo" jest metaforą rzeczywistości, którą Jezus chce przybliżyć słuchaczom. My tej rzeczywistości nie znamy, nie rozumiemy, nie można jej wskazać palcem. Nawet jeśli chcemy zrozumieć coś z jej tajemnicy, nie możemy tego pojąć w całości teraz.

Pytamy więc cóż jest tym Królestwem. I słyszymy prosty obraz, najprostszy z możliwych i codzienny z czasów Jezusa. Gospodarz najmuje stojących na rynku robotników z rana do pracy u siebie.

Zwróćmy uwagę jednak, że gospodarz wynajął wszystkich, jacy się pojawili. Wynajął także tych, którzy przyszli później, i jeszcze później. Także tych, którzy przyszli w ostatniej godzinie. To, co na początku w zachowaniu gospodarza było naturalne, teraz okazuje się być dziwne. Powstaje więc w nas pytanie, co dowiadujemy się o Królestwie, którego obrazem jest ten gospodarz.

Tu ujawnia się jedna z fundamentalnych cech Królestwa ? nikogo nie odrzuca, wszystkich przyjmuje. Metafora Królestwa mówi o takim świecie, w którym nikt nie zostaje wykluczony, odrzucony, a wszyscy zostają przygarnięci. Tak jesteśmy zbudowani, taka jest nasza historia, że odrzucenie przez podstawową grupę przynależności sprawia nam ogromny ból. Symbolem tego niech będzie ojciec, który wypiera się dzieci czy odwrotnie; mąż czy żona którzy wypierają się miłości. W społecznościach pierwotnych, plemiennych nasi słowiańscy przodkowie, wykluczonego z grupy uważali za martwego: poza kolektywem człowiek przestaje istnieć. Wykluczenie jest poniekąd zabiciem człowieka, jego poniżeniem i podeptaniem.

Królestwo to miejsce, w którym gospodarz przyjmuje wszystkich i nikogo nie wyklucza, nie stawia warunków: wpuszczę Cię, ale pod warunkiem, że się zmienisz, będziesz inny, taki jak ja tego chcę.

Zatrudnianie ludzi na godzinę przed zmrokiem to jeszcze nic w porównaniu z późniejszym zachowaniem gospodarza. Proszę sobie wyobrazić, że wszystkim każe wypłacić tak samo.

Dlaczego Jezus mówi nam tę przypowieść, dlaczego w tak prowokacyjny sposób próbuje naruszyć nasze przekonanie o sprawiedliwości?

Czego dotyczą te słowa, jeśli nie są instrukcją wynagradzania pracowników? Jaki jest ich sens metaforyczny? Dotyczą Królestwa, tej duchowej rzeczywistości. Czego więc dowiadujemy się o Królestwie słysząc te słowa? Gospodarz jak wszystkich przyjmuje tak wszystkich wynagradza. Ujawnia się w tym intuicja dobroci nieskrępowanej ludzką kalkulacją. Intuicja tej dobroci jest zarazem intuicją Królestwa.

Okazuje się jednak, że ta dobroć drażni, dobroć drażni im bardziej jest prawdziwa tych wszystkich, którzy kalkulują. Szczera dobroć jest jak wyrzut, dla dobroć udających.

Gospodarz pyta wprost: masz mi za złe, że ja jestem dobry. Przedziwna jest logika Królestwa, która bardziej nagradza mniej zasłużonych.

Pomyślmy więc jak wyglądać by musiały stosunki międzyludzkie np. w rodzinie, gdy przyjąć wyznaczony tu przez Jezusa model? Byłaby to dobroć, która nie musi się tłumaczyć ze swej dobroci. Ona też wymagałby przyjęcia życia wolnego od rywalizacji i zazdrości. v

Czy jednak w tym świecie możemy żyć bez rywalizacji, przyglądania się bez zazdrości sukcesom drugiego? Może Królestwo oznacza jakiś stan doskonały w niebie, tu na ziemi nieosiągalny. Rzeczywiście jest to rodzaj ideału.

A jednak słowa Jezusa potrafią otworzyć wnętrza człowieka, na intuicję, która choć trudna do natychmiastowego wcielenia, ma swój głęboki sens.

Jezus wskazuje na inny, bardziej człowieczy sposób bycia człowiekiem, bycia ludzi razem ze sobą. Ideał porusza i przyciąga, skłania do myślenia o tym, co lepsze. I taki jest także sens nauki Jezusa, jego przypowieści o gospodarzu, który przyszedł rano na rynek zatrudnić pracowników u siebie w winnicy.

Lipiec 2005

24 lipca 2005

Mt 13, 44, 52
Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. 45 Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. 46 Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. 47 Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. 48Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. 49 Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych 50 i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. 51 Zrozumieliście to wszystko?" Odpowiedzieli Mu: "Tak jest". 52 A On rzekł do nich: "Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare".

Królestwo, o którym mowa w dzisiejszej Ewangelii otacza tajemnica. Królestwo, które ma przyjść nie jest własnością człowieka, nie człowiek jest jego twórcą. By tajemnicę Królestwa przybliżyć, Jezus używa porównań, przenośni. Mówi do nas językiem poezji, a nie instrukcji, czy, jak to robili uczniowie, rozważań kto jakie stanowisko zajmie w tym Królestwie, gdy ono już nadejdzie.

To jest inne Królestwo - jest Królestwem Boga.

Jezus więc pragnie obudzić naszą wyobraźnię, przemawia do intuicji i wrażliwości, otwarcia na to, co nieznane. Jego Królestwo nie jest bowiem z tego świata.

Jezus zapowiada przyjście Królestwa i On sam, jak się później okaże, jest jego wypełnieniem.

Teraz jednak nie rozumiemy, czym jest owa Najbliższa Przyszłość, która nadchodzi, a którą Jezus zwie Królestwem.

Otóż Królestwem jest sam Bóg. On przychodzi skrycie, nie w burzy, nie w wichrze, lecz w cichym podmuchu wiatru, jak czytamy na kartach Biblii. Królestwo Jezusa nie jest demonstracją siły, władzy, potęgi mięśni czy intelektu. Ono przemawia od wewnątrz. Bóg w ciszy mówi do ludzkiego serca.

Przyjście Królestwa to przyjście Boga do człowieka!

By dać zrozumieć uczniom drogę człowieka do Królestwa Jezus dokonuje porównań.

Zobaczmy kim są ludzie, których Jezus porównuje z Królestwem.

Pierwszy znalazł skarb. I co robi? Chce zdobyć ten skarb ukryty w roli.

A więc ludzie Królestwa to ci, którzy odkrywają skarb. Ci, którzy w swym życiu mają coś, co dla nich cenne, najcenniejsze. Harry Potter, nie wiem czy mogę przywoływać jego imię (ale to przecież tylko bajka) miał w swym sercu coś, co zawsze go ratowało, gdy Królestwo zła i ciemności było już blisko: miał w sercu miłość matki. Dla takiej miłości człowiek gotów jest do wielkich poświęceń. Z miłości! Może sprzedać wszystko co ma, by kupić rolę ze skarbem, by kupić drogocenną perłę. I wcale nie ma poczucia, że się poświęca, że jest bohaterem.

Skarbem więc jest miłość. Ona jest drogocenną perłą.

Wyobraźmy sobie jednak człowieka, który skarbu nie ma. Nie znalazł go. Nic dla niego nie jest ważne, nic nie jest bezcenne, wszystko gotów jest kupić lub sprzedać.

Taki człowiek nie odnalazł jeszcze Królestwa. A bez niego przecież nie da się żyć. Taki człowiek nie wie po co żyć, dlaczego, dla kogo. Jest w wielkim niebezpieczeństwie. Może stracić cały sens i radość swego życia. Zniszczyć je gubiąc siebie i innych.

Drogocenna perła i ukryty skarb. Niech one nas wiodą. Ku temu, co najdroższe, gdzie człowiek może być człowiekiem. Gdzie miłość tak naturalna jest jak słońce, jak woda i powietrze: ona bowiem daje życie i rozkwit i dojrzewanie.

Czerwiec 2005

12 czerwca 2005

Mt 9,36-38; 10,1-8
A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. 37 Wtedy rzekł do swych uczniów: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. 38 Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo". Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. Tych to Dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: "Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: "Bliskie już jest królestwo niebieskie". Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!

"Zlitował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza".

Spójrzmy z bliska na Jezusa w tym wydarzeniu. Jezus widzi tłum. Patrzy na niego. Przyglądając mu się, jak słyszymy, zaczyna dostrzegać stan ich duszy. Widzi, że ludzie ci są, jak pisze Ewangelista, znękani. Jakby byli sierotami: nie mają do kogo pójść. A więc chodzą za Jezusem szukając kogoś kto dodałby im otuchy, kto wsparłby ich, pomógł im.

Jezus przywołuje obraz bliski żydom palestyńskim w tych czasach. Są jak owce bez pasterza. Owce bez pasterza w górach zginą. Nie znajdą drogi do domu, przeżyją strach, śmiertelny strach, zgubią się.

To jest punkt widzenia Jezusa. To jest kontekst w którym rozpoczyna on swoją działalność. Widzi ludzi, patrzy na nich i dostrzega, że potrzebują pomocy. A w sobie dostrzega moc, siłę pasterza, tego, który może udzielić im pomocy.

Jakby ludzka niedola była wezwaniem dla Jezusa.

I uogólniając i poszerzając wymowę tej sceny: Bóg przychodzi do człowieka, widząc jego los, jego niedolę. Przyszedł przez Jezusa i teraz, jak wierzymy chce przychodzić w Kościele.

Dlatego trzeba nam stawiać sobie pytanie czy my, będąc Kościołem, jesteśmy wierni temu pierwotnemu odczuciu Jezusa, konstytututywnemu dla jego misji: że bliźni potrzebuje pomocy, współczucia i zrozumienia.

Głoszenie Ewangelii, to przyjście z pomocą bliźniemu w jego potrzebie. To dostrzeżenie jego potrzeby. Nie wmówienie mu potrzeby, ale jej odkrywanie.

Jezus wejrzał w serca ludzkie. I to jest Jego nauka dla nas. Trzeba więc pytać siebie samych dalej: czy chcemy zwrócić uwagę na to, co w sercu drugiego człowieka się kryje? Czy obchodzi nas to jeszcze, dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuje, dlaczego tak myśli, kim jest?

Jezus mówił o ludziach, na których patrzył, że byli znękani jak owce bez pasterza. To stało się dla niego punktem wyjścia do działania. Nie pozostał bierny. Cała ta scena Ewangeliczna pokazuje, że Jezus działa spontanicznie: zobaczył potrzebę i reaguje na nią. Nie jest bynajmniej kimś, kto wszystko, co zrobi w czasie swej ziemskiej misji, z góry sobie zaplanował szczegółowo. Reaguje żywo na to, co widzi, co spotyka na swej drodze.

Czy mogła być lepsza reakcja? Posłuchajmy raz jeszcze słów Ewangelii:

"Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości".

Rozsyła uczniów był uwalniali ludzi od tego, co ich trapi. Posyła ich by nieśli ulgę ludziom zgnębionym przez zło duchowe, przez zło i cierpienie fizyczne.

I w tym dla nas także nauka, której pewnie nie zawsze słuchać chcemy. Jezus zrobił, co mógł, by ulżyć biednym ludziom. Posłał uczniów, wszystkich których miał i dał im władzę jaką miał.

A czy my robimy wszystko, co w naszej mocy by ulżyć doli tych, którzy stają na naszej drodze?

Czy w ogóle chcemy dostrzec ich świat, spojrzeć tak jak oni patrzą, zrozumieć człowieka potrzebującego pomocy?

Nie chcę moralizować, nie chcę pogrywać na poczuciu winy: to jest bardzo łatwe i nadużywane.

Ale jednak, naszą wrażliwość etyczną trzeba pielęgnować bo ona ginie pierwsza.

To nie jest prosta rzecz, to być może najtrudniejsza sztuka w życiu: widzieć nie tylko siebie i swoje sprawy. To wymaga odwagi, a nam jej brakuje. Lęk, obawa o siebie, swój los, swoją przyszłość, paraliżuje niekiedy: zamyka nas w egoizmie. Święty Jan Ewangelista w pierwszym liście pisał, że prawdziwa miłość usuwa lęk, a kto żyje w lęku nie wydoskonalił się w miłości. Kiedy żyjemy w lęku o siebie, nie będziemy mieli sił pomyśleć o drugim człowieku.

Pierwszym krokiem jest dla każdego z nas stanięcie w prawdzie, poznanie ile we mnie jest zmartwienia tylko o siebie, które nie pozwala już spojrzeć na drugiego by dostrzec go w prawdzie: tak jak rozbił to Jezus, gdy patrzył na tłum.

A miłość. Cóż pięknie się o niej mówi. Przez wszystkie przypadki się ją odmienia. Niekiedy bez specjalnego skutku. Miłość bowiem, poza wszystkim, jest łaską, boskim darem. Gdy pozostajemy sami, zamykamy się w sobie. Dopiero boski duch miłości może otwierać nasze serca. Prośmy więc o tego Ducha, by otwierał krok po kroku nas, byśmy umieli widzieć świat otwartymi oczyma, i umieli przyjść z pomocą tym, których przysyła nam Jezus.

Maj 2005

15 maja 2005. Zesłanie Ducha Świętego

Gdy pytamy o Ducha Świętego, kim jest, tak jak każde pytanie o Boga, kim On jest, pozostaje jakby bez odpowiedzi, wprowadza w tajemnicę, każe pytać dalej, trwać w pytaniu.

Tajemnica życia Boga pozostaje bowiem zakryta przed nami.

A jednak już teraz w tę zakrytą tajemnicę wprowadza nas On sam. Możemy więc pytać kim jest ów tajemniczy Duch. Duch Obecności, Duch Jezusa; posłany przez Ojca. Ten, który działa w świecie, w Kościele, w sakramentach, który jest obecny wszędzie tam, gdzie jest prawda, który nie ma granic (także granic wyznaniowych). Bo wszelka prawda, gdziekolwiek byśmy natrafili na jej ślady, równocześnie jest miejscem obecności się Ducha Prawdy.

Kim jest ów tajemniczy Duch?

On jest Duchem miłości. Jest miłością samą, która działa w świecie. Mówi się w teologii Trójcy Świętej, że jest więzią Ojca i Syna. A jest to więź miłości.

Cokolwiek więc z miłości znajdziemy na świecie, tam był już Duch Święty. Cokolwiek dobrego, ludzkiego i serdecznego - tam wszędzie jakby w prześwicie odsłania się i skrywa równocześnie tajemnica Niewidzialnego.

Może tak warto byłoby pomyśleć o Nim. Nie jako eksperci od Ducha Świętego, nie jako przekonani pysznie, jakobyśmy wiedzieli kiedy i co mówi Duch. Jego obecność, tak jasna, pozostaje zarazem ukryta. Myśli Boga, powiada Psalmista, nie są naszymi myślami i Jego ścieżki naszymi drogami.

A jednak Jego obecność przepełnia oblicze ziemi. A otwieranie serc, otwieranie oczu na tę tajemniczą obecność miłości, która przenika świat, jest drogą duchowego wzrostu człowieka.

Na początku była miłość. Ona unosiła się nad wodami bezładu i chaosu. To miłość powołała świat do istnienia i ona chce doprowadzić go do swej pełni. Miłość, o której najpiękniejsze słowa wypowiedział św. Paweł. Napisał o miłości, a przecież pisał o Duchu Świętym:

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego...".

Czy nie tego brakuje nam w naszym życiu? I dalej:

"...nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje?".

Słowa te, choć tak piękne, nie potrafią jednak wyrazić pełni tajemnicy Ducha Ojca i Syna. W końcu to tylko słowa. One są drogowskazem, drogą, jakby wehikułem prowadzącym ku pełni Miłości.

Duch Święty zaś w swej pełni pozostaje zapowiedzią, tym, czego się spodziewamy z ufnością - celem naszej nadziei. On, Duch jest imieniem naszej Przyszłości. Jest naszą najlepszą Przyszłością.

Kwiecień 2005

24 kwietnia 2005

J 14, 1-12
Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! 2W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. 3A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. 4Znacie drogę, dokąd Ja idę". 5Odezwał się do Niego Tomasz: "Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?" 6Odpowiedział mu Jezus: "Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. 7Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście". 8Rzekł do Niego Filip: "Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy". 9Odpowiedział mu Jezus: "Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: "Pokaż nam Ojca?" 10Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. 11Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie - wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła! 12Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca.

Usłyszeliśmy dziś jeden z fundamentalnych tekstów Nowego Testamentu. W nim Jan Ewangelista dokonuje teologicznej refleksji nad wydarzeniem Jezusa.

Teologia Janowa ukazuje, że Jezus był obrazem Boga, Jego i k o n ą. Gdy Filip zwrócił się do Jezusa w słowach: "Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy". Jezus odpowiedział: "Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca".

Bóg chcąc opowiedzieć o sobie kim jest, opowiedział nam historię Jezusa z Nazaretu. Gdy chcemy dowiedzieć się kim jest Bóg, wzrok nasz musimy skierować na Jezusa.

Historia Jezusa opisana została w Piśmie Świętym, Jego zapowiadały ukryte znaki i proroctwa Starego Testamentu. Jego słowa i czyny ukazuje Nowy Testament. Chcąc więc poznać Jezusa trzeba nam poznać Biblię.

Najpierw jednak warto zapytać się, czy w ogóle interesuje nas to kim jest Bóg? Czy zastanawiamy się nad tym, czy jest nam to obojętne, bardziej lub mniej? To ważne pytanie, które trzeba by sobie osobiście, nie grupowo, postawić: Kim naprawdę jest Bóg skoro nie możemy Go zobaczyć? Co o Nim wiemy?

Bez pytania, bez trwania w pytaniu, trudno będzie znaleźć odpowiedź. Właśnie zapytywanie jest drogą ku Bogu. Jan Ewangelista mówi, że Jezus jest drogą. A więc On jest tym pytaniem i odpowiedzią zarazem, początkiem i kresem drogi. Trzeba jednak wejść najpierw na tę drogę zapytywania.

Z dogmatu Chalcedońskiego (451) dowiadujemy się także, że w głębi człowieczeństwa Jezusa ukryte zostało Bóstwo, że będąc prawdziwym człowiekiem zarazem pozostawał odwiecznym L o g o s e m, Słowem Boga.

Jednakże oznacza to, że w Nim to, co boskie, pozostaje u k r y t e z a za s ł o n ą człowieczeństwa.

Dlatego jedynie ludzka natura Syna Maryi i Józefa jest nam drogowskazem. Zwykły człowiek, Jezus, historia Jego życia, stały się językiem, w którym przemówił Bóg. Dlatego my, paradoksalnie, poznając człowieczeństwo Jezusa poznajemy boskość Boga. Dlatego także nasze człowieczeństwo jest jedyną drogą do Boga. Im bardziej człowiek jest człowiekiem, tym bardziej ujawnia się w nim jego boski rodowód.

Kim więc był Jezus, Ten, który jest opowieścią Boga o sobie samym? Przyglądając się w Ewangeliach temu, czego dokonywał, widzimy, że był człowiekiem w o l n y m, w unikalnym sensie. Swobodnie, niezależnie od rytualnych ograniczeń, nawiązywał kontakty z ludźmi, wchodził z nimi w zażyłe przyjacielskie relacje, uczył się na ich doświadczeniach. Nigdy nie potępiał, natomiast zakazywał potępiania. Podnosił i wspierał, uzdrawiał i pocieszał.

Reagował na to, co przynosiło życie, nie z punktu widzenia jakieś z góry założonej strategii "ewangelizacyjnej", lecz z potrzeby serca. Spontanicznie i na bieżąco nawiązywał do tego, co działo się podczas Jego spotkań z ludźmi. To ważna lekcja pierwszeństwa człowieka nad strategią, planem i wszelkim z góry ukartowanym zamysłem.

Możemy postawić pytanie, co Nim kierowało? Co nosił w swojej głowie i w swym sercu ktoś, kto w ten sposób się zachowywał? Co było wspólnym motywem spajającym w jakąś ukrytą logikę owe gesty Jezusa, które znamy z Ewangelii? Zdaje się bowiem, że ukryta jest w Jezusie jakaś prawda dla nas niedostępna.

Jezus mówił: "Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli". Ujawnienie się prawdy w szczególny sposób wyzwala człowieka. Poznanie prawdy sprawia, iż człowiek staje się zależny od prawdy, wchodząc na drogę wyzwolenia od innych zależności i zniewoleń. Dlatego właśnie Jezus wszedł w konflikt - powiedzielibyśmy dziś - z "urzędem nauczycielskim" ówczesnego judaizmu: faryzeuszami i kapłanami świątynnymi. W imię prawdy. Nigdy też nie stosował chwytów dyplomatycznych czy uników, by konflikt załagodzić. Nie bronił się, gdy stanął przed Piłatem! Pytamy dlaczego? Albowiem unikał On wszelkiej gry o władzę, o wpływy czy siłę własnego oddziaływania. Był nastawiony na świadectwo. I w tym pozostawał wewnętrznie wolny.

Tchórzostwu i konformizmowi Jezus przeciwstawiał osobistą odwagę; bezczelności i agresji przeciwników - cichość i pokorę; postawie ucieczki od świata i ludzi - życie w otoczeniu przyjaciół; systemowi patriarchalnemu przeciwstawiał własny styl życia, w którym traktował kobiety jako równych partnerów rozmowy, a nie jako własność mężczyzny.

Jezus był przykładem dojrzałego człowieka, który pozostał wierny swoim przekonaniom i potrafił o nich mówić, równocześnie zachowując postawę dialogu i wymiany myśli ze swoimi oponentami. Przyświecała mu chęć odkrywania prawdy, a nie pokonania przeciwnika i zniszczenia go w sporze. Lektura Ewangelii pozwala nam dostrzec, że bynajmniej Jezus nie był kimś zacietrzewionym, który musi zawsze postawić na swoim, by jego racja była na wierzchu. Nie był szaleńcem kuszącym i prowokującym władze. Nie szukał śmierci, to ona przyszła po Niego. Chciał tylko pozostać wierny sobie, prawdzie swojego życia. I to wzbudziło lęk, niepokój, a później także irytację, wściekłość i morderczą nienawiść. Postanowiono rozwiązać ?problem Jezusa?, ?ostatecznie rozwiązać kwestię? proroka z Nazaretu.

Ludzkie życie pozostaje dramatem. Los Jezusa wpisuje się w ów dramat. Jego nauczanie i postawa bynajmniej nie usuwają tragicznego wymiaru życia. Jeśli istnieje przypadek, to właśnie On dotknął Jezusa. Wydarzenia mogły potoczyć się inaczej, ale się nie potoczyły; jeśli istnieje irracjonalna złość ludzka, to ona dotknęła Jezusa; jeśli istnieje śmierć i nieszczęście, niesprawiedliwość i okrucieństwo ludzi, Jezus ich doświadczył; w całym chaosie i bezsensie ludzkiej złości.

Jako Mesjasz, Chrystus został publicznie skompromitowany i ośmieszony. Przegrał i był przegranym. Dzisiaj, w perspektywie zmartwychwstania i dalszej historii, nie jest to dla nas tak wyraźne. A jednak, wbrew naiwnej ekspresji pustej radości, człowieka dotyka niekiedy w życiu klęska, która nie jest pozorem, iluzją, chwilą słabości. Jak nie była iluzją, chwilą słabości, śmierć Jezusa. Nie była iluzją Jego kompromitacja w oczach wszystkich, jako potencjalnego kandydata na Mesjasza.

Istnieje jednak inny, ukryty wymiar człowieczeństwa, który nie poddaje się klęsce. Niezwyciężony, silniejszy od śmierci, głos boskiego życia w człowieku. On pozostaje ukryty. Tak jak ukryta i dyskretna pozostaje obecność Jezusa Zmartwychwstałego. W klęsce, życiowej porażce, a nie obok niej, znajduje się moc zwycięstwa. Dopiero w słabości ujawnia się siła, w śmierci widoczna się staje moc nieśmiertelności.

Dziś, gdybyśmy chcieli oddać słowami ukrytą tajemnicę Jezusa, może powinniśmy powiedzieć, że był On a u t e n t y c z n i e sobą, od początku do końca. A gdybyśmy chcieli zapytać skąd wypływał ów przejrzysty blask prawdy Jego człowieczeństwa, to zgodnie z prawdą wiary, moglibyśmy odpowiedzieć: w tym właśnie ujawniła się Jego boskość. Bóg bowiem jest samą prawdą.

Światło tej prawdy najpełniej zabłysło na ziemi Palestyńskiej w latach trzydziestych naszej ery.

10 kwietnia 2005

Łk 24, 13-35
Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. 14 Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. 15 Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. 16 Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. 17 On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. 18 A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. 19 Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; 20 jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. 21 A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. 22 Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, 23 a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. 24 Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. 25 Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! 26 Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? 27 I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. 28 Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. 29 Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. 30 Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. 31 Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. 32 I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?. 33 W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, 34 którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. 35 Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Słowa dzisiejszej Ewangelii, o tym jak uczniowie poznali Pana w drodze do Emaus to jedno z tych biblijnych opowiadań, które ukazują sposób, w jaki rozpoznawać możemy zmartwychwstanie Jezusa.

Poznanie, iż Jezus żyje, zrozumienie tej tajemnicy, jak widzimy z opowieści o drodze uczniów do Emaus jest pewnym procesem, który trwa, ma swoje etapy, momenty zwrotne.

Jaka jest więc droga uczniów do rozpoznania, że Pan żyje? Kim jest w oczach uczniów Zmartwychwstały?

A biorąc pod uwagę współczesny kontekst, zapytać też możemy, jak rozumieć dziś fakt Zmartwychwstania? Czy jest to wydarzenie fizyczne, takie jak inne zdarzenia w świecie materialnym, inne jedynie przez to, że niewytłumaczalne naukowo?

Czy zmartwychwstanie jest rzeczywistością fizyczno-przyrodniczą, czy też należy do innego porządku?

Teologowie powiedzą, że nie jest ono faktem historycznym, że jest "ponad-historyczne". Takie objaśnienie niewiele jednak wyjaśnia. Chcąc przybliżyć tę myśl, teologowie powiedzą, że tak jak stworzenie świata z nicości nie jest wydarzeniem historycznym wewnątrz świata, bo obejmuje całość bytu, wszystko w całości u jego oryginalnego początku, jakby przed wszelkim historycznym stawaniem się, tak też jest ze Zmartwychwstaniem: działa tu stwórcza moc samego Boga.

Jak objąć skończonym umysłem to ponadhistoryczne wydarzenie, które przecież my ludzie historyczni możemy rozumieć tylko na swój sposób, historyczny?

Może właśnie opowieść o drodze do Emaus jest kluczem hermeneutycznym, pozwalającym nam na rozwiązanie tej zagadki?

Zmartwychwstanie Jezusa nie odbyło się ?tak w ogóle?, ?sobie a muzom?, jakby niezależnie od tego, czy ktoś o tym się dowie czy nie. Z całą pewnością jest to zmartwychwstanie dla nas, dla ludzi, ze względu na nas. Inaczej niż zjawiska przyrodnicze, które dokonują się tak w ogóle, bez względu na to, czy je ktoś bada, obserwuje, czy nie. Tu jest inaczej.

Zmartwychwstanie jest wydarzeniem, powiedzielibyśmy, ?dialogicznym? ? używając języka współczesnej filozofii. Jest wydarzeniem, które dokonuje się na płaszczyźnie międzyludzkiego spotkania, a nie w świecie fizycznych zjawisk ? spotkania człowieka z Jezusem żyjącym. Tak właśnie opowiedziane jest w Ewangeliach wydarzenie zmartwychwstania Jezusa: jako spotkanie z ?umarłym, który żyje?, jak nazywa Jezusa Apokalipsa.

Trzeba nam więc wziąć w nawias charakterystyczną dla naszej epoki mentalność przyrodniczą, by mówić o tym niezwykłym wydarzeniu, które nie jest wydarzeniem historycznym.

Zmartwychwstały daje się poznać w relacji osobowej i w spotkaniu. Tak rzecz się ma podczas drogi uczniów do Emaus. Uczniowie rozmawiają z Jezusem nie poznając Go. Jezus żyje, a ludzie o tym nie wiedzą, rozmawiają ze Zmartwychwstałym i nie wiedzą, że ich rozmówcą jest On. To jest metafora świata, metafora naszego życia.

Żyjący pozostaje ukryty, a Jego życie nie narzuca się brutalnie z oczywistością faktów przyrodniczych, ekonomicznych, których nie przestrzegać jest nierzadko śmiertelnym zagrożeniem.

Inna jest Jego obecność, trudno ją wyrazić. Gdy mówimy ?ukryta? nie mówimy wszystkiego, co ona znaczy. A jednak to autentyczna obecność, choć nieznana naszemu doświadczeniu różnych rodzajów obecności.

Opowiadanie idzie dalej. Uczniowie rozpoznają Pana przy stole, przy łamaniu chleba. To łamanie chleba najczęściej rozumie się jako symbol Eucharystii. Spróbujmy dotrzeć do istoty tego symbolu. Uczniowie siedzą za stołem, siedzą blisko siebie, twarzą w twarz, rozmawiają. Dla nas ludzi (od samych początków ludzkości, od czasów plemion zbieraczo-łowieckich, które już kilkadziesiąt tysięcy lat temu gromadziły się w ten sposób dookoła ognisk, aż do dnia dzisiejszego) jest to symbol spotkania, miejsce budowania więzi. Taki jest sens wspólnego posiłku.

I w tym źródłowo rozumianym miejscu spotkania człowieka z człowiekiem uczniowie okrywają obecność Zmartwychwstałego. Jeśli więc my chcemy spotkać Jezusa, który mimo śmierci żyje, musimy najpierw spotkać człowieka.

Poza tym ludzkim światem przyjaźni, którego symbolem jest stół rodzinny, budujące więzi spotkanie przy posiłku, nie rozpoznamy Zmartwychwstałego. Poza stołem życia więc, nie ma życia, które przekracza śmierć.

I bynajmniej nie chodzi tu o rytualizm i sztucznie odprawianie sztucznych rodzinnych posiłków, czy też analogicznych celebracji liturgicznych. Jesteśmy w przestrzeni symbolicznej, która wskazuje na ludzką rzeczywistość. Symbol odsyła, zatrzymanie się tylko na nim nie daje dostępu do rzeczywistości. Rytuały przyjaźni, zatrzymanie się tylko na nich, nie daje przyjaźni. Choć płynąca z głębi serca przyjaźń wyraża się w rytuałach przyjaźni.

Nauka z tych rozważań chyba jest taka: spotykając drugiego człowieka, spotykasz Żyjącego. Życie dokonuje się tylko w takim spotkaniu, mówimy ? w niezrozumiałym już niestety języku kościelnym - w komunii. Tam gdzie dzieje się przyjaźń, gdzie trud i wsparcie, gdzie więzi i poczucie odrzucenia: tam pomiędzy nami (tylko tam !) - obecny jest Ten, który żyje na wieki.

Marzec 2005

28 marca 2005. Poniedziałek Wielkanocy

Mt 28, 8-15
Niewiasty pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. 9 A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: "Witajcie!" One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. 10 A Jezus rzekł do nich: "Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą". 11 Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. 12 Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy 13 i rzekli: Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. 14 A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu". 15 Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.

Uczniowie i uczennice Jezusa w dniach Jego śmierci przeżywali największy dramat swego życia. Najpierw śmierć Nauczyciela, koniec marzeń o nowym Królestwie, o wyzwoleniu Izraela. A później jeszcze ten niezrozumiały pusty grób.

Wydarzenia ich przerosły. Stanęli wobec sytuacji, której nie sposób było ogarnąć ludzkim umysłem. I poczuli się zagubieni.

Jak wielki był ich zawód!

Oczekiwali zupełnie innego Mesjasza. Miał być zwycięskim Królem, a tymczasem zginął szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał. Ufali Mu, a tymczasem On okazał się być fałszywym Mesjaszem.

Skończyło się więc dla uczniów wszystko. Możemy sobie wyobrazić, że czuli się okropnie. Zamiast wyzwolenia Izraela, radości z wypełnienia się prorockich zapowiedzi - wstyd i klęska.

Do tego jeszcze stracili przyjaciela. Bo Jezus był ich przyjacielem. Żył blisko swych uczniów i uczennic, nie wynosił się z powodu swej misji, nie chodził z głową zanurzoną w chmurach, pontyfikalność nie była w Jego stylu. Uczniowie tworzyli z Nim jakby rodzinę.

Taki oto mamy obraz klęski uczniów Jezusa.

Momentem zwrotnym okazała się wiadomość, że grób jest pusty. Wtedy uczniowie zaczynają się zastanawiać. Ponownie stają wobec niezrozumiałej tajemnicy. Co mogło się stać? Ktoś wykradł ciało. Ale kto, dlaczego?

Pierwszymi, które zobaczyły pusty grób były kobiety. I one przeczuwają, że wydarzyło się coś niezwykłego. Biegną z bojaźnią i wielką radością. Pozostają jakby rozdarte, pomiędzy lękiem i budzącą się nadzieją.

Jakże przedziwna i zaskakująca była dla uczniów wiadomość, że Pan żyje. Byli świadkami Jego śmierci, złożenia do grobu. Śmierć Jego nie była pozorem, mistyfikacją, sztuczką magiczną. A On żyje!

Kim więc jest ten, który zawiódł we wszystkich ludzkich nadziejach, a żyje mimo śmierci? Umarły ? żyje. Te pytania będą drążyć serca uczniów jeszcze przez wiele lat. Tak powstanie Nowy Testament: zapis tej refleksji nad wydarzeniem Jezusa.

Chwila, kiedy uczniowie dowiadują się, iż grób jest pusty, była prawdziwe momentem zwrotnym w ich życiu. Wszystko, co układało się w obraz tragiczny zostało ujrzane w nowym świetle. Nieszczęście i klęska ukazały się z innej perspektywy i zmieniły sposób przeżywania i rozumienia wszystkiego, co się dotychczas wydarzyło. To jakby olśnienie, które pozwoliło uczniom ujrzeć na nowo i zrozumieć inaczej Jezusa.

Pustka grobu symbolizuje pustkę człowieka, który stoi wobec życiowej klęski. A tymczasem okazało się, że tam gdzie życie i wszelka ludzka nadzieja znajdują swój kres: w grobie ? tam skrywa się światło życia. I rodzi się nowa nadzieja.

Szukamy Jezusa, lecz nie tam, gdzie On przebywa. Niewiasty szukały Go w grobie, wśród umarłych. Tymczasem, jak czytamy w dzisiejszej Ewangelii, uczniowie mieli pójść do Galilei, by tam Go zobaczyć.

Galilea znajdowała się z dala od religijnego centrum, od Jerozolimy. Była miejscem, gdzie krzyżują się drogi z czterech stron świata. Mały ubogi, kraj, rodzinne tereny Jezusa, były otwarte na świat. Tam właśnie można spotkać Jezusa. On jest dla wszystkich, kto tylko zechce pójść do Niego. Nie jest związany z Jerozolimą.

W ten sposób symbolicznie ukazane zostaje przesłanie zmartwychwstania. Oznacza ono znak nadziei dla całego świata.

A kiedy człowiek udaje się na rozstaje dróg, do duchowej Galilei, gdzie przebywa Jezus, wtedy trafia na drogę śmierci, która prowadzi do życia. Wiele w człowieku nas musi umrzeć, obumrzeć, by narodził się nowy człowiek - na obraz Jezusa.

To umieranie okazuje się być życiodajne. Oto paradoks tajemniczej dialektyki śmierci i życia. Taka jest właśnie wymowa znaku krzyża. Znaku nadziei, w którym połączone zostały w nierozerwalne jedno zarazem i śmierć i życie.

18 marca 2005

J 10,31-42
I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. 32 Odpowiedział im Jezus: "Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować?" 33 Odpowiedzieli Mu Żydzi: ?Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga?. 34 Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? 35 Jeżeli [Pismo] nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże - a Pisma nie można odrzucić - 36 to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: "Bluźnisz", dlatego że powiedziałem: "Jestem Synem Bożym?" 37 Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie! 38 Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu?. 39 I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. 40 I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. 41 Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. 42 I wielu tam w Niego uwierzyło.

Scena dzisiejszej Ewangelii jest dramatyczna. Faryzeusze zaczynają kamienować Jezusa i wtedy On pyta ich: "Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować"?

W tym pytaniu Jezus chce odwołać się do naturalnego poczucia sprawiedliwości swoich oponentów: zwraca im uwagę, że przecież tyle dobra dokonał. Dlaczego więc chcą go kamienować?

Oni mówią: "Bluźnisz". A Jezus sugeruje, by spojrzeli inaczej. Chce by słowa o Bogu zrozumieli w nowym świetle. Mówi im: napisano w Prawie: ?Bogami jesteście?. Ze strony Jezusa jest to prawie jak zabieg erystyczny: bo przecież w Prawie nie jest na pewno powiedziane, że człowiek jest Bogiem.

Jednak Jezus chce swoich rozmówców nauczyć pewnej elastyczności w myśleniu, adogmatyzmu. Uczy jak na różne sposoby można odczytywać tę samą prawdę. Pokazuje, jak stare dogmaty rozumieć inaczej, w nowym świetle. Chce zwrócić im uwagę, że przez swoje silne przekonania nie są w stanie przyjąć nowej rzeczywistości. Pokazuje im, jak fanatyczna wiara ich zaślepia, a nie otwiera na prawdę.

Jest więc wiara, która zaślepia i wiara, która otwiera człowieka na prawdę. Jak je rozróżnić?

Jezus w rozmowie odwołuje się do faktów, do czynów których dokonywał. Mówi, dlaczego nie wierzycie mi, skoro dokonuję takich czynów. Kryterium jest więc proste: wiara prawdziwa otwiera na fakty, fałszywa zamyka na rzeczywistość.

Przyjmowanie faktów do wiadomości to niekiedy ciężkie i trudne zadanie. Jest trochę faktów w życiu każdego z nas, które są dla nas niewygodne. Nie chcemy o tym słyszeć, nie chcemy mówić, a jak ktoś mówi, to się denerwujemy.

Jednak, czy to w życiu czy to w kwestiach wiary, nie powinniśmy dla ochrony swoich spraw, swoich interesów czy utrwalonych poglądów zamykać oczy na fakty.

Faryzeusze nie chcieli przyjąć do wiadomości tego, co Jezus robił: a zrobił wiele dobra i to dobra nadzwyczajnego. Oni odmawiają uznania tego za prawdę, bo jest im to nie na rękę. Chcą z Jezusa zrobić przestępcę, a nie dobrodzieja. Chcą dla niego kary, a nie nagrody i podziękowania.

Oto niesprawiedliwość, która dotyka niewinnego. Niewinny i działający bezinteresownie bywa na tym świecie WIELKIM PODEJRZANYM. Ktoś powiedział, że właśnie bezinteresowność jest tym, za co ludzie nie cierpią bliźniego. Bo kole w oczy! Bycie bezinteresownym to jakby policzek dla tych, którzy żyją dla własnych interesów i dla nich gotowi są nie przyjmować prawdy do wiadomości.

Gdybyśmy zaś chcieli poddać analizie tę scenę z Ewangelii z użyciem kategorii sumienia, wtedy moglibyśmy powiedzieć, że Jezus próbuje budzić w faryzeuszach ich osobiste, niezależne od ideologii religijnej poczucie dobra i zła.

To nie jedyna sytuacja w Ewangeliach, gdzie Jezus odwołuje się do tego pierwotnego odczucia człowieka, do jego poczucia sprawiedliwości. Chce dotrzeć do ludzkiej wrażliwości zanim człowiek rozpocznie proces wyjaśniania rzeczywistości przy pomocy wygodnych sobie kategorii.

To ciężkie zadanie ? kierować się własnym sumieniem. Nie móc automatycznie polegać na czyimś autorytecie. Nie łatwo jest żyć, kiedy nie istnieją wszystkie rozwiązania z góry podane i trzeba samemu decydować.

A niestety nie istnieje algorytm poprawnych zachowań moralnych w każdej dziedzinie. Nie ma procedury na każdą okoliczność. Przynależność do grupy religijnej (bycie katolikiem, czy protestantem), społecznej czy politycznej, nie daje automatycznie gwarancji, że ma się rację z definicji.

Ciężkie więc jest życie człowieka chcącego kierować się własnym sumieniem, a nie sumieniem zbiorowym.

Musi być czujny, krytyczny wobec siebie, wątpiący w swoje prawe intencje. Trzeba mu badać swoją duszę i zastanawiać się, ile prawdy jest w tym obrazie własnej szlachetności, ile słuszności we własnych mniemaniach. A ile jest udawania przed otoczeniem? Ile szczerości, a ile koniunkturalizmu i dostosowania się?

Czy to prawda i dobro kierują moim życiem, czy raczej wygoda i reguła świętego spokoju?

Jednak tylko rozwijając własne, autonomiczne rozumienie czym jest dobro a czym zło, mamy szansę stać się niepodatni na nacisk zbiorowości, która dla własnych spraw dyktuje co dobre, a co złe: zniekształcając prawdę. Tak jak interesy grupy faryzeuszów kazały im fałszować wymowę życia Jezusa i z dobroczyńcy czynić Go złoczyńcą.

Podobnie i w naszym życiu, bez czujnego i sprawnego sumienia będziemy podatni na dominację interesów własnych lub cudzych, które będą zwyciężały z prawdą i sprawiedliwością.

Historia jest tutaj wielką nauczycielką. Także chrześcijaństwo, kiedy było raczej zbiorową przynależnością, aniżeli osobistym refleksyjnym wyborem, stawało niekiedy na usługach dyktatur, lub na straży własnych interesów: wbrew dobru pojedynczego człowieka. Przepraszał za to papież pięć lat temu w czasie obchodów dwutysiąclecia chrześcijaństwa.

Trzeba nam więc kształtować własną, osobistą, pewną i bezpośrednią wrażliwość na to, co prawe, a co niegodziwe. Abyśmy umieli w życiu niosącym tyle niespodzianek, odnajdywać się zawsze po tej prawej stronie. Po stronie tego, co uczciwe, szczere i autentycznie dobre.

13 marca 2005

J 11,1-45
Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. 2Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. 3Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: "Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz". 4Jezus usłyszawszy to rzekł: "Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą". 5A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. 6Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. 7Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: "Chodźmy znów do Judei!" 8Rzekli do Niego uczniowie: "Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz?" 9Jezus im odpowiedział: "Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. 10Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła". 11To powiedział, a następnie rzekł do nich: "Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić". 12Uczniowie rzekli do Niego: "Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje". 13Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. 14Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: "Łazarz umarł, 15ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego!" 16Na to Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: "Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć". 17Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już do czterech dni spoczywającego w grobie. 18A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów 19i wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. 20Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. 21Marta rzekła do Jezusa: "Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. 22Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga". 23Rzekł do niej Jezus: "Brat twój zmartwychwstanie". 24Rzekła Marta do Niego: "Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym". 25Rzekł do niej Jezus: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. 26Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?" 27Odpowiedziała Mu: "Tak, Panie! Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat". 28Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała po kryjomu swoją siostrę, mówiąc: "Nauczyciel jest i woła cię". 29Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. 30Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. 31Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać. 32A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: "Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł". 33Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: "Gdzieście go położyli?" 34Odpowiedzieli Mu: "Panie, chodź i zobacz!". 35Jezus zapłakał. 36A Żydzi rzekli: "Oto jak go miłował!" 37Niektórzy z nich powiedzieli: "Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?" 38A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. 39Jezus rzekł: "Usuńcie kamień!" Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: "Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie". 40Jezus rzekł do niej: "Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?" Usunięto więc kamień. 41Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: "Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. 42Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał". 43To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: "Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!" 44I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: "Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!". 45Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.

Wskrzeszenie Łazarza, zapowiedź zmartwychwstania Jezusa, to sprawy, które stawiają człowieka przed pytaniem o ś m i e r ć .

Śmierć jest nieodłączną towarzyszką naszego życia. Na co dzień jest dla nas jakby niedostępna w całej swej prawdzie. Jesteśmy zabezpieczeni emocjonalnie przed odczuwaniem jej dramatyczności. Ona jest daleko, pozostaje pojęciem, czymś abstrakcyjnym. Żyjemy życiem, a nie rozmyślaniem o śmierci.

To jednak jest jedynie świat naszych przeżyć, uczuć. Wobec śmierci bowiem zajmujemy bardziej zaangażowane stanowisko. Ujawniają się w nas dwie różne postawy: albo ucieczka albo lekceważenie.

Są tacy, którzy panicznie boją się śmierci, nie chcą o niej myśleć, a ona ciągle stoi przy nich. Całe życie nieskutecznie uciekają przed świadomością śmierci. Niektórzy boją się panicznie choroby, inni unikają pogrzebów. Czują się bezradni.

Nie chcą utracić tego, co mają i ciągle o to się martwią. Martwią się uciekającym czasem. Chcą go jakby zatrzymać, pochwycić, tak, by nie stracić tego, co ucieka. Utrwalić, by nie zginęło to wszystko, czym żyli, co kochali? Pilnie notują upływające lata, każdą zmarszczkę, chorobę, boją się starości. Oni nie chcą myśleć o śmierci.

Myślą więc tylko o sobie i za wszelką cenę chcą uniknąć obumierania. Jeśli kochają kogoś, to tylko na chwilę, do momentu, w którym musieliby dać siebie ukochanej osobie, zrezygnować z części siebie, częściowo obumrzeć. Powodowani lękiem o siebie i swoje interesy wybierają ucieczkę. I tak toczy się ich życie, niekiedy pełne pretensji do Boga i świata.

A przecież obumieranie to część naszego życia. Dojrzewanie i starzenie się to istotny element doświadczania intensywności życia. Rezygnacja z zajmowania się wyłącznie sobą, rezygnacja z pilnowania tylko własnego interesu to przecież warunek życia szczęśliwego tu na ziemi.

Są też tacy ludzie, którzy niczym się nie martwią, a zwłaszcza perspektywą śmierci. Nie robi ona na nich żadnego wrażenia. Ci żyją iluzją religijną, przekonani, iż liczy się tylko życie wieczne w niebie. A tu na ziemi wszystko jest nieważne. Nie starają się o nic specjalnie, bo liczy się dla nich tylko tamto prawdziwe życie, na które czekają. Nie zamierzają się tutaj na tym świecie do niczego specjalnie przykładać. Żyją byle jak, nie szanują życia swojego i innych. Bo i tak czeka na nich lepsze życie po śmierci.

Zapominają, że to przecież Biblia mówi nam o bezpowrotności i nieodwracalności tego, co dzieje się z nami. Wszystko dzieje się tylko raz. Adam raz zgrzeszył i tragiczne skutki tego pozostały nieodwołalne. I Jezus raz umarł i zmartwychwstał. Nieodwołalne jest i niepowtarzalne zarówno zło jak i dobro.

Pamięć o śmierci jest więc nam potrzebna byśmy umieli dobrze żyć. Bo życie jest jedno. Trzeba nam więc żyć uważnie. I zachować miarę. Nie bać się panicznie utraty tego, co przemija, a zatroszczyć się o to, co spotykamy na naszej drodze. Umieć poświęcić temu swój czas i serce.

Żyć pełnią życia oznacza żyć nie tylko dla siebie. Koncentrując się wyłącznie na sobie pozbawiamy się życia. Nie żyjemy w pełni, jeśli tylko przez pryzmat własnych spraw dostrzegamy świat.

Dlatego śmierć i obumieranie są istotną częścią dobrego życia.

Obumieranie jest warunkiem miłości, która wychodzi z siebie i wiąże się z drugim człowiekiem, jakby zapominając o sobie.

Spojrzenie na drugiego człowieka, zdolność do zainteresowania się i zatroszczenia o niego, rezygnacji z siebie, jest ujawnieniem się bogactwa i pełni życia człowieka, jego siły i żywotności. Siły serca i ducha. To życie, będące przelewaniem się nadmiaru życia, rozlewaniem miłości na innych.

Taka też jest droga człowieka do Boga. Mówił o tym Mistrz Eckhart, dominikański mistyk z XIV wieku: "Gdzie kończy się stworzenie, tam zaczyna się Bóg. Otóż On nie wymaga od ciebie nic więcej, ponad to żebyś wyszedł z siebie... (według Twojej stworzoności) i pozwolił Jemu być w tobie Bogiem".

Takie też jest symboliczne znaczenie śmierci i obumierania: pozwolić Bogu by był w nas Bogiem.

6 marca 2005

J 9,1-41
(Jezus) przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. 2Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: "Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice?" 3Jezus odpowiedział: "Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże. 4Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. 5Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata". 6To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, 7i rzekł do niego: "Idź, obmyj się w sadzawce Siloam" - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. 8A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: "Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?" 9Jedni twierdzili: "Tak, to jest ten", a inni przeczyli: "Nie, jest tylko do tamtego podobny". On zaś mówił: "To ja jestem". 10Mówili więc do niego: "Jakżeż oczy ci się otwarły?" 11On odpowiedział: "Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: "Idź do sadzawki Siloam i obmyj się". Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem". 12Rzekli do niego: "Gdzież On jest?" On odrzekł: "Nie wiem". 13Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. 14A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. 15I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: "Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę". 16Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: "Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu". Inni powiedzieli: "Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?" I powstało wśród nich rozdwojenie. 17Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: "A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy?" Odpowiedział: "To prorok". 18Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, 19i wypytywali się ich w słowach: "Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi?" 20Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: "Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. 21Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie". 22Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. 23Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: "Ma swoje lata, jego samego zapytajcie!" 24Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: "Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem". 25Na to odpowiedział: "Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę". 26Rzekli więc do niego: "Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy?" 27Odpowiedział im: "Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami?" 28Wówczas go zelżyli i rzekli: "Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. 29My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi". 30Na to odpowiedział im ów człowiek: "W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. 31Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. 32Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. 33Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić". 34Na to dali mu taką odpowiedź: "Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?" I precz go wyrzucili. 35Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: "Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?" 36On odpowiedział: "A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?" 37Rzekł do niego Jezus: "Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie". 38On zaś odpowiedział: "Wierzę, Panie!" i oddał Mu pokłon. 39Jezus rzekł: "Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi". 40Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: "Czyż i my jesteśmy niewidomi?" 41Jezus powiedział do nich: "Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal?.

Scena opisana w słowach dzisiejszej Ewangelii jest jakby wzorcowym przykładem skłonności człowieka do myślenia życzeniowego. Oponenci Jezusa chcą, by cud, którego dokonał, okazał się oszustwem i w tym celu zadają pytania. Nie chcą wcale poznać prawdy.

Gdy zastanowimy się nad naszym życiem, wydaje mi się sformułować będziemy mogli charakterystyczne sytuacje, w których ktoś pyta, szuka, docieka, ale nie po to, aby poznać prawdę, ale żeby okazało się to, czego on pragnie.

Rozmówcy uzdrowionego nie pytają o Jezusa by dowiedzieć się tego kim On jest, czego dokonał. Nie interesuje ich także, co ów człowiek uwolniony ze ślepoty sądzi o Jezusie, chociaż o to pytają. Nie chcą znać jego opinii. Chcą usłyszeć konkretną odpowiedź, którą sami już znają: chcą znaleźć przekonywujący dowód oszustwa Jezusa.

To bardzo charakterystyczne dla ludzkiego myślenia. Układamy sobie obraz świata taki jaki nam najpierw odpowiada. Z wielu elementów, faktów tworzymy mozaikę z której wynika najczęściej, że ci inni nie mają racji, że oni są źli, a my raczej w porządku. Budujemy sobie wyobrażenia o świecie, o innych ludziach zgodnie z naszymi potrzebami. Gubimy jednak wtedy prawdę.

W ten sposób bywa, że mąż, który chce porzucić żonę, zbiera na nią tzw. haki. Pracodawca, chcący się pozbyć pracownika, wymyśla jakieś jego wady. Pracownik, który chce zmienić prace od razu lepiej dostrzega wady, niedociągnięcia dotychczasowego pracodawcy.

Bywa, że człowiek takie nastawienie wewnętrzne utrwala, interioryzuje: zamyka się na przyjęcie czegokolwiek, co nie jest mu na rękę, lub co przekracza możliwości jego pojmowania. Nie przyjmuje niczego, co nie zgadza się z tym, jak on już teraz myśli.

To jednak jest prawdziwa śmierć duchowa, zamknięcie w świecie iluzji.

Różne są powody takich postaw, różne są psychologiczne źródła zamknięcia w hermetycznym świecie własnych wyobrażeń. Szkodliwość ich jednak pozostaje wszelako niezmiennie ta sama.

Taka duchowość to rzeczywiście grobowy świat bez światła prawdy i powietrza życia. Człowiek, który jest pielgrzymem w drodze do prawdy, odmawia dalszej drogi. Nie chce podążać za tym, co nieznane. Lęk, obawa, niechęć, czy cokolwiek innego sprawiają, iż droga okazuje się niemożliwa.

Jak właściwie dokonuje się takie zamknięcie na prawdę?

Otóż zawsze, gdy odmawiamy pomyśleć o tym samym inaczej, niż dotychczas. Zawsze, gdy nie chcemy spojrzeć oczyma drugiego człowieka, który rozumie i myśli inaczej. Wtedy zawsze ryzykujemy zamknięcie na prawdę i w konsekwencji śmierć duszy.

W dzisiejszym pierwszym czytaniu mamy opowiedzianą historię niezwykłą na ten temat. Bóg przez proroka Samuela wybiera na króla Dawida, najmłodszego i najsłabszego spośród braci, o którym wszyscy zapomnieli, że w ogóle istnieje. Bóg bowiem patrzy w serce, a nie na to co zewnętrzne. Czytanie to przypomina nam byśmy umieli spojrzeć inaczej, aniżeli robimy to odruchowo.

Bo przecież nasze możliwości pojmowania w danym momencie naszego życia są ograniczone. Nie możemy uchwycić wszystkiego. To przywilej boski. My zaś, do nie do końca potrafimy zrozumieć nawet najbliższe nam osoby. Gdy znamy kogoś z bliska, tym bardziej jesteśmy narażeni na pomyłkę, bo wydaje nam się, że wiemy o nim wszystko.

Takie pomylenie naszego cząstkowego rozumienia z rozumieniem pełnym w pewnym momencie zatrzymuje nas w naszej wędrówce ku prawdzie. To, co już poznaliśmy, zamiast być zaproszeniem by rozumieć więcej, bywa, że jest kresem drogi.

Trzeba więc nam duchowego ćwiczenia, które uczy patrzenia szeroko otwartymi oczyma na świat. Trzeba nam uczyć się patrzeć oczyma drugiego człowieka.

Czy zastanawiam się, co czuje człowiek, którego spotykam. Zwłaszcza mój adwersarz, klient, urzędnik? Czy myślałem kiedyś o tym, co myślą mieszkańcy Afryki o Europejczykach i Amerykanach? Czy chcemy przyjąć do wiadomości to, jak widzą nas Polaków Rosjanie, Czesi, jak nas widzą Żydzi. Czy jesteśmy w stanie przyjąć to do wiadomości?

Często nie rozumiemy się, bo nie chcemy się rozumieć. Nie chcemy rozumieć i wczuwać się w sytuację tego, kto jest naszym rywalem, kogo chcemy pokonać.

Kiedy uczyłem w szkole średniej katechezy przeprowadzałem dyskusje na tematy kontrowersyjne, takie jak na przykład antykoncepcja. Klasa dzieliła się na połowę i dobieraliśmy argumenty za i przeciw. Gdy jednak proponowałem zamianę ról (ci ?za? mieli wynajdywać argumenty ?przeciw?) to okazywało się to być rzeczą psychologicznie prawie niewykonalną. Choć dyskusja miała być jedynie ćwiczeniem w dobieraniu argumentów. Gdy chcemy, żeby było tak jak my chcemy, trudno jest nawet dopuścić do siebie inną myśl.

Dlatego tak ważne jest ukierunkowanie swojego życia na poznawanie prawdy, choćby była to prawda bolesna. Tylko ona może nas wyzwalać, krok po kroku. Ona bowiem uwalnia człowieka od namiętności, bo jest światłem, w którego blasku rzeczy nabierają własnych proporcji.

Jezus uzdrowił niewidomego od urodzenia. To symbol i znak zwyciężania światła nad ciemnością.

Poznawajmy więc prawdę, bądźmy jej miłośnikami. A ta przyniesie nam w darze i dobro i miłość.

Luty 2005

6 lutego 2005

Mt 5, 13-16
Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. 14 Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. 15 Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. 16 Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.

Co znaczą słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii? Mówi do uczniów, że są solą ziemi, światłem świata. Mają nadawać smak ludzkiemu życiu i rozświetlać ciemności człowieczego losu.

Czy jednak nie jest to zadanie ponad miarę? Chrześcijanin zapytać może, co począć, by spełnić słowa Jezusa?

A patrząc z innej perspektywy, czy słowa Jezusa nie są dla chrześcijan jakąś pokusą postawienia się ponad innymi? Skoro mamy być światłem dla wszystkich, co jak się rozumie, pogrążeni są w ciemnościach i błędzie?

Czyż te słowa Jezusa, opacznie rozumiane, nie były niejednokrotnie w historii źródłem pychy chrześcijan, którzy uważali siebie za lepszych. Ludzi innych kultur i religii chcieli sobie podporządkować, nierzadko zmusić do przyjęcia własnej wiary i własnego prawa? Tak przecież było także w historii Polski, kiedy nasi przodkowie byli świadkami jak zakon krzyżacki szerzył wiarę przemocą. Przypomnieć też możemy sytuację Żydów zmuszanych do nawracania się na chrześcijaństwo w średniowiecznej Europie. Tak niewątpliwie było także w przypadku Indian Ameryki Południowej, eksterminowanych przez konkwistadorów. Czy to było owo światło świata?

Nie bardzo!

Czym więc jest światło i sól, o których mówił Jezus, kiedy to od czasów Soboru Watykańskiego II Kościół katolicki uznaje wolność i prawo każdego człowieka do swobodnego wybierania religii?

Słowa Ewangelii wiodą nas ku pytaniu o istotę chrześcijaństwa. Gdzie znaleźć możemy najistotniejszy wątek nauczania Jezusa?

Rozmaitość teologicznych punktów widzenia prowadzi do różnych spojrzeń na Ewangelię także dziś. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na przykazanie miłości. Ono właśnie nazwane być może solą i światłem świata. Kiedy braknie miłości, chrześcijaństwo staje się pustą formą, rytuałem, za którym kryje się tylko ludzka gorycz, pretensja, żal, niechęć, nienawiść wreszcie. O niezwykłym miejscu miłości w życiu chrześcijańskim pisał św. Paweł w hymnie o miłości. Tak brzmią pierwsze jego słowa: "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący" (1 Kor 13, 1-2).

Czym jednak wyróżnia się owa chrześcijańska miłość? Czym lepszym ona jest od zwykłej ludzkiej miłości: bez konfesyjnego kontekstu? Dlaczego właśnie chrześcijańska miłość ma być lepsza?

O wyjątkowości nauczania Jezusa o miłości pisał na początku XX wieku Max Scheler, filozof niemiecki, twórca antropologii filozoficznej. Spróbujmy skorzystać z jego refleksji. Zauważał on, że w kulturze greckiej czasów starożytnych powszechne było przekonanie, że człowiek duchowy powinien dążyć do tego, co położone wyżej od niego, spoglądać ku temu, co wzniosłe i doskonałe: właśnie boskie. Nie może więc pochylać się nad tym, co niżej położone. Spoglądanie w dół groziło zepsuciem własnego piękna: narażało człowieka na ubrudzenie duszy. Dlatego szukający dobra, doskonałości, spoglądali ku temu, co boskie. Także sam Bóg nie kierował swego wzroku ku nizinom: oglądał i kontemplował to, co najwyższe i najpiękniejsze, a więc siebie samego. Nie poniżał się szukaniem tego, co upadłe, marne, brzydkie.

Widzimy więc, że takie odwrócenie się od tego, co niskie nie bardzo pasuje do nauki Jezusa i Jego życia. On nie brzydził się, nie odwracał oczu od biedy i nędzy ludzkiej. Być może tym właśnie wyróżnia się miłość, której nauczał Jezus?

Scheler pisze, że owa ucieczka przed tym, co niskie, odwrócenie się do tego, co szpetne, u starożytnych wynikało z przekonania, że miłość była siłą skończoną. Trzeba było jej oszczędzać. Zbytnia rozrzutność mogła sprawić, że zabrakłoby jej człowiekowi.

Tymczasem, pisze Scheler, przesłanie Jezusa jest inne: To Bóg jest Miłością. Niewyczerpalny jest zasób owej boskiej energii miłości i nie potrzeba jej skąpić i szczędzić we wszystkim.

Miłość chrześcijańska jest więc jakby przelewaniem się mocy miłości, której źródła są niewyczerpane. Ona jedna nie ma granicy, miary. Dlatego chrześcijanin pochylić się może nad tym, co słabe i brzydkie, nie bojąc się, że bród i nędza pochłonie go zabijając jego duszę.

Istnieją jednak karykatury tej miłości - jej gruntowne przekłamania. Jedną z nich jest resentyment. Resentyment, powiada Scheler, to zafałszowanie wartości: pod jego wpływem zaczyna się chwalić to, co nie ma wartości, a potępiać to, co jest czymś cennym. Na przykład potępia się bogactwo, a wynosi ubóstwo, chwali się chorobę i krzywo patrzy na zdrowego. Przyczyną tak rozumianego resentymentu jest zazdrość. Jeśli czegoś nie można zdobyć i mieć, zaczyna się to poniżać, uznawać za niewartościowe, choć wcześniej się tego pragnęło.

Może być więc tak, że gdy miłość nasiąka resentymentem, wtedy popycha człowieka do troski o biednych i chorych, ale nie tak, by ich z tego stanu poniżenia uwolnić. Biedę bowiem i chorobę uznaje się za coś wartościowego, za jakiś wyższy, szlachetniejszy, sposób bycia człowiekiem. Taka fałszywa miłość nie ucieszyłaby się wcale, gdyby biedni przestali być biedni, a chorzy wyzdrowieli. Ukrytą radość bowiem sprawia tu człowiekowi fakt istnienia chorych i biednych.

Inną karykaturą miłości jest altruizm w znaczeniu, jakie mu nadał inny filozof August Comte. Oznacza on zajmowanie się drugim człowiekiem po to by uciec od siebie, od własnego życia, którego się nie cierpi. Altruista nienawidzi siebie i dlatego zatapia się w życiu innych, w sprawach społecznych itd.

Miłość, o której mówił Jezus jest inna: jest raczej przelewaniem się obfitości i pełni, nadmiaru dobroci.

Zapytać jednak trzeba, skąd taka obfitość w człowieku?

Pisze Scheler, że wypływa ona ze spontanicznego, nierefleksyjnego poczucia wartości własnego życia. Spontanicznego to znaczy nie wymyślonego sobie, nie wyreżyserowanego, ale intuicyjnego, instynktownego. Owo nieudawane poczucie wartości własnej osoby, siły miłości, która nie skąpi, bo jej niczego nie brakuje, jest tym właśnie ideałem miłości chrześcijańskiej.

Widzimy więc, że miłość wymaga jakieś wewnętrznej przemiany, odnowy myślenia o nas samych. Jeśli bowiem naruszone jest poczucie wartości nas samych i naszego życia, łatwo będziemy podważać wartość życia innych, ich pracy, motywacji itd. To zresztą jest chyba nasza olbrzymia narodowa wada: wszyscy na wszystkich źle mówią. Może właśnie dla poprawienia sobie samemu samopoczucia? Ochrony poczucia własnej wartości, tak często naruszanej od dzieciństwa w rodzinie, w szkole, a później także w pracy. Od dzieciństwa mali Polacy słyszą nierzadko, że robią wszystko źle, że do niczego się nie nadają. Jesteśmy narodem o olbrzymim poczuciu niedowartościowania. To niebezpieczna iluzja.

Wejście na drogę przemiany zacząć trzeba więc od poznania siebie. Święty Augustyn uważał, że to początek drogi duchowej człowieka. Mówił: scito te ipsum: poznaj siebie samego. Trudno o wewnętrzną przemianę bez poznania prawdy o sobie, o tym, co tak naprawdę o sobie samym sądzę, jak myślę o swoim życiu.

Pytać więc trzeba siebie samego, jaką rolę odgrywa w moim życiu resentyment, poniżanie czegoś, dlatego że jest to dla mnie nieosiągalne? Co na przykład myślimy o ludziach sukcesu: że są złodziejami? A może to resentyment i zazdrość?

Dalej, pytać się musimy siebie, czy pomagając innym nie kierujemy się przypadkiem altruizmem, a więc ucieczką od siebie i zanurzaniem się w sprawy innych z powodu niechęci do bycia ze sobą?

Jaką rolę odgrywa poczucie niedowartościowania w relacjach z najbliższymi, z żoną, mężem, dziećmi, a także pracodawcą, pracownikami? Czy pretensje do żony nie z tego wypływają? Czy pretensje do pracodawcy byłyby tak silne, gdyby nie nasz własny brak spontanicznego przeżywania swojej wartości?

Gdy nie doceniamy swojej wartości własnego życia, budzą się w nas mechanizmy obronne. Duma, powiada Scheler, jest takim właśnie myślowym wysiłkiem ratowania poczucia wartości siebie samego. Dlatego wynosimy się nad innych, poniżamy ich we własnych oczach, wynajdujemy ich wady. Siebie samych oceniamy wyłącznie w porównaniu z innymi. Nie umiemy spojrzeć na siebie w sposób wolny: bez porównywania się z drugim człowiekiem.

To, jak o sobie myślmy, w dużej mierze decyduje o tym, jak odnosimy się do innych ludzi. To stara prawda. Nie widząc wartości własnego życia, poniżać będziemy także wartość życia innych ludzi. I odwrotnie czując sens i piękno swojego losu ujrzymy sens i piękno bliźniego. Gdy wychowani jesteśmy tak, iż przeżywamy swoje życie jako pełne sensu i wartości, wtedy dobroć i miłość jakby się przelewa, emanuje z nas.

Trzeba nam więc uwolnić się z tych goryczy, bo uniemożliwiają nam one spontaniczne poczucie wartości własnego życia. A bez tego trudno mówić o autentycznej i nie wyreżyserowanej dobroci, która rozlewa się wypływając z jakby z własnego nadmiaru.

Idźmy więc ową Augustyńską drogę poznania siebie. Prowadzi ona do uwalniania się od fałszu, który zniekształca miłość.

Poznanie prawdy jest drogą. Miłość zaś jest tym, co u kresu, ku czemu zmierzamy. Życzmy sobie, byśmy na tej drodze nie ustawali.

Styczeń 2005

9 stycznia 2005

Mt 3, 13-17
Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. 14 Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: "To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?" 15 Jezus mu odpowiedział: "Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe". Wtedy Mu ustąpił. 16 A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. 17 A głos z nieba mówił: "Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie".

Dziś chciałbym skupić się na naszej zdolności słuchania. Często bowiem słyszymy zachętę do słuchania słów Jezusa, słuchania słowa Bożego czy wreszcie, co nie mniej ważne słuchania drugiego człowieka. I chodzi tu nie tyle o słuchanie, ale nie usłyszenie. Chciałbym więc zastanowić się wspólnie z Wami nad tym jak słuchamy drugiego człowieka i czy to w ogóle jest możliwe?

Zdarza się nam, że nie czujemy się zrozumiani, mówimy do kogoś, a on nic jakby nie rozumiał z tego, co chcemy powiedzieć. Wydaje nam się jakby nas w ogóle nie słuchał. Z drugiej strony dość rzadko dochodzimy do wniosku, że nie umiemy słuchać. Tymczasem prawda jest taka, ze prowadzimy monologi, i nie potrafimy wczuć się w sposób myślenia i przeżywania drugiej osoby.

Zapewne więc możemy mieć problem ze słuchaniem nie tylko siebie nawzajem, lecz także ze słuchaniem słów Jezusa. Warto więc zastanowić się dlaczego jest tak, że człowiek często słyszy tylko to, co chce usłyszeć? Jak działają ludzkie mechanizmy uprzedzania się? Dobrze będzie uświadomić sobie jak bardzo nasz sposób myślenia, wyobrażania sobie rzeczy, wpływa na to jak rozumiemy słowa drugiego człowieka. Także słowa Jezusa.

Ostatnio wpadła mi do ręki książka znanego amerykańskiego psychologa Filipa Zimbardo. Opisuje on tam, w jaki sposób ludzie uprzedzają się do siebie, tworząc na swój temat etykiety.

Mówi on, że przydzielamy etykiety nieustannie innym ludziom, naszym własnym odczuciom i samym sobie. Tymczasem etykieta jest oparta na szczątkowych lub wręcz żadnych konkretnych informacjach. Etykietę tworzy jakieś nasze osobiste uprzedzenie. Nawet dostępne nam informacje bywają filtrowane przez nasze subiektywne uprzednie oceny.

Tymczasem, jeśli tworzę sobie opinię na temat drugiego człowieka, zanim go poznałem, to nigdy nie będę mógł zobaczyć, kim on jest na prawdę!

Ciekawe w tym względzie są eksperymenty przeprowadzone przez psychologów społecznych. Znany jest eksperyment badający sposób, w jaki człowiek przypisuje ludziom chorobę psychiczną. Grupa studentów, zupełnie zdrowych, zgłaszała się do izb przyjęć szpitali psychiatrycznych uskarżając się na to, że słyszy głosy i złowieszcze dźwięki. I tylko tyle. To jednak wystarczyło, żeby zamknąć ich w szpitalu. Następnie każdy z tych udawanych pacjentów zaczynał zachowywać się zupełnie normalnie.

Pytanie postawione przez organizatorów eksperymentu brzmiało tak: "Ile czasu upłynie zanim wykryty zostanie fakt, że są normalni i zostaną zwolnieni?". Odpowiedź była zaskakująca: "Nigdy". Pierwotna etykieta "chory psychicznie" nigdy nie została zastąpiona etykietą "normalny". Wydostanie się ze szpitala wymagało pomocy żon, przyjaciół lub adwokatów.

Nasza negatywna reakcja na daną osobę będzie silniejsza, gdy wcześniej zostaniemy poinformowani, że dana osoba była leczona psychiatryczne, aniżeli gdy na przykład dowiemy się, że jest to bezrobotny poszukujący pracy.

Etykiety przyczepiane ludziom mają wielką moc. Niekiedy to etykiety w nas mówią głośniej, niż my sami!

Jeśli studentom powie się, że pewien członek ich grupy, którego nie mogą zobaczyć, jest "stary", to często go ignorują, nie zwracają uwagi na pochlebne o nim opinie, mówią do niego wolniej i głośniej - chociaż jest w ich wieku.

Jesteśmy więc w stanie przyjąć i zaakceptować etykiety bez żadnych konkretnych dowodów, a następnie trzymać się ich niezależnie od tego, co adresat etykiety robi i kim jest naprawdę.

Sądzenie po pozorach, osądzanie ludzi, może być niekiedy zmorą życia. Jezus w swej nauce zwracał na to uwagę. Mówił o tym, by nie sądzić bliźniego, mówił o tym, by nie widzieć drzazgi w oku bliźniego nie zauważając we własnym większej jeszcze belki.

W istocie drugi człowiek pozostaje tajemnicą. Zarówno dyskrecja, jak i kultura wymagają, by uszanować tę tajemnicę. Nie szanujemy bliźniego, gdy zachowujemy się i mówimy o nim tak, jakbyśmy przejrzeli go na wylot, gdy wkraczamy w jego życie, jakby była to nasza własna posiadłość. Wtedy bowiem traktujemy go jak przedmiot, obracając dowolnie, ustawiając, przekładając - czynem i słowem.

Jak więc można uszanować człowieka?

Trzeba tylko pozwolić mu być tym, kim jest. Dać mu szansę zamieszkać w jego własnym domu. Przyjąć i ucieszyć się jego odrębnością, szczególnością. Także to, co inne, może cieszyć. Jeśli będę umiał ucieszyć się z tego, co obce, niedaleko jestem Królestwa Bożego.

I gdy słyszymy dzisiaj, w dniu chrztu Pańskiego słowa: "Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie", to są to słowa prawdziwej miłości i prawdy. Ojciec ogłasza światu przyjście swego umiłowanego Syna, ogłasza prawdę o synostwie Bożym Jezusa. Postarajmy się wsłuchać bez uprzedzeń w Słowo Boże, postarajmy się dotrzeć do głębokiego sensu słów Jezusa, a one przemienią nasze serca, pozwolą nam lepiej kochać i pełniej żyć.

O chrzcie Pańskim - komentarz

Chrzest Pański w Jordanie jest jednym z etapów na drodze objawienia się Jezusa jako Mesjasza. Dla Jezusa obmycie w wodach Jordanu był momentem inicjacji, jakby rytualnym przejściem do nowego etapu życia. Możemy powiedzieć, że umiera, tzn. kończy się życie ukryte Jezusa i wkracza On na nową ścieżkę: życia publicznego.

Droga ta prowadzi Go w nieznane. W sposób rytualny, publiczny dokonuje On przejścia ze starego życia do nowego, w którym będzie nauczał, uzdrawiał, głosił bliskie nadejście Królestwa.

Gdy przyjrzymy się scenie obmycia z dzisiejszej Ewangelii dostrzeżemy tam jeszcze inne, pełne znaczenia symboliczne gesty.

Zobaczmy, że Jezus rozpoczyna swoje dzieło tam, gdzie misja Jana dobiega kresu. Chrzciciel zapowiadał przyjście Mesjasza, a gdy Ten stanął na jego drodze, wtedy Jan już rozumie, że zbliża się kres jego działalności. Jezus wpisuje się w misję rozpoczętą przez Jana. Nadaje jednak tej misji własne piętno. Jan zapowiadał Jezusa. Jezus jednak nie jest zapowiedzią, ale jest spełnieniem. Od tego momentu już wszystko będzie inaczej. Wiemy, że Jan wkrótce zginie, a Jezus podąży własną drogą: głoszenia Dobrej Nowiny.

Chrzest oznacza przejście przez śmierć do życia. Przyjrzyjmy się bliżej tej symbolice. Woda to jest symbolem ambiwalentnym. Oznacza obmycie, oczyszczenie, nowe życie, ale symbolika wody to także chaos, zniszczenie, śmierć w jej otchłaniach. W kulturze, w której Jezus się wychował, woda była rozumiana w taki podwójny sposób, źródło życia, ale także niebezpieczne miejsce, samo będące siedliskiem złych mocy, potworów głębinowych, smoków itd. Możemy więc powiedzieć, że chrzest Jezusa, zanurzenie w wodach śmierci i wynurzenie z nich są jakby rytualną zapowiedzią Jego przyszłej Jego śmierci, zstąpienia do otchłani i zmartwychwstania.

Początek działalności Jezusa naznaczony został także innym symbolem: zstępuje na Niego Duch: do Jezusa przychodzi Duch Boży. W sposób szczególny Jezus zaczyna być prowadzony przez Ducha. To szczególny sposób pokazania, skąd płynęła nauka Jezusa. Niektórzy Ojcowie Kościoła byli przekonani, że był to moment szczególny dla Jezusa, chwila, kiedy zrozumiał On na nowy sposób sens swojej misji.

Słowa z nieba płynące, były niewątpliwie znakiem potwierdzającym niezwykłość misji Jezusa, były jakby pieczęcią zaświadczającą, iż niesie On przesłanie od Boga.

2 stycznia 2005

J 1, 1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. 2Ono było na początku u Boga. 3Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. 4W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, 5a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. 6Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. 7Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. 8Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości. 9Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. 10Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. 11Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. 12Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - 13którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. 14A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. 15Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: "Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie". 16Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. 17Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. 18Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył.

Słowa dzisiejszej Ewangelii należą do najbardziej tajemniczych wypowiedzi o Jezusie. Widzimy, że są one jakby traktatem teologicznym, rozprawą, w której autor przywołuje historie opowiedziane w Biblii, czyni aluzje do dzieł wielkich filozofów.

Odczuć możemy w tych słowach oddalenie, dystans wywołany mijającym czasem: latami refleksji, rozważań Jana Ewangelisty nad tajemnicą Jezusa.

Pieśń o Logosie, bo tak nazwano ten fragment Ewangelii, jest pytaniem o to, co było na początku. Filozofowie starożytni pytali o początek, o zasadę świata: jego principium, czy arche, po grecku. W księdze Rodzaju napisane było, że "na początku stworzył Bóg niebo i ziemię". Teraz zaś słyszymy, że "na początku było Słowo".

Cóż więc znaczą te słowa?

Mają nam przybliżyć tajemnicę Jezusa. Choć tak bliski, pozostaje On przecież ukryty dla nas, i nieodgadniony - istotnie jest tajemnicą, boskim mysterion. Prawdziwy człowiek, nazwany zostaje Logosem, Słowem Boga, Słowem, którego nic na tej ziemi nie potrafi wyrazić. Ukryty przedwiecznie w łonie Boskości, spoczywający "w łonie Ojca", jak pisze Ewangelista, ukazuje się nam w postaci człowieka. Jest Nim, żyje pośród nas i wraca do Ojca.

On był u początku świata, był przy jego stwarzaniu. Biblia nazywa Go Bożą Mądrością, która tańczyła przed obliczem Stwórcy, gdy Ten powoływał wszystko do istnienia.

Tajemnica Jezusa przerasta nasze możliwości pojmowania. I dobrze, że przerasta! Zawsze bowiem stoimy przed pokusą tworzenia sobie obrazu Boga na nasz zamysł, na nasze podobieństwo. A przecież trzeba nam zmierzyć się z myślą, że nie ON uczyniony jest na nasz obraz, lecz my na Jego obraz jesteśmy stworzeni.

Nie możemy zawłaszczyć sobie Nieskończonego Boga, nie możemy stać się właścicielami Niezmierzonego. Gdy próbujemy, pozostaje nam w garści martwy posążek bożka, a nie Bóg żywy. On zawsze stoi ponad naszymi oczekiwaniami, pomysłami i możliwościami. Taki sens ma także słowo "święty". On jest prawdziwie ŚWIETY, to znaczy oddzielony, po hebrajsku kadosz, będący wyżej i głębiej, inaczej, aniżeli całe stworzenie potrafi to wypowiedzieć, pojąć czy ogarnąć.

W słowach Psalmu Bóg mówi o sobie: "Myśli moje nie są waszymi myślami, a drogi moje nie są drogami waszymi". Pseudo-Dionizy Areopagita, mnich syryjski z V wieku, twórca teologii apofatycznej, w średniowieczu wielki autorytet teologiczny, mówił o Bogu, że wędruje On po bezdrożach: miejscach, do których stopa ludzka dotrzeć nie potrafi.

Zwróćmy jednak uwagę na ostatnie słowa dzisiejszej Ewangelii:

"Boga nikt nigdy nie widział, Jednorodzony, który jest w łonie Ojca o Nim pouczył". Inne tłumaczenie mówi: "O Nim opowiedział".

Jezus jest opowieścią o Bogu, jest - moglibyśmy powiedzieć - historią Boga na ziemi. Jeśli chcemy po ludzku spojrzeć na historię niewidzialnego Boga, jak sugerują słowa tej Ewangelii, powinniśmy pilnie prześledzić historię Jezusa. Jego narodzin, życia, śmierci i tajemniczego zmartwychwstania.

Całe życie Jezusa - najprawdziwszego z ludzi - jest opowieścią o Bogu. Wsłuchiwanie się w tę opowieść, oto nasza droga, droga chrześcijan. Słowa Ewangelii kryją tajemnice, które są niedostępne dla naszych oczu. I dopiero długotrwałe wsłuchiwanie się w głos Ewangelii sprawia, że docierają one stopniowo do naszych serc. Wtedy też rozumiemy, że przemawia do nas, od wewnątrz, boski Logos.

Zapytać możemy, czy w Jezusie opowiedziana została cała historia Boga? Czy życie jednego człowieka potrafiło wypowiedzieć całą prawdę o Nieskończonym i Niestworzonym?

Tajemnicą chrześcijaństwa jest przekonanie, że tak: że życie Jezusa Chrystusa wypowiada całą prawdę o Ojcu. Nie znaczy to oczywiście, iż cała ta prawda jest dla nas dostępna. Pozostaje ukryta, bo "nasze oczy nie widzą, a uszy nie słyszą".

Głos Niewidzialnego Boga brzmi już jednak pośród nas, słowa Jego miłości już zostały wypowiedziane i skierowane ku nam. On żyje i działa. A moc Jego głosu już rozpoczęła przemianę wszystkiego. Stopniowo bowiem wypełniają się słowa Apokalipsy: "Oto wszystko czynię nowe".

Żyjmy więc tą nowością, którą przynosi Słowo. Cieszymy się nią, gdy przychodzi. Słowo Boga, które stworzyło człowieka, jest także jego przyszłością. I pozostaje nadzieją, która zawieść nie może.


Rok 2004

Grudzień 2004

12 grudnia 2004

Mt 11, 2-11
Tymczasem Jan, skoro usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów 3 z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? 4 Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: 5 niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. 6 A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. 7 Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? 8 Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. 9 Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. 10 On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę.

Jezus pytał, co tłum poszedł zobaczyć na pustyni idąc za Janem Chrzcicielem? Zapytać możemy i my o sens misji Jana.

Spróbujmy przyjrzeć się symbolicznemu znaczeniu jego wystąpienia.

Jan przebywał na pustyni. Pustynia zaś oznacza oddalenie i samotność, pustkę. Ten, który zapowiada Zbawiciela, sam - w wymiarze symbolicznym - żyje więc w świecie śmierci. Jego ubiór jest ubiorem człowieka pustyni, człowieka dzikiego, walczącego z przemocą żywiołów, tych żywiołów zwiastujących śmierć. Żywi się jedynie miodem i szarańczą.

Jak więc zrozumieć znaczenie misji Jana, który jest wysłańcem poprzedzającym przyjście Mesjasza?

Może tak, że Jan przyciągając tłumy na pustynię, chciał by zrozumieli oni, że żyją w śmierci. Zapraszał ich na pustynię, by pustka zewnętrzna odsłoniła tę ważniejszą - wewnętrzną. Może chrzest, którego Jan udzielał, obmywając w wodach Jordanu niezliczone mnóstwo ludzi, ściągających do niego z całego kraju, może ten chrzest miał przypomnieć, że istnieje droga przejścia ze śmierci do życia? Tak jak kiedyś Izrael przeszedł przez wody Morza Czerwonego ku ziemi Obiecanej. Obmycie w wodach Jordanu oznaczać może także, że pustynię ludzkiego serca przecina strumień żywej wody. Jan wskazywał na Jezusa. To On jest tą wodą żywą. On jest drogą.

Chciał, by lud poszedł do Jezusa. Moglibyśmy powiedzieć metaforycznie, że jak na pustyni człowiek pozostawia ślady, tak Jan chciał, by lud poszedł śladami, które pozostawił na piasku Jezus.

Dokąd więc mieli iść za Jezusem uczniowie? Wędrówka Jezusa prowadziła przez Galileę do Jerozolimy. Galilea, to ojczyzna Jezusa. Tam czuł się On u siebie. Tam spędził dzieciństwo i pierwsze, możemy sobie wyobrazić, szczęśliwe, lata nauczania. Tam uzdrawiał, pomagał innym, było otoczony życzliwością swych uczniów, wdzięcznością, wiarą. Galilea jednak nie była celem wędrówki Jezusa. Szczęśliwość lat dziecinnych i pięknej twórczej młodości miała przeminąć.

Przyszedł moment, kiedy Jezus opuścił ojczyznę swego dzieciństwa i poszedł dalej, do Jerozolimy, miasta Boga. Było to także miasto przywódców Izraela, arystokracji, starszych, uczonych w Piśmie. Oni bardzo się niepokoili tym, co Jezus robił. W Jerozolimie, jak podaje Ewangelia Marka, Jezus cudów już nie dokonuje. Nie znajduje tam ani wiary, ani życzliwości, lecz wrogość raczej. W Jerozolimie zostaje oskarżony, skazany na śmierć i okrutnie zabity. Miasto Boga stało się miastem śmierci Boga.

Okazało się jednak, że Jerozolima nie była kresem wędrówki Jezusa. Po śmierci przyszło zmartwychpowstanie. Jezus mówi uczniom: Idźcie do Galilei, tam mnie ujrzycie.

Uczniowie więc wracają do miejsca pierwotnej szczęśliwości. Do miejsca czasów, kiedy wszystko dobrze się zapowiadało, kiedy mieli wielkie nadzieje i - co tu dużo mówić - byli młodsi i zafascynowani Jezusem.

Cała ta ich fascynacja jednak umarła razem z Nim na krzyżu. Śmierć jednak, klęska i rozczarowanie nie okazały się ostatnim akordem historii ich życia. Uczniowie idą do Galilei i spotkają Jezusa, który żyje.

Śmierć, obumarcie, katastrofa, także w naszym życiu nie są słowem ostatecznym. Klęska i nieszczęście, choć nieuchronne, słabsze są, aniżeli siła życia.

Zawsze, gdy dotyka nas smutek i brak, zagubienie i utrata, możemy wsłuchać się w głos Jezusa mówiącego: Idźcie do Galilei, tam mnie ujrzycie.

Ciągle na nowo powracać możemy do miejsc naszej szczęśliwości. Powrót ten jednak, jeśli ma być autentyczny, będzie już inny. Jak inny okazał się Jezus po zmartwychwstaniu. Obumieranie starego życia w człowieku, kiedy wyrusza on śladami Jezusa, prowadzi do wewnętrznej przemiany. Inaczej pojmujemy świat, ludzi, życie.

Jan Chrzciciel wzywał, by pójść za Jezusem, by kroczyć po Jego śladach. Idziemy więc z Nim przez Galileę szczęśliwości, Jerozolimę klęski i upadku, do nowego życia, dojrzalszego i pełniejszego. Życia, które przychodzi do nas od Boga.

5 grudnia 2004

Mt 3, 1-12
W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: 2 Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie. 3 Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki! 4 Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. 5 Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. 6 Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. 7 A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? 8 Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, 9 a nie myślcie, że możecie sobie mówić: "Abrahama mamy za ojca", bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. 10 Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. 11 Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. 12 Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.

Jan przyszedł by wzywać Izrael do nawrócenia. Zastanówmy się więc, co znaczy nawrócić się dla nas dziś. Łacińskie conversio znaczy tyle co polskie nawrócenie. Odwrócenie się od zła i zwrócenie do Boga. Tak więc nawrócenie oznacza tutaj zejście ze złej drogi, i powrót na drogę prawości.

Jeśli jednak spojrzymy na oryginalny tekst grecki Ewangelii nawrócenie to metanoia, co znaczy "przemiana". Jan więc wzywa ludzi do przemiany wewnętrznej.

Gdy zastanowimy się pobieżnie, czego dotyczyć ma ta przemiana, łatwo domyślimy się, iż ma ona pozwolić człowiekowi otworzyć się i przyjąć słowa Mesjasza, tego, który będzie chrzcił Duchem i ogniem.

Jednak patrząc na historię Jezusa zapisaną na kartach Ewangelii, widzimy, że przyjęcie słów Jezusa nie było takie łatwe. Przyjęcie jego nauki budziło powszechny opór. Zarówno Jego najbliżsi uczniowie, apostołowie, jak i uczniowie dalsi przez długi czas nie rozumieli a więc też nie przyjmowali nauczania Jezusa. Co dopiero faryzeusze i saduceusze, kapłani świątynni! Ci z góry odrzucali Jego naukę tym bardziej, że była dla nich także politycznym zagrożeniem.

Jakże bowiem dziwne nauki głosił Jezus jak na owe czasy, zresztą na wszystkie czasy, także nasze:

- błogosławieni głoszący pokój, cisi,

- ci którzy nie stosują przemocy, ale jej się poddają: nadstawiając drugi policzek.

Jezus łamał także liczne konwenanse i zwyczaje - traktował np. kobiety jak pełnowartościowych ludzi, partnerów rozmowy, przyjaźni, a nie jako istoty stworzone wyłącznie do posługi. To nie mogło się podobać. Jezus nie pasował do wyobrażenia "króla", jakie mieli ówcześni Żydzi. Oni bowiem, a przynajmniej niektórzy z nich chcieli widzieć w nim potężnego Króla, który wyzwoli ich z okupacji rzymskiej.

Nie bardzo Jezus pasował do czasów, do ówczesnych ludzi i ich mentalności. Wydaje się, ze często nie pasuje także do naszych czasów. Trudna jest dla nas Jego nauka. By ją zrozumieć i przyjąć potrzebna jest metanoia, przemiana serca. By umieć zło dobrem zwyciężać, by uwolnić serce od chęci zemsty i odpłaty. By nie myśleć wyłącznie o sobie, ale także o dobru innych ludzi.

Jak duża musi to być przemiana by dokonać tak wielu zmian w naszym życiu! Wydajcie owoc godny nawrócenia. Jak to zrobić? Jak przemienić nasze serca? Czyż nie staramy się poprawić? Jakże często nasze wysiłki spełzają na niczym.

Niekiedy stajemy bezradni, zastanawiamy się, czy ten cały wysiłek w poprawianiu nas samych ma sens? Niewątpliwie ma sens i to wielki. Każdy krok w dążeniu do prawdy i miłości przybliża nas do królestwa bożego. Ono przecież zaczyna się już tutaj na ziemi.

Musimy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że ta nasza poprawa ma dokonywać się za sprawą doskonalszego dążenia do prawdy i miłości. Te wartości są kluczowe by zrozumieć wewnętrzną przemianę. W nawracaniu czy poprawie nie chodzi o coraz doskonalsze i jednocześnie bezduszne przestrzeganie przepisów różnego rodzaju, w tym kościelnych. Zmiana ma dokonywać się w naszych sercach, w pragnieniu dobra dla wszystkich, w dostrzeżeniu prawdy o sobie a także o innych. I dopiero ta wewnętrzna przemiana metanoia pozwoli nam trwale odwrócić się od zła, a w konsekwencji również lepiej postępować.

Tak więc z jednej strony potrzebna jest nam nasza wola nawrócenia i uważne spojrzenie na siebie i na nasze dotychczasowe życie, a z drugiej, konieczne jest otwarcie, i to szczere, na innych i na Boga. Obserwując życie możemy zauważyć, że każdy z nas ma swój czas nawrócenia: moment, kiedy doświadcza przemieniającego działania Boga.

Często niestety są to trudne momenty w życiu momenty kryzysu, kiedy coś się w życiu człowieka rozpada. Kiedy niknie dotychczasowy sens, gubi się droga, i stajemy jakby zanurzeni w pustce.

I wtedy okazuje się, że ta właśnie pustka pozwala nam dostrzec sprawy najważniejsze - sprawy, których nie byliśmy w stanie dostrzec zanurzeni w codzienny zamęt życia codziennego.

W takich momentach jakby umieramy w dotychczasowym życiu, zaczynamy lepiej rozumieć sens życia i miłości.

Doświadczenie pustki pozwala nam dostrzec Boga, który jest w nas ciągle obecny, ale my nie mamy czasu by Go dostrzec tak jesteśmy zajęci swoimi sprawami.

Dzięki tej pustce, możemy Go dostrzec i z radością przyjąć do siebie. Zaczynamy doświadczać jego kochającej obecności.

Tak już bowiem jest, że tajemnica narodzin do nowego życia ukryta jest tam, gdzie człowiek umiera: na różne sposoby Jezus mówił o tym, że ziarno jak nie obumrze nie może wydać owocu.

Adwent jest właśnie takim okresem, w którym staramy się pogrążyć w pustce. Nie tej beznadziejnej, wyzutej z wszelkiego sensu, ale w pustce, o jakiej mówił na przykład mistrz Eckhart - pełnej znaczenia, w której lepiej możemy zobaczyć sprawy istotne, w której możemy rozpoznać obecnego w nas Boga.

Metanoia oznacza więc przemianę, w której człowiek umiera w swej dotychczasowej postaci. Wtedy też rodzi się w nim nowe życie, otwiera serce i umysł na słowa Jezusa. Już nie musi walczyć z wyzwaniem, jakie nauka Jezusa stawia, gotów jest przyjąć jej sens.

Życzę Wam wszystkim by ten Adwent pozwolił Wam odkryć dobrodziejstwo pustki tak by narodzić się do nowego życia. Taki bowiem jest prawdziwy sens Bożego Narodzenia - narodziny do nowego, pełniejszego życia.

Listopad 2004

14 listopada 2004

Łk 21, 5-19
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: 6 Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. 7 Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? 8 Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi! 9 I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. 10 Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. 11 Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. 12 Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. 13 Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. 14 Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. 15 Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. 16 A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. 17 I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. 18 Ale włos z głowy wam nie zginie. 19 Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.

Ewangelista Łukasz opisuje doświadczenie prześladowania pierwotnego Kościoła. Przedstawia to, co wydarzyło się z chrześcijanami kilkadziesiąt już lat po śmierci Jezusa. W opisie tym przytacza słowa Jezusa, który przestrzegał i niejako przygotowywał swoich uczniów na te ciężkie czasy.

Przyjrzyjmy się przez chwilę temu, co działo się wtedy. W tamtych czasach, w Kościele pierwotnym w pierwszym wieku większość stanowili chrześcijanie pochodzenia żydowskiego. Należeli oni do synagogi i wyznawali wiarę w Jezusa Mesjasza, dziś nazywamy ich judeo-chrześcijanami. Przez lata żyli spokojnie oczekując powtórnego przyjścia Jezusa, a wierzyli, że nastąpi ono lada moment. Mesjasz nie przychodził, a oni z czasem mieli coraz więcej problemów w synagodze. Narastające konflikty, rosnąca liczba chrześcijan, która stała się zagrożeniem dla judaizmu, to wszystko sprawiło, że stopniowo chrześcijanie byli wykluczani z synagogi. Dochodziło do coraz głębszego oddalenia się Kościoła i judaizmu, aż do zupełnego zerwania.

Wszystkie te konflikty sprawiły, iż chrześcijanie doświadczali porzucenia i opuszczenia.

Doświadczenie odrzucenia jest dla człowieka bardzo bolesne. A odrzucenie przez własne środowisko jest najbardziej bolesne.

Dlatego słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii są słowami wsparcia i pocieszenia. Wypowiedziane one zostały w języku apokaliptycznym, języku dramatu, który ma na celu ukazać, iż oto dzieje się coś ważnego w historii ludzkości, że jesteśmy w momencie wielkiego przełomu: wypełnienia się czasów mesjańskich, wypełnienia się zapowiedzi prorockich. Te wszystkie groźne słowa mają podkreślać wagę sytuacji. A Jezus sam dodaje otuchy uczniom mówiąc: Włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wielu.

Wszyscy jesteśmy ludźmi, którzy źle znoszą odrzucenie przez własne środowisko. Wiemy jak może to być bolesne. Dlatego łatwo nam jest wyobrazić sobie, co przeżywali ci pierwsi chrześcijanie, wychowani w tradycji swej religii, kiedy zostali od niej odsunięci.

Historia, która wydarzyła się tak dawno do dziś nie traci swej aktualności: chcąc pozostać wiernym sobie, chcąc pozostać wiernym swoim przekonaniom niekiedy musimy zapłacić za to cenę odrzucenia.

Jesteśmy przecież ludźmi, którzy potrzebują innych. Są oni dla nas ważni, ich oceny są znaczące, przeglądamy się jakby w lustrze ich opinii, żyjemy zanurzeni w świecie ludzkich spojrzeń.

To nas ogranicza i bywa uciążliwym balastem, a przecież tak na prawdę nie umiemy żyć w samotności. Pozostawieni sami sobie jesteśmy jakby pozbawieni życia. Dlatego odrzucenie jest ciężką próbą. Trzeba nam o tym pamiętać by zrozumieć także tych ludzi, którzy odrzuceni, schodzą na złą drogę.

Czy da się żyć będąc odrzuconym? Czy raczej jest to zbyt ryzykowne i trzeba żyć tak, by nigdy nie narażać się swojemu otoczeniu? Te dylematy rozgrywają się w sercu każdego z nas właściwie na co dzień. Czy mogę coś powiedzieć, czy lepiej nic nie mówić, bo będzie to źle przyjęte? Czy mogę to zrobić, czy lepiej nie ryzykować, bo narażę się na śmiech otoczenia?

A może jest odwrotnie. Może szukam sytuacji, w których inni będą mnie krzyżować, może potrzebuję stawać się ofiarą, cierpiącą publicznie dla "sprawiedliwości"?

Życie przynosi nam całą różnorodność takich konfliktów i dylematów i nie sposób dostarczyć jednej prostej odpowiedzi. Dlatego trzeba nam ćwiczyć cnotę roztropności, dzięki której, znajdując się w konkretnej sytuacji umiemy ją zrozumieć i wybrać to, co dobre. Roztropność to rozumienie, otwarcie na prawdę, choćby była ona bolesna: im lepiej rozumiem siebie i drugiego człowieka, im lepiej rozumiem mechanizmy społeczne, które nami rządzą, tym większe mam szanse na twórcze rozwiązywania konfliktów we własnym życiu.

Słyszałem ostatnio wykład, na którym znany i szanowany teolog opowiadał o sytuacji apostołów tuż po śmierci Jezusa. Pytał, co skłoniło uczniów do ponownego zgromadzenia się, choć byli oni wtedy w całkowitym rozproszeniu. Teologowie najczęściej odpowiadają, że niektórzy uczniowie mieli widzenie, które sprawiło, iż zgromadzili się wszyscy na nowo. Tymczasem, powiada ów znany teolog, można spojrzeć na to inaczej. Uczniowie zgromadzili się sami, na wezwanie jednego z nich. I dopiero wtedy, gdy znaleźli się razem, zrozumieli, że Jezus żyje. Wtedy doświadczyli, iż żyje On dalej w nich. Nie metaforycznie, ale autentycznie obecny jest przez Ducha Świętego.

To, że uczniowie znowu zgromadzili się było namacalnym znakiem obecności Jezusa, choć była to inna niż dotychczas obecność.

Gdy myślimy o bolesnych doświadczeniach odrzucenia, przypominajmy sobie tę scenę. Mówi nam ona, do czego jesteśmy powołani: by być razem, nie odrzuceni, ale przyjęci i zaakceptowani.

Kościół to nieustające gromadzenie się wiernych, i nieustające odkrywanie, że obecny jest pośród nas Duch Jezusa.

1 listopada 2004

Mt 5, 1-12a
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. 2 Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: 3 Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 4 Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. 5 Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. 6 Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. 7 Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. 8 Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. 9 Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. 10 Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 11 Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. 12 Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie.

Zasadnicze pytanie, jakie budzą wysłuchane właśnie słowa Kazania na Górze brzmi: Co zrobić, by spełnić wymagania stawiane przez owe Błogosławieństwa? Jaki rodzaj wymagań stawiają nam te słowa i jak spełnić je we własnym życiu?

Gdybyśmy chcieli dosłownie wcielić życie te wskazania, ryzykujemy, iż przyjmiemy jakąś pozę, która nie będzie niczym szczerym. Dla przykładu, będziemy nie tyle ubodzy w duchu, ale postanowimy za takich uchodzić, lub tak o sobie myśleć.

Znajdujemy się więc gdzieś u progu pułapki. Jak bowiem podjąć się zadania cierpienia prześladowania dla sprawiedliwości? Wydawać by się mogło, że doświadczenie takie nie jest możliwe do przeżycia w dzisiejszych czasach państwa prawa, gdzie można się bronić przed niesprawiedliwością. Trzeba by więc albo to prześladowanie zorganizować, albo przynajmniej tak interpretować własne doświadczenia życiowe, by okazało się, że jestem prześladowany dla sprawiedliwości. Niektórym udaje się to bez problemu, jednak na pewno nie o to chodzi. Taka sytuacja może być, co najmniej dwuznaczna.

Chcąc wypełnić te Błogosławieństwa ryzykujemy więc popadnięcie w ich przeciwieństwo.

Ten sposób podejścia do Błogosławieństw tworzy jakby pętlę bez wyjścia: im bardziej się staramy, tym ona bardziej nas uciska. Im bardziej chcemy spełnić przykazanie Jezusa, tym bardziej może ono obracać się w jego przeciwieństwo: faryzeizm i udawanie.

Czy więc jest droga wyjścia? Jest, choć nie jest to droga najprostsza. By ją odnaleźć trzeba się trochę natrudzić.

Zwróćmy najpierw uwagę, iż Błogosławieństwa nie są przykazaniami. Stare Prawo, jakie Mojżesz przyniósł na tablicach kamiennych, kiedy zstępował z góry Synaj, było prawem przykazań, poleceń: Tego, co wolno i tego, czego robić nie wolno.

Nowe Prawo, które Jezus wygłasza z Góry Błogosławieństw, nie jest już prawem przykazań. Nie ma tam poleceń! Zwróćmy na to uwagę. Jezus mówi jedynie ?Błogosławieni ubodzy w duchu, błogosławieni cisi....?

Następuje jakieś zasadnicze przesunięcie, którego często zdajemy się nie dostrzegać.

Zamiast przykazań Starego Prawa, których przecież Jezus, jak sam mówi, nie przyszedł znieść, słyszymy w słowach Błogosławieństw jakby opis tego, kim jest człowiek szczęśliwy. Na marginesie warto zaznaczyć, że greckie słowo przetłumaczone na polski jako ?błogosławieni? w oryginale brzmi makarioi i oznacza raczej szczęśliwych niż błogosławionych.

Otóż, by stać się kimś takim, potrzebna jest wewnętrzna przemiana ? metanoia. Nie wystarczy mechanicznie spełnianie przykazań. Nie chodzi już wyłącznie o zewnętrzne czyny, ale wnętrze człowieka: Oto zwrot, jakiego dokonuje Jezus w swoim spojrzeniu na człowieka. On patrzy w serce, w ludzkie motywacje. Tam bowiem właśnie ukrywa się zarówno ludzkie dobro jak i zło. Zewnętrzne czyny są tylko ostatnim etapem długiego procesu dojrzewania dobra czy zła w człowieku.

Jeśli więc chcemy patrzeć w tym kierunku, w którym swój wzrok kieruje nasz Zbawiciel, trzeba nam zajrzeć w nasze serca, zobaczyć, kim jesteśmy. I zacząć żyć bardziej świadomie, kierując się dobrem i prawdą. Trzeba nam będzie czasami wyjść ze starych, utartych szlaków i kolein dotychczasowego sposobu życia, by poszukać nowej drogi. Będzie ona być może trudniejsza, ale także piękniejsza.

Idąc drogą Błogosławieństw może zobaczymy kiedyś w sobie takiego człowieka, jakiego widzi w nas Jezus, jakim chciałby nas widzieć: owego szczęśliwego, który chroni sprawiedliwość, jest miłosierny, nie zwalcza drugiego człowieka, nie prowadzi wojny z bliźnim.

Na tej drodze będziemy z czasem coraz lepiej rozumieć wskazówki zawarte w Błogosławieństwach. Zrozumiemy, że nie chodzi w nich o heroiczne, ponad siły czyny, ale o przyzwoite zachowanie na co dzień. Prześladowania dla sprawiedliwości mogą nas spotkać od naszego otoczenia; kolegów czy koleżanek z pracy, kiedy głośno opowiemy się na przykład po stronie szefa, który zwolnił z pracy notorycznego lenia łamiącego na co dzień kodeks pracy i demoralizującego innych pracowników.

Zrozumiemy, co to znaczy błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, gdy postaramy się puścić w zapomnienie stare urazy do matki czy ojca i z życzliwością zaczniemy ich znowu odwiedzać. W ten sposób słowa Jezusa będą odsłaniać przed nami swój głęboki sens. Zrozumiemy Jego przesłanie niosące pokój i pojednanie między ludźmi.

Może właśnie dzisiaj, w dniu, w którym idziemy na groby bliskich, wspominamy zmarłych, może właśnie ten dzisiejszy dzień w sposób szczególny powinien być DNIEM POJEDNANIA. Skoro jesteśmy na tej ziemi jeszcze tylko przez chwilę, może warto się zastanowić jak chcemy przeżyć ten czas. Czy w wojnie i zwalczaniu bliźniego czy w pojednaniu ze sobą i drugim człowiekiem.

Dlaczego jest tak, że dopiero w momencie śmierci kogoś bliskiego zaczynamy mówić o nim dobrze, zaczynamy żałować, że nie zdążyliśmy z nim porozmawiać, pójść do teatru czy do kawiarni? Dlaczego jedyną okazją do spotkań rodzinnych stają się pogrzebowe stypy?

Czyż nie czas zmienić ten koszmarny wzorzec i zacząć żyć bardziej w miłości i pojednaniu TU i TERAZ? Umieć z miłością patrzeć na drugiego człowieka, wybaczając mu jego słabości i wady? Umieć spędzać razem czas, autentycznie ciesząc sobą nawzajem.

Rzeczywiście, potrzeba nam pojednania! Pojednania najpierw ze sobą, by móc przyjaźnie zwrócić się do świata. A miewamy z tym trudności. Niekiedy nadmiar żalu i pretensji do siebie, uświadomionych i nieuświadomionych, sprawia, że nie starcza nam ani dla siebie ani dla innych serca. Źle myślimy o sobie i dlatego źle myślimy o innych. Czujemy się nieszczęśliwi, zagubieni, dlatego nie umiemy zdobyć się na życzliwość.

Potrzeba więc nam poszukać drogi do pojednania ze sobą, pogodzenia się ze światem, z Bogiem. Jest gdzieś taki moment w ludzkim życiu, w którym człowiek może powiedzieć, jak kiedyś pisał Kasprowicz: "Przestałem się wadzić z Bogiem". To moment pojednania. Tam jest ukryta akceptacja wobec wszystkiego, dojrzenie dobroci i błogosławieństwa (szczęścia), jakim jest życie. Akceptacja i pogodzenie ze światem, z własną historią, historią swojej rodziny, narodu.

Być może przed niejednym nas jeszcze długa droga do przebycia. Ale ona już jest wytyczona przez Błogosławieństwa Jezusa. Choć trudna to droga, nie traćmy jej z oczu.

Październik 2004

24 pazdziernika 2004

Łk 18, 9-14
Powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: "Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: "Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam". Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: "Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!" Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony".

Dzisiejsze słowa Jezus kieruje do wszystkich tych, którzy "ufają sobie, że są sprawiedliwi a innymi gardzą". Praktycznie więc słowa kierowane są do nas wszystkich, bo każdemu z nas zdarza się uważać za lepszego od innych.

Warto od razu podkreślić, że Jezusowi bynajmniej nie chodzi o to, żebyśmy siebie piętnowali, uważali się za nędzników i grzeszników. Nie. Jezus w postaci modlącego się faryzeusza wskazuje na pewną postawę, która jest przeszkodą zarówno w dalszej pracy nad sobą jak i uniemożliwia szczerą modlitwę.

Jego słowa mają nam przynieść zrozumienie, otworzyć oczy na to jak postępujemy. Mają nam dać światło, które poprowadzi do wewnętrznej przemiany.

Modlitwa faryzeusza przypomina mi też pewną historię, o której kiedyś przeczytałem: Otóż jeden ze sławnych ludzi spotkał na przyjęciu swojego przyjaciela, z którym dawno się nie widział i tak mu powiedział: Ponieważ nie mamy czasu, żeby porozmawiać o nas obojgu, porozmawiajmy o mnie.

I faryzeusz opowiada o sobie. Słowa dziękczynienia skierowane do Boga tak układa, by mówić wyłącznie o sobie, opowiedzieć Najwyższemu, jaki jest wspaniały. Przedstawia Mu wszystkie najważniejsze "zasługi" i poświęcenia - post dwa razy w tygodniu i odprowadzanie dziesięciny. To wszystko przeciwstawia innym, niegodziwym ludziom sprytnie chwaląc Boga, że nie jest taki jak ci inni oszuści.

Jakże częsty to schemat w myśleniu o sobie - ja na tle innych. I nie ważne czy ja w takiej postaci spreparowanej jedynie 'na zewnątrz' jestem naprawdę sobą. Czy jestem pogodzony ze sobą, chętny do dalszej pracy w rozwoju własnej osobowości. Nie najważniejsze jest, by pokazać innym, że jestem bez wad, że jestem lepszy niż oni. I wydawać się może, że właśnie to porównanie do innych jest tu kluczowe. Bo co to za przyjemność pościć lub dawać jałmużnę jeśli nikt tego nie widzi i nie chwali.

W takim, można rzec obłudnym postępowaniu, motorem wszelkich działań są czynniki zewnętrzne; nie chęć czynienia dobra i przez to obcowanie z dobrem, chęć stawania się lepszym, lecz chęć bycia widzianym jako dobry, koniecznie lepszym od innych.

Często w takiej walce o nasz dobry wizerunek zewnętrzny upływa życie. Bywa też, że powoli tak przyzwyczajamy się do naszego wizerunku, że zastępuje on nam nasze własne wyobrażenia o sobie samym. Myślimy o sobie tak, jak myślą o nas inni lub jak myślimy, że myślą. Ta opinia staje się decydująca o naszym postępowaniu, a stąd już tylko jeden krok do obłudy czy konformizmu.

Taka postawa niesie ze sobą jeszcze inne zagrożenie - niemożność w dążeniu do prawdziwego dobra, niemożność w dojrzewaniu osobowości i niemożność otrzymania od innych wsparcia w trudnych chwilach.

Bo przecież nikt z nas nie urodził się świętym, do świętości możemy jedynie dorastać. By to było możliwe musimy widzieć siebie takimi, jakimi jesteśmy. Mało tego, inni też MUSZĄ nas widzieć takimi, jakimi jesteśmy.

Jeśli ktoś został jedynie wytrenowany do pokazywania miłej, uśmiechniętej twarzy po to by być zaakceptowanym przez innych, jeśli ktoś pokazuje innym jedynie swoje "dobre strony", to nie może spodziewać się od nikogo pomocy we wzrastaniu do świętości. On już się przedstawia "jako święty" wcale nim nie będąc.

I potem często zdarza się, że w pewnym momencie życia, ludzie tacy nie są w stanie sprostać stawianym im wymaganiom i w konsekwencji bywają zupełnie odrzuceni przez najbliższych, przez otoczenie. Oto nagle "święty" okazuje się zwykłym, słabym człowiekiem. Pojawiają się głosy: "tego się po nim nie spodziewałem", wielkie rozczarowanie, cierpienie, zawód i to dla obu stron.

Bywa, że taka sytuacja staje się podstawą do zweryfikowania prawdy o sobie, staje się początkiem nowej drogi w dążeniu do dobra, w pracy nad sobą.

Ale bywa też tak, że pozostajemy w błędnych wyobrażeniach na swój temat i całe otoczenie traktujemy jako niesprawiedliwe, napastliwe, zawistne. Zamykamy się w swoim małym zakłamanym świecie żywiąc urazę do wszystkich i do wszystkiego.

Celnik z dzisiejszej przypowieści zobaczył zło, które czynił. Uznał, że jest niedoskonały i przyszedł podzielić się tym doświadczeniem z Bogiem, prosić Go o łaskę. Dokonał wielkiego kroku w pracy nad sobą. Zobaczył siebie takim, jakim był.

Mając to doświadczenie w pamięci, my również postarajmy się zobaczyć nasze słabości. Pozwólmy sobie na bycie słabym, pozwólmy naszym najbliższym na niedoskonałość. Odrzućmy te wszystkie maski i obłudę. Bo tylko wtedy będziemy mogli nad sobą pracować, wtedy będziemy mogli naprawdę dojrzewać.

Spójrzmy na siebie szeroko otwartymi oczami, wolnymi od nadmiernych, nierealnych oczekiwań. Uwolnijmy się od sądów i uprzedzeń i w takiej wolności wspierajmy się wzajemnie na drodze do pełniejszego, lepszego życia. Stańmy się wspólnotą ludzi wzrastających w świętości, pomagających sobie nawzajem w tej trudnej drodze.

Bóg jest z nami i towarzyszy nam. Nauczmy się znajdować Jego obecność w modlitwie. W modlitwie, która będzie aktem przyjaźni z Bogiem, a nie ciągnącą się litanią spraw do załatwienia. Rozmawiajmy z Bogiem tak, jakbyśmy rozmawiali z przyjacielem. Szczerze i spontanicznie opowiadając Mu o naszych słabościach i problemach, prosząc o łaskę w zrozumieniu siebie i świata. A przyjaźń z Najwyższym umocni nas w poszukiwaniu i czynieniu dobra.

10 pazdziernika 2004

Łk 16, 19- 31
Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. 12 Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka 13 i głośno zawołali: "Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!" 14 Na ich widok rzekł do nich: "Idźcie, pokażcie się kapłanom!" A gdy szli, zostali oczyszczeni. 15 Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, 16 upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. 17 Jezus zaś rzekł: "Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? 18 Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec". 19 Do niego zaś rzekł: "Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła".

Jezus znowu zwraca naszą uwagę na pewne zachowania, które my również powtarzamy, często nieświadomie, a które w znacznym stopniu rzutują negatywnie na nasze stosunki z innymi ludźmi. Jezus robi to na swój sposób jakby zastanawiając się na głos, zadając pytania.

Nie chodzi mu wcale o to by ukarać niewdzięczników, by ich surowo ocenić i potępić jak nam się to zdarza i co często przypisujemy Bogu. Zdecydowanie nie o to chodzi w tej przypowieści. Dziś Jezus zwraca naszą uwagę na to jak rzadko potrafimy dziękować.

Proszę zwrócić uwagę, co zrobili wszyscy uzdrowieni: posłuchali wiernie polecenia Jezusa. Okazali Mu posłuszeństwo i zrobili dokładnie tak, jak im powiedział. Można by powiedzieć: wykazali się doskonałą subordynacją.

Zostali uzdrowieni, lecz nie przyszli podziękować uzdrowicielowi. Być może zabrakło im dodatkowego polecenia: "Idźcie pokażcie się kapłanom, a później przyjdźcie i podziękujcie mi". Jednak czy wdzięczność z polecenia jest wdzięcznością?

Owszem małym dzieciom przypomina się, że mają zawsze powiedzieć "dziękuje", jak coś otrzymują. Ale właśnie to są małe dzieci, które uczymy dziękować w nadziei, że w przyszłości ten odruch stanie się naturalną skłonnością płynąca niejako z serca.

Zastanówmy się więc nad przyczynami takiego postępowania, dlaczego nie potrafimy dziękować ani za wielkie dary jak uzdrowienie czy ocalenie ani za drobne przysługi jak ustąpienie miejsca w zatłoczonym tramwaju czy przepuszczenie w kolejce po bilety PKP.

To, że nie umiemy dziękować być może oznacza także, że nie potrafimy dostrzec w innych ludziach dobra, traktujemy ich instrumentalnie jako dostarczycieli słusznie należących nam się różnego rodzaju przysług.

Zresztą podobne mechanizmy odnoszą się do formułowania próśb. Bywa, że nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć słów prośby pod adresem naszych najbliższych. Nierzadko w milczeniu i rosnącej irytacji czekamy, aż ktoś spełni nasze milczące oczekiwania i jesteśmy bardzo zdenerwowani i obrażeni, jeśli ta druga osoba ich nie spełnia. Zajęci sobą i swoją wyimaginowaną krzywdą wzrastamy w urazie do świata i do Bogu ducha winnych otaczających nas osób.

Istnieje bowiem taki typ człowieka, który przeżywa świat tak, jakby mu się wszystko należało. Co więcej wśród najbliższych zachowuje się tak, jakby był ciągle pokrzywdzony. Ma wieczne pretensje do otaczających go osób, do świata, do Boga. Taki "nieszczęśliwy" człowiek uważa, że wszystko i wszyscy powinni w sposób naturalny i bez żadnej prośby czy dyskusji spełniać jego oczekiwania i tym samym niejako zrekompensować mu jego krzywdę. Jest sprawą oczywistą, że osoba taka nie tylko NIE uważa za stosowne komukolwiek dziękować, ale nawet nie jest w stanie tego zrobić. JEJ SIĘ WSZYSTKO NALEŻY.

Taka osoba będąca w głębokim poczuciu krzywdy nawet nie pomyśli, że ona też mogłaby wyświadczyć innym jakąś przysługę, jakieś dobro. A przecież dobro jest w zasięgu ręki każdego człowieka, nawet tego najbardziej pokrzywdzonego przez los.

Nie ulega wątpliwości, że trędowaci byli osobami głęboko pokrzywdzonymi przez los, cierpiącymi. Doznali od Jezusa wielkiego dobra - ich ciała zostały uzdrowione, jednak tylko o jednym z nich można powiedzieć, że podjął również próbę uzdrowienia swego ducha. Samarytanin, wracając do Jezusa i okazując mu wdzięczność dał świadectwo, że jego duch też został uzdrowiony - stał się zdolny do świadczenia innym dobra. I niewątpliwie stało się to także za sprawą jego woli. Sięgnął po dobro, które było w zasięgu jego możliwości - szczere, płynące z głębi serca podziękowanie.

Bo przecież dobro świadczone innym nie musi wcale oznaczać wielkich poświęceń, czynów ponad nasze siły, przeznaczenia dużych nakładów finansowych na pomoc drugiemu. Dobro to także, jak nie przede wszystkim, okazanie drugiemu życzliwości i zainteresowania jego osobą. Uznania go za równego partnera, który może tak jak my czuć się lepiej lub gorzej, przyznania mu prawa do zajmowania się swoimi sprawami, swoim życiem. Dobro to uśmiech i miłe słowa podziękowania za drobny gest w naszą stronę, za poświecony nam czas, choćby było to tylko dwadzieścia min.

Prawdziwych, trwałych więzi z drugim człowiekiem nie da budować się na poczuciu krzywdy i wiecznych pretensjach. By przetrwały one próbę czasu, potrzebne jest dostrzeżenie dobra, które się otrzymuje od innych. Dostrzeżenie i uznanie tego dobra.

Brak takiej postawy jest często przyczyną rozpadu więzi małżeńskich, rodzinnych, społecznych. Jakże często widzimy małżeństwa, czy wspólnoty zakonne w których jedni służą drugim nie doświadczając z drugiej strony żadnego dobra. Z czasem więzi takie stają się patologiczne przypominając raczej relacje "ofiary" i "kata" niż głębokie, oparte na miłości związki.

Także niedostrzeganie dobra, jakie otrzymuje się od społeczności lokalnej, miasta, państwa, w którym się żyje, sprawić może, że stajemy się narzekającymi na wszystko aspołecznymi jednostkami, które nie biorą za nic odpowiedzialności, nie podejmują żadnych działań a jedynie ustawicznie narzekają na wszystkich i wszystko. Jeśli takich jednostek jest dużo to trudno mówić o społeczeństwie obywatelskim, i trudno spodziewać się szybkich i daleko idących zmian w stosunkach społecznych czy życiu politycznym kraju.

Dziewięciu z uzdrowionych nie poczuło potrzeby przyjść podziękować Uzdrowicielowi. Przyszedł tylko jeden. To znamienne, symboliczne wręcz wydarzenie. Można by powiedzieć, że jest to ciągle dająca nam do myślenia diagnoza ludzkiej kondycji. Ukazanie pewnego punktu, w którym jako ludzie poprzez pokolenia okazujemy się słabi. Jezus jak zwykle trafnie zwraca nam na to uwagę.

Może więc tym razem podejmiemy próbę, by wejść na drogę wewnętrznej przemiany, by dostrzec i uznać tych, którzy niosą nam dobro.

Jezus pragnął, by uzdrowieni trędowaci sami przyszli mu podziękować. Ale im tego nie powiedział. W świecie ludzi wolnych, tylko relacje w wolności mają wartość.

Przyjaźń, wdzięczność, miłość - domagają się spontaniczności. Moglibyśmy powiedzieć, że nie potrafią żyć bez niej. By budować przyjaźń z ludźmi i z Bogiem potrzeba spontanicznej, twórczej postawy.

Warto pomyśleć ile w naszym życiu jest życia z własnej inicjatywy, a ile codziennej rutyny, dostosowania się do otoczenia.

Nasze życie ma być drogą do Boga. Ciągłym poszukiwaniem, odkrywaniem. Nie można stanąć na jednym postoju i tam pozostawać przez całe życie. To nie przybliży nas do pełniejszego życia, nie przybliży nas do Boga.

Rozejrzyjmy się wkoło, spojrzyjmy na innych pełnym spontaniczności spojrzeniem i dostrzeżmy w nich dobro. I wyruszmy razem z nimi w dalszą drogę, drogę do lepszego, bo pełnego życzliwości i miłości życia. Jezus towarzyszy nam w tej drodze, i czasami pomaga nam, tak jak w dzisiejszej Ewangelii, dostrzec, jak wydostać się ze ślepego zaułka w który czasami zabrniemy

Wrzesień 2004

26 września 2004

Łk 16, 19- 31
Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. 20 U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. 21 Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. 22 Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. 23 Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. 24 I zawołał: "Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu". 25 Lecz Abraham odrzekł: "Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. 26 A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać". 27 Tamten rzekł: "Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! 28 Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki". 29 Lecz Abraham odparł: "Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!" 30 "Nie, ojcze Abrahamie - odrzekł tamten - lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą". 31 Odpowiedział mu: "Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą".

Historia z dzisiejszej Ewangelii może szokować. Gdyby traktować jej słowa dosłownie, stanąłby nam przed oczyma obraz okrutnego Boga, nie mający nic wspólnego z Bogiem Ewangelii: Ojcem pełnym miłości. Trzeba więc nam inaczej spojrzeć na dzisiejszą przypowieść, inaczej ją odczytać. Bo tekst ten jest niewątpliwie historią, którą Jezus opowiada, by przekazać nam naukę o naszym życiu. Przy czym musimy wiedzieć, że żebrak Łazarz i bogacz faktycznie nie istnieli. Są postaciami fikcyjnymi, których historię Jezus opowiedział w charakterystyczny dla siebie sposób: zgodnie z tym, jak nauczali rabini w tamtych czasach.

Mówię o tym na wstępie, byśmy uniknęli traktowania tego stylu opowiadania, jakby to był reportaż. Zwłaszcza, że wiele elementów tej historii należy do popularnego sposobu obrazowania w czasach Jezusa, zwanego stylem apokaliptycznym. Apokalipsa św. Jana jest przykładem takiego stylu: są tam smoki, jezioro ognia, walka zła z dobrem. W tym sensie opowiadanie o bogaczu i Łazarzu jest fikcją literacką mająca za zadanie przekazać ważne prawdy duchowe.

Dociekanie prawdy przekazywanej przez Jezusa w opowieściach Ewangelicznych jest pewną sztuką. Jezus nie wypowiada się tam w sposób jednoznaczny, nie wydaje poleceń, jego przypowieści są otwarte (celowo) na różne interpretacje.

Historia o bogaczu i łazarzu, jak wiele przypowieści ewangelicznych, ma nauczyć nas rozumienia prawdy o człowieku. Prawdy o nas samych. Ma stanowić dla nas impuls zmuszający do otwarcia oczu i spojrzenia wkoło siebie, zastanowienia się nad własnym życiem tu i teraz.

Czy nie zdarza się bowiem nam, że żyjemy, nie widząc ludzi którzy nas otaczają. Tak jesteśmy zajęci swoimi sprawami, że nie zauważmy nie tylko biedy i nieszczęścia w naszym dalszym otoczeniu. Bywa też, że nie zauważamy nawet najbliższych nam osób ? czy to matki, która się postarzała i która wymaga codziennej opieki, czy dzieci, które dorastając błądzą i potrzebują wsparcia i życzliwej porady. Tymczasem my koncentrujemy swoje wysiłki czy to na karierze zawodowej, czy na pomnażaniu majątku, albo, co jeszcze gorsze, na bezsensownej walce z najbliższymi o wpływy, o to, kto postawi na swoim. I tak przebiega nam nasze życie.

Tu mała uwaga! Nie chodzi wcale o to by tego wszystkiego nie robić! Do pomnażania majątku zachęca nas inna część Ewangelii ? o pomnażaniu talentów. Problem w tym, by zachować we wszystkim umiar, by żyć pełnią życia tu i teraz, nie odkładając rozmowy z dziećmi czy starszą matką na potem.

Kiedyś w czasie wakacji spotkałem Anglika, który prawie przez 20 lat pracował jako makler na londyńskiej giełdzie. Ponieważ mieszkał ze swoją rodziną w luksusowej dzielnicy na przedmieściach Londynu, wstawał codziennie o 6 rano by na czas dojechać do pracy. Wracał do domu przeważnie ok. 22.00. Ciężko pracował by zapewnić żonie i swoim trzem córkom jak najlepsze warunki materialne.

Pewnego razu źle się poczuł i wrócił wcześniej do domu. Ze zdumieniem trafił na urodzinowe przyjęcie swojej córki. Obchodziła właśnie 14 lat. To wydarzenie zmieniło zupełnie jego życie. Spowodowało, że jakby nagle obudził się z jakiegoś snu. Pytał samego siebie: jak to możliwe, że nie zauważyłem, że moja córka ma już 14 lat. Jak to możliwe, że nie widziałem jak moje dzieci wzrastały, gdzie ja właściwie byłem?

Zdając sobie sprawę z tego, że w jego życiu umknęła mu najważniejsza część ? bycie z rodziną, uczestniczenie w rozwoju i dojrzewaniu córek, postanowił to zmienić. Zapragnął mieć udział w tym, co najważniejsze ? w życiu rodzinnym. Zmienił pracę i rzeczywiście rozpoczął inne życie.

Niestety taka przemiana zdarza się nieczęsto. Bywa, że nie zauważamy znaków, które do nas przemawiają, starając się nas nakłonić do refleksji lub nawet zmiany życia. Do odkrycia jego pełni.

Trwamy w swoich starych, często bezsensownych zwyczajach, odkładając wszystko na potem: teraz muszą zarobić na nowy telewizor, samochód, a potem porozmawiamy. I niestety zdarza się, że to ?potem? nie nadchodzi. I tak w tej gonitwie mija nam całe życie. Bywa, że dopiero śmierć najbliższej osoby jest sygnałem do zastanowienia się, do żalu że nie zdążyliśmy porozmawiać o tylu ważnych sprawach. Ale wtedy jest niestety za późno. I o tym właśnie mówi dzisiejsza Ewangelia.

Można by zapytać, dlaczego człowiek zamyka się w taki nieczuły sposób przed drugim człowiekiem, nawet tym najbliższym? Co sprawia, że nie chce otworzyć się na jego obecność? Dlaczego zamiast przyjęcia kogoś, akceptacji jego istnienia, zachowujemy się tak, jakby on nie istniał.

Czyżby z obawy, że otwarcie na drugiego niesie z sobą ryzyko? Stanowi realną możliwość straty czy przegranej. Może dlatego, że angażując się w relacje z drugim człowiekiem, przestajemy być panem sytuacji? Wydaje nam się, że tracimy czas, tracimy z oczu własne sprawy, gubimy siebie w problemach drugiego?

Pamiętajmy jednak, iż jest to jeden z paradoksów życia, że życie odnawia się poprzez stratę. Nie chcąc nic tracić, tracisz wszystko. Nadmiernie koncentrując się na jednym wymiarze życia, np. materialnym, tracisz całą resztę.

Droga, którą przeszedł Jezus jest tego najlepszym przykładem. Trwając przy prawdzie, przy ludziach, którym głosił Królestwo, stracił wiele: stracił życie. Jednak tracąc życie Jezus odzyskał je i to jeszcze pełniej. Przekroczył tajemnicę śmierci, która przyniosła nowe życie.

Niech ta ufność i nadzieja, jaką znajdujemy na kartach Nowego Testamentu pomoże nam w porę dostrzec w nas samych bogacza z Ewangelii. Niech pomoże nam być czujnymi obserwatorami życia, umiejącym na czas zawrócić ze ślepego zaułka. Spójrzmy wkoło nas, już dziś starajmy się zobaczyć i dostrzec drugiego człowieka. Zacznijmy mieć udział w nowym życiu Zmartwychwstałego Jezusa.

Czerwiec 2004

10 czerwca 2004 - Boże Ciało

Łk 9, 11-17
Lecz tłumy dowiedziały się o tym i poszły za Nim. On je przyjął i mówił im o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrawiał. 12 Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: "Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność, bo jesteśmy tu na pustkowiu". 13 Lecz On rzekł do nich: "Wy dajcie im jeść!" Oni odpowiedzieli: "Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi". 14 Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: "Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu!" 15 Uczynili tak i rozmieścili wszystkich. 16 A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. 17 Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały.

Jezus łamie chleb i rozdaje uczniom. Karmi tych, którzy przyszli do niego.

Co oznacza ten gest, ku czemu nas prowadzi?

Łatwo dostrzec można olbrzymi ładunek symboliczny tej sceny, trudniej odnaleźć klucz do jej interpretacji. Dzisiejsze święto podsuwa bezpośrednie znaczenie: Eucharystię. Taka odpowiedź jednak nie powinna być kresem, ale początkiem zapytywania.

Cóż więc usłyszeć możemy w tej opowieści o rozmnożeniu chleba? Obfitość, nasycenie, przyjemność zaspokojenia głodu. To pierwszy wymiar tego wydarzenia.

Dobrowolność, darmowość, niekonieczność, jednorazowość tego gestu ? oto kolejny zestaw znaczeń. Oni wszyscy mogli przecież pójść do okolicznych wsi i się posilić. Nic by się nie stało. Nie był to czas głodu w Izraelu.

Gdy myślimy o gestach Jezusa, także tym z Ostatniej Wieczerzy, pamiętajmy, iż był to gest dobrowolny i niekonieczny. Że oznacza on coś więcej, niż zwykłe wypełnienie jakiegoś tylko obowiązku czy misji.

Jeśli muszę coś zrobić, to i dobrze, że to robię, ale przecież w relacjach między ludźmi o wiele większe znaczenie mają te gesty, które płyną z czegoś innego niż z prostego obowiązku. One budują jakiś nowy rodzaj więzi ? dobrowolnej i niekoniecznej.

Jezus do uczniów mówi: "Wy dajcie im jeść". Uczniowie są zaskoczeni. Z wielu względów. Technicznie było to trudne do wykonania. A być może zaskoczenie dotyczyło także tego momentu darmowości: przecież nie jesteśmy od utrzymywania tłumu. Co więcej - uczniowie mają rację, gdy nie poczuwają się do takiego obowiązku.

Tym razem jednak Jezus chciał zaprosić wszystkich i być gospodarzem. Chciał, by cały tłum był gościem na uczcie, którą wyprawił. Niewątpliwie był to gest spontanicznej życzliwości i miłości. Spontanicznej gościnności, która nie liczy i nie kalkuluje.

W takim klimacie najlepiej też jest mówić o Eucharystii, o Bogu, o Jezusie i Jego misji. Jego dzieło otoczone bowiem jest atmosferą takiej niewymuszonej, spontanicznej hojności. Czy to wyczuwamy? Czy raczej o misji Jezusa myślimy w kategoriach spełnianego przez Niego obowiązku, jaki nałożył na niego Ojciec?

Język obowiązków i przepisów nie bardzo się nadaje do wyrażenia postawy spontanicznej dobroci.

Dziś pogrążeni jesteśmy siłą rzeczy w liczeniu, kalkulowaniu. Liczymy czas. Czas liczymy na pieniądze, pieniądze na możliwości działania, wyjazdu, zakupu. Ten świat jest częścią życia, z którego nie sposób się wyrwać. Daleki jestem od łatwego potępiania go. Trudno się oburzać na prawa ekonomii, tak jak na inne prawa panujące w świcie przyrody. Równocześnie ten świat ekonomii, liczenia, powinien pozostać tylko częścią naszego życia. Gdy staje się całością, wtedy umiera dusza człowieka.

Może właśnie przykład Jezusa pokaże nam ten inny wymiar życia. Ten bardziej owiany miłością niż kalkulacją. To jest trochę inny świat i nie da się go wyrazić w języku obowiązków i przepisów. Gdy powiemy o "obowiązku gościnności", to niewiele ma to wspólnego ze otwartością, i nieudawaną radością z obecności przyjaciela: trochę tak jak formuła "obowiązek małżeński" nie bardzo się kojarzy z miłością.

Jednak miłość wyrażona jest także w formie obowiązków. Mamy nawet przykazanie miłości. Skrupulatnie nasi kościelni prawnicy w toku dziejów Kościoła rozpisali je na szereg drobnych obowiązków rodzinnych, społecznych, indywidualnych. I pewnie nierzadko zrobili to trafnie. Coś jednak wtedy umyka. Zauważył to Franz Rozsenzweig, ważny filozof religijny z końca XIX wieku. Mówił tak:

"Z pewnością miłości nie można przykazać. Żadna trzecia osoba nie zdoła jej nakazać i do niej zmusić. Żaden trzeci tego nie zdoła, ale zdoła ten Jeden. Przykazanie miłości może wyjść tylko z ust kochającego. Tylko kochający może w sposób rzeczywisty mówić: "Kochaj mnie". I mówi. W jego ustach przykazanie miłości nie brzmi obco, lecz jest głosem samej miłości. Miłość kochającego nie ma żadnego innego słowa niż przykazanie dla wyrażenia siebie".

Zwróćmy uwagę jak w słowach Rosenzweiga biblijne przykazanie: "Będziesz miłował Pana Boga swego", zostaje przeformułowane w wezwanie: "Kochaj mnie". Słowa te oznaczają właściwie to samo, jednak drugie z nich, wypowiedziane w pierwszej osobie, istotnie zmienia swój wydźwięk.

Gdy bowiem mówimy o rzeczach zewnętrznych, w trzeciej osobie, że należy coś zrobić, albo czegoś nie robić, kochać Boga, sprzątać po sobie, itp., to mówimy zupełnie coś innego niż, gdy zwrócimy się do kogoś ze słowami: "Kochaj mnie".

Rosenzweig chce nauczyć nas takiej wrażliwości na słowa Biblii, aby były one wyrazem ludzkich odniesień, a nie traktowały całego świata w sposób rzeczowy i przedmiotowy w formie zadań do wypełnienia, planów, realizacji, korekty, poprawy i weryfikacji. Przykazanie miłości nie może być jedynie przepisem, obowiązkiem. Choć miłość jest wypełnieniem prawa, jednak samo przestrzeganie prawa nie wystarczy by kochać.

Eucharystia, której dziś święto obchodzimy, oznacza dziękczynienie. Wdzięczność zaś budzi się w sercu człowieka spontanicznie, kiedy doświadcza dobrowolnego gestu przyjaźni, życzliwości. Pamiętajmy więc o Jezusie, który chciał być gospodarzem tamtego wieczoru dla wielotysięcznego tłumu, chciał go przyjąć i wystawić dla niego ucztę. Tak jak później - w czasie Ostatniej Wieczerzy - chciał nakarmić swoich uczniów chlebem, który zstąpił z nieba. Chlebem, który w szczególny sposób jest skondensowanym znakiem całej miłości Boga do człowieka, miłości niewymuszonej, spontanicznej i wolnej.

Maj 2004

16 maja 2004

J 14, 23-29
W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: "Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. 24Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. 25To wam powiedziałem przebywając wśród was. 26A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. 27Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka! 28Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. 29A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie.

"Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem".

Kim jest ów Duch Jezusa, którego posyła Ojciec. Jak rozumiał Go Jezus, gdy obiecuje uczniom, że po Jego śmierci pośle im tego Ducha: Ducha prawdy, który ma ich wszystkiego nauczyć?

Dziś mówimy o Nim, że jest trzecią osobą Trójcy Świętej, jednak w pierwszym wieku chrześcijaństwa nie znano takiego sformułowania. Dopiero sobory w IV i V wieku opisały to kim jest Duch Święty w sposób, jaki znamy dziś.

Wcześniej zaś mówiono to, co znaleźć można było na kartach Ewangelii. A więc mówiono o Nim, że jest Parakletem, czyli Pocieszycielem. To szczególne imię. Przywołuje ono apokaliptyczny język i sposób myślenia z czasów Ewangelisty Jana. Paraklet jest tym, który broni człowieka przed oskarżeniami szatana: co ważne zarówno fałszywymi jak i prawdziwymi oskarżeniami. Duch Święty jest obrońcą człowieka, jest jego tarczą chroniącą przed złem.

Posyła Go Ojciec. Jest jakby kontynuacją działania Jezusa po Jego odejściu. Jest obecny i działa w Kościele.

Jezus mówi: "On was wszystkiego nauczy". Cóż to oznacza?

Wszystkiego nas nauczy!? Skoro nas wszystkiego nauczył, to może oznacza to, że już teraz wszystko wiemy? Bynajmniej. Raczej chodzi o stałe towarzyszenie Ducha człowiekowi. Duch jest posłany do serca każdego wierzącego i poucza go od wewnątrz.

Pamiętajmy o tej dyskretnej obecności ducha prawdy w nas. Wierzący bowiem niekiedy zdają się być rozdarci. Z jednej strony, choć ochrzczeni, choć otrzymali Ducha Świętego, nie bardzo wierzą w swoje wyczucie dla spraw wiary i cedują to na przedstawicieli Kościoła. To księża w tych sprawach mają się jedynie wypowiadać. Nie wierzymy w ten sposób w zmysł wiary (sensus fidei), jaki dzięki Duchowi Świętemu każdy z nas posiada. O tym przecież mówią słowa: "On was wszystkiego nauczy".

W zamian za to niektórzy zaczynają wierzyć, że my - katolicy jako Kościół - instytucja mamy pełną prawdę. Że nasza grupa jesteśmy ostatecznym wcieleniem prawdy obiektywnej. Jakby brak wewnętrznej ufności we własny zmysł wiary popychał do takich zewnętrznych deklaracji obronnych.

Taka postawa rodzić może fanatyzm, tworzyć podział społeczny na panów (oświeconych) i niewolników (którzy wymagają by ich zawsze pouczać we wszystkim). Dzięki Bogu ten rodzaj gorączki młodości chrześcijaństwo jako całość ma już za sobą. Dziś rozumiemy lepiej tajemnicę obecności Ducha Świętego, który nie jest podporządkowany ludzkim dekretom.

Duch bowiem tchnie kędy chce. Jest obecny w sercach wszystkich ludzi na ziemi na wiele różnych sposobów. Święty Ambroży, biskup Mediolanu z V wieku mówił, że wszędzie gdzie jest choć odrobina prawdy, tam zawsze jest obecny Duch Święty. Jest obecny w innych religiach, które są drogami na których Bóg zbawia inaczej wierzących.

Nie musimy jako chrześcijanie chcąc ucieszyć się obecnością Boga pośród nas zamykać Mu drogę do ludzi z innych wiar, kultur, cywilizacji.

Trzeba jednak najpierw wyzbyć się pysznego przekonania, że to MY MAMY PRAWDE, my możemy być arbitrami rozstrzygającymi w całości zawsze i automatycznie, z mocy urzędu, o tym co prawdą a co fałszem. Wydaje się czasami, iż zapał w takich deklaracjach jest jedynie formą maskowania własnego wewnętrznego zagubienia i bezradności.

Prawda przemawia w naszych sercach cichym głosem. Przemawia pouczając nas od wewnątrz i pocieszając w naszej drodze. Nigdy jednak nie odsłania się w pełni swego majestatu. Nigdy nie będziemy właścicielami prawdy: to byłaby jej profanacja. Dlaczego? Ponieważ prawda pochodzi od Boga, to On sam jest prawdą i człowiek nie może czynić się właścicielem Boga, nie może go zawłaszczyć.

Jeśli czcimy Go w naszych świątyniach, to czcimy Go jako naszego Pana a nie jako naszego poddanego, który ma nas grzecznie słuchać. Bóg nie jest naszą własnością i modląc się do Niego nie powinniśmy o tym zapominać.

Stoimy więc wobec swoistego rozdarcia. Z jednej strony bardziej trzeba nam wierzyć we własne wyczucie w sprawach wiary. Bardziej powinniśmy się o nie troszczyć i budzić je. Z drugiej zaś strony trzeba nam pamiętać, że wyczucie i rozumienie, nigdy nie jest wzięciem prawdy na własność i w niewolę.

Jest to jakaś przygoda człowieka z dobrem, pięknem i prawdą w jego życiu. Pamiętajmy jednak, że w tej przygodzie nie jesteśmy samotnymi poszukiwaczami prawdy. Naprzeciw wychodzi nam Jezus, który posyła ciągle swego Ducha, Ducha, który przemawia do nas w głębi naszych serc.

Kwiecień 2004

12 kwietnia 2004 - Zmartwychwstanie

Mt 28, 1-15
Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: "Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem". Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: "Witajcie!" One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: "Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą". 11 Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. 12 Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy 13 i rzekli: "Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. 14 A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu". 15 Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.

Zatrzymajmy się raz jeszcze nad sceną pustego grobu Pańskiego, kiedy Maria Magdalena i druga Maria przyszły do grobu o świcie.

Świat był pogrążony jeszcze w ciemnościach, ale powoli rozjaśniało go wschodzące słońce. Z ciemności wynurzało się światło i budziło wszystko do nowego życia. W takiej właśnie chwili kobiety przyszły do grobu Jezusa.

Przepełniała je rozpacz i ból po stracie mistrza i przyjaciela. Nieutulone w swym żalu chciały raz jeszcze pożegnać Nauczyciela, lecz zamiast Niego ujrzały jedynie pusty grób. Możemy sobie wyobrazić, jaki szok przeżyły, gdy nie znalazły w nim Jezusa.

Ten pusty grób unaocznił im, że Jezusa nie ma, że odszedł od nich bezpowrotnie. Pustka grobu uzmysłowiła im, że nic już nie będzie tak jak było dotychczas. Zrozumiały, że utraciły Jezusa na zawsze. Nie mogły nawet dopełnić starego zwyczaju i namaścić ciała olejkami. Pochylając się nad pustym grobem po raz pierwszy głęboko doświadczyły Jego straty.

I wtedy przemówił do nich Anioł. Gdy już zrozumiały, że wszystko stracone, gdy ból po stracie ukochanego mistrza sięgnął dna ich serc, właśnie wtedy usłyszały, że On żyje. Ta wieść o zmartwychwstaniu była dla nich wówczas niepojęta. Ewangelista Mateusz pisze, że miotały nimi sprzeczne uczucia: bojaźń i radość. Pośrodku ciemności rozpaczy budził się jasny promyk nadziei.

Noc zmartwychwstania Jezusa jest chwilą, w której stajemy wobec tajemnicy życia i śmierci. Ona nas przerasta, tak jak śmierć przerasta życie. Nie sposób ogarnąć jej logicznym umysłem nowoczesnego człowieka. Podobni jesteśmy do Marii Magdaleny " miotają nami sprzeczne uczucia: wątpliwości i chęć zawierzenia, smutek i radość.

Zmartwychwstały Jezus ukazał się najpierw kobietom. Nie któremuś z apostołów, lecz Marii Magdalenie i Marii Jakubowej. W ten sposób to kobieta stała się apostołką apostołów. To dzięki niej wszyscy usłyszeli o zmartwychwstaniu.

Zapytać więc można dlaczego właśnie ją Jezus uczynił pierwszą głosicielką dobrej nowiny" Może to jej miłość do Jezusa czyniła ją bardziej podatną na zrozumienie tego, co nie do zrozumienia"

Może zmartwychwstanie, jeśli można je pojąć, to tylko sercem? Wiemy jak trudno było uczniom uwierzyć w to, że Jezus powstał z martwych. Jak trudno było pojąć, że ciągle jest z nimi, choć już w inny niż do tej pory sposób.

Z pewnością dlatego wybór padł na Marię Magdalenę. Jezusa wybrał tę, której głęboka miłość do Niego, pozwoliła pokonać wszystkie przeszkody. Miłość bowiem pozwala zrozumieć nawet to, co niepojęte.

Na miejsce pierwszego spotkania z uczniami Jezus wybiera Galileę. Miejsce, z którego pochodzili i w którym wiele razem przeżyli. Tam był Nazaret, jezioro Galilejskie, Kafarnaum - ulubione miasto Jezusa.

Zastanówmy się. By spotkać Zmartwychwstałego uczniowie mają wrócić do swojej ojczyzny. Opuścić miejsca obce, Judeę, i wrócić do domu. Jezus pragnie, by uczniowie rozpoznali Go jako tego samego Jezusa, którego znali od dawna.

Zmartwychwstały może niekiedy wydawać się ulotnym duchem, który się tylko pojawia i znika. Tymczasem słowa o pójściu do Galilei odsłaniają inną prawdę. Ukazują coś bardzo indywidualnego, jedynego w Jezusie, jego jakby prywatne zamiłowanie do rodzinnych stron, do znanej okolicy. Tak jakby Jezus chciał powiedzieć do swoich uczniów: "Chodźmy do siebie i tam porozmawiamy. Chodźmy tam, gdzie się czujemy najlepiej, gdzie zawsze byliśmy razem, gdzie się poznaliśmy, gdzie kształtowała się nasza przyjaźń". Tak jak znajomi, którzy po latach spotykają się w swoich ulubionych miejscach.

Przez zmartwychwstanie Jezus nic nie stracił ze swego człowieczeństwa. Nie zapomniał o swoich przyzwyczajeniach, o przyjaciołach, ulubionych miejscach. To też jest prawda o zmartwychwstaniu.

Jezus stając się człowiekiem zmierzył się osobiście z ziemskim rozdarciem człowieka - pomiędzy sprawami tego świata i wiecznością, w którą jest wpisany. Połączył w swojej osobie dwa światy boski i ludzki - nic z żadnego nie tracąc. Będąc w pełni Bogiem, stał się także w pełni człowiekiem.

W konsekwencji, tak jak każdy z nas podlegał prawu historii, w której ludzki zamysł miesza się z przypadkiem. Doświadczył wszystkiego, co ludzkie: radości i szczęścia, cierpienia i opuszczenia. Na końcu swej drogi doznał także nienawiści rodaków, obojętności władców, zdrady przyjaciół. I co najbardziej bolesne - samotności wobec Boga, gdy wołał z krzyża: "Boże mój czemuś mnie opuścił".

Umarł, dzieląc z nami fundamentalne doświadczenie w życiu każdego człowieka, jakim jest śmierć. Umarł, lecz nie poddał się niszczycielskiej sile śmierci. Uczestnicząc w ludzkiej śmierci Jezus-Bóg zarazem przezwyciężył ją.

Po śmierci Jezusa jego uczniowie byli pogrążeni w rozpaczy i bólu. Towarzyszyło im poczucie klęski. Nie mogli do końca zrozumieć, co się stało, pogodzić się ze stratą Mistrza. W jednym momencie utracili wszystko. Zostali wyrwani z wiru życia. Pogrążali się w lęku, samotności i odosobnieniu. W ich sercach zapanowała pustka.

I to właśnie ona stała się dla nich wyzwoleniem. Taki bowiem jest głęboki sens Zmartwychwstania - umrzeć, by narodzić się na nowo do innego, lepszego życia.

O takim doświadczeniu pustki, jakby śmierci za życia, która wyzwala człowieka, pisał Mistrz Eckhart, mistyk dominikański z XIV wieku. Używał słowa "Abgeschiedenheit", które tłumaczymy jako odosobnienie, osamotnienie, strata. Kiedy człowiek traci - zyskuje. Kiedy traci wszystko, zyskuje wszystko. Przepaść śmierci staje się miejscem ocalenia. Strata i pustka, owa "Abgeschiedenheit" otwiera człowieka na ukrytą prawdę, pozwala mu dostrzec to, czego wcześniej nie zauważał. Pustka sprawia, że stajemy twarzą w twarz sami ze sobą. Dzięki niej możemy zstąpić w siebie, ku własnej głębi i tam odkryć boską obecność.

Maria Magdalena, kiedy zobaczyła pusty grób, dotknęła śmierci i pustki. Umarła w niej ostatnia nadzieja. Uczniowie Jezusa pozbawieni zostali nie tylko Mistrza i przyjaciela, ale także wszelkich planów na przyszłość. Ta strata jednak nie okazała się jałowa i beznadziejna. Pusty grób Jezusa stał się dla nich niespodziewanie początkiem nowej drogi.

Zmartwychwstanie łamie dotychczasowy porządek i rozpoczyna nowy. Nic już nie będzie tak jak było. Takie są właśnie koleje ludzkiego losu. Przez ciemność do światła, przez pustkę do obecności, przez niewiarę do wiary, przez śmierć do życia.

Jezus, jak wierzymy, my - chrześcijanie, przeszedł pierwszy tą drogą. Przeszedł drogę prowadzącą przez pusty ogród, w którym człowiek umiera w swej dotychczasowej postaci i rodzi się do życia innego, ukrytego w Bogu.

Marzec 2004

28 marca 2004

J 8, 1-11
Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, 2ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. 3Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: 4"Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. 5W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?" 6Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. 7A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień". 8I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. 9Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. 10Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: "Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?" 11A ona odrzekła: "Nikt, Panie!" Rzekł do niej Jezus: "I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!".

Św. Jan Ewangelista opisując życie Jezusa zwraca uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Na pierwszy rzut oka, mogłoby się wydawać, że niektóre słowa nie mają większego znaczenia, że to takie zwykłe opisy. Tymczasem przy uważnym czytaniu okazuje się, jak każde słowo jest tu ważne, bo zawiera cenne wskazówki, by lepiej zrozumieć kim był Jezus i jaka była jego nauka.

Muszę przyznać, że czytając Ewangelię Jana prawie za każdym razem odkrywam jakieś nowe słowo, którego znaczenie prowadzi do głębszego poznania i zrozumienia Ewangelii. Zatrzymajmy się dzisiaj nad niektórymi z nich i wspólnie odkryjmy ich sens (zainteresowanych bliższym zgłębianiem Ewangelii Jana zachęcam do czytania Komentarza Św. Tomasza do tej Ewangelii).

Jezus spędził noc na Górze Oliwnej. Mieszkały tam na wschodnim zboczu tej góry, w Betanii siostry Łazarza - Maria i Marta, z którymi Jezus był zaprzyjaźniony i u których często się zatrzymywał. Miał taki zwyczaj, że w ciągu dnia przebywał w świątyni, a na wieczór udawał się do nich na spoczynek. Nazajutrz więc, wcześnie rano, o brzasku wrócił do świątyni by nauczać: Pisze Ewangelista: Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich.

Jezus usiadł, by nauczać! Jakie to ma znaczenie?

Otóż Jan pisząc te słowa zwraca naszą uwagę na pewien ważny fakt. Jezus nie głosi swych nauk stojąc. Nie wchodzi na ambonę ani na inne podwyższenie. On siada wśród ludzi, jest jednym z nich, mówi do nich jak brat do brata.

Przekaz Jezusa w każdym wymiarze - zarówno werbalnym jak i pozawerbalnym, także poprzez tego rodzaju gesty, głosi równość i braterstwo. Jezus w ten sposób dystansuje się od tych, którzy głoszą ważne nauki, wywyższając się ponad innych i sami ich nie stosują w swoim życiu.

Słysząc dzisiejszą Ewangelię o przyłapaniu kobiety na cudzołóstwie nie sposób nie zatrzymać się nad tym, czym w Kościele jest praktyka pokutna. Znamy zapewne historię zwyczajów pokutnych Kościoła. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa mieliśmy podejście bardzo rygorystyczne. Właściwie po ochrzczeniu chrześcijanin nie miał prawa ciężko zgrzeszyć.

Pierwszy wiek Kościoła to był czas oczekiwań eschatologicznych. Chrześcijanie jakby zawiesili swoje życie spodziewając się, że Chrystus przyjdzie powtórnie lada moment. Stąd brała się ta surowość: "Pan już nadchodzi, więc grzechy w takim momencie są zupełnie nie na miejscu". Św. Paweł mówił nawet, żeby się nie żenić.

Grzechy, które wykluczały z Kościoła należały do najpoważniejszych: wyparcie się wiary, zabójstwo, cudzołóstwo. Kto dopuścił się tego, praktycznie tracił szansę na powrót do Kościoła. Jednak czas mijał i oczekiwania eschatologiczne zmieniły się, natomiast surowa praktyka pozostała. Z upływem lat pojawił się nowy problem: powszechne prześladowania chrześcijan sprawiły, iż ogromne rzesze zaparły się wiary. Trzeba było ich więc jakoś z powrotem przyjąć do Kościoła. Złagodzono więc tę praktykę - dając szansę powrotu.

Taka surowa praktyka pokutna jednak co tu dużo mówić nie była za bardzo w duchu Ewangelii Jezusa. Nie pasowała do Jego nauczania. Co ciekawe niektóre teksty Ewangelii były w pierwszych wiekach bardzo rzadko komentowane. Na przykład opowieść o Synu Marnotrawnym. On mógł wrócić do Ojca bez żadnej pokuty.

Dzisiejsza Ewangelia o kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie należy też do tego rodzaju historii. Przez długi czas zresztą tekst ten był wyłączony z Ewangelii kanonicznych i dopiero po kilku wiekach powrócił tam z powrotem. Historię tę spisał Ewangelista Łukasz, a dziś znaleźć ją możemy (pewnie przez pomyłkę) w Ewangelii Jana.

Cóż szczególnego wyróżnia tę scenę przyłapania kobiety na cudzołóstwie. Otóż mamy tutaj do czynienia z sytuacją spotkania człowieka grzesznego z Jezusem. Jest to jakby model ewangeliczny sakramentu pojednania.

Tymczasem zobaczmy, co się dzieje. Jezus właściwie zakazuje tłumowi potępienia kobiety. Powstrzymuje go przed wykonaniem kary przypisanej przez Mojżesza, a więc przez Prawo objawione Mojżeszowi. Jezus jest nowym interpretatorem Prawa, mówi, że przyszedł, aby prawo wypełnić. I ta interpretacja brzmi: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień". Ta interpretacja i nauka wiąże w pewien sposób do dziś nas chrześcijan. I do nas Jezus mówi: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień". Gdzie indziej Jezus powie: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni".

A co mówi do kobiety. "Nikt cię nie potępił" (...) I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!".

Zobaczmy Jezus nie udzielił jej nawet pouczenia, że nie należy cudzołożyć. Nie powiedział, że źle czyni, że jest grzesznicą. Zamiast tego powiedział jedynie: "Nie potępiam Cię". Mówi jej by więcej nie grzeszyła. I to wszystko. Nawet nie udziela jej rozgrzeszenia, nie mówi: "Odpuszczają ci się twoje grzechy". Nie nadaje jej pokuty, ani większej ani mniejszej. Ani takiej jak było w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy to za cudzołóstwo można było pokutować aż do śmierci, ani takiej łagodnej jak dziś: różaniec, litania, adoracja, lektura Pisma Świętego. Nie pyta, czy żałuje, czy mocno postanawia poprawę.

Spróbujmy się wczuć w sens teologiczny tego wydarzenia. Jezus odmawia wejścia w rolę sędziego tej kobiety. Nie chce jej osądzać, chce być jej obrońcą. Przedstawianie Jezusa jako sędziego, który skazuje na potępienie jest nieporozumieniem. Wynika z naszej nieumiejętności rozumienia symboli i metafor tekstów apokaliptycznych, które przedstawiają Jezusa przychodzącego na sąd.

Dziś dzięki historycznej i literackiej analizie tekstów biblijnych rozumiemy je lepiej i umiemy poprawnie odróżniać myśl od formy przedstawienia, która wtedy była szczególna: właśnie apokaliptyczna. Wzywała ona do nawrócenia, a nie była scenariuszem przyszłych wydarzeń. Nie wiele można na ten temat po polsku przeczytać, polecam jednak książki ks. Wacława Hryniewicza. On pięknie o tym mówi.

Dzisiejsza Ewangelia odsłania serdeczne i miłosierne oblicze Jezusa. Ktoś kiedyś powiedział: Kiedy myślę o Bogu od razu robi mi się radośniej. My często kiedy pomyślimy sobie o Nim, kurczymy się w strachu przed groźnym sędzią.

Raz jeszcze więc trzeba nam wsłuchać się w słowa Jezusa wypowiedziane do tej kobiety. Ona źle postąpiła, a Jezus jej powiedział: "Ja Ciebie nie potępiam". Trzeba by nam tak wsłuchiwać się w te słowa, by dotarły głębiej, by pokój przeniknął także nasze serca tak jak przeniknął serce owej kobiety.

Niech te słowa: "ja ciebie nie potępiam" staną się dla nas refrenem, jakby mantrą, która przemienia serca.

Uwolnieni od poczucia bycia potępionym i potępianym, staniemy się bardziej zdolni do powiedzenia naszym bliźnim: Ciebie też nie potępiam.

Taka jest Ewangelia miłości. Ona jest przekazywana bez słów. Nie przerywajmy tego łańcucha miłości, która płynie od Jezusa.

14 marca 2004

Łk 13, 1-9
W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. 2 Jezus im odpowiedział: 3 Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. 4 Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? 5 Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie". 6 I opowiedział im następującą przypowieść: "Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. 7 Rzekł więc do ogrodnika: "Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?" 8 Lecz on mu odpowiedział: "Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; 9 może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć".

Jest taki archaiczny sposób myślenia człowieka, że nieszczęście jest boską karą. Zresztą nie jest on aż taki archaiczny, bo nam dzisiaj także zdarza się rozumować podobnie. Przy takim sposobie myślenia Bóg jawi się najpierw jako ten, który karze, który grozi karą, lub od którego kary można się spodziewać. Zgodnie z tym typem mentalności, myślimy: dobrze mu tak, dobrze, że go pokarało. Nieszczęście i śmierć są tu rozumiane jako rodzaj odwetu, zapłaty za wyrządzone zło.

Straszy się Bogiem dzieci, kiedy są niegrzeczne. Na gniew Boży, obrazę Boga przywołują kaznodzieje, kiedy starają się nakłaniać ludzi do moralnego życia. W ten sposób Bóg staje się w ten sposób biczem w rękach kaznodziei, pełni rolę stróża ładu społecznego. Jest przede wszystkim surowym sędzią, tym, który pieczołowicie rozlicza nas z wszystkich błędów.

Słowa Jezusa w dzisiejszej Ewangelii zdają się na pierwszy rzut oka potwierdzać ten obraz. Jednak słuchając uważnie Jego słów wyraźnie widzimy, ze walczy On z takim przekonaniem: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej powiadam Wam...

Jego zdanie: Lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie, kładzie przede wszystkim nacisk na to, ze WSZYSCY jesteśmy w jakiś sposób grzesznikami. To, co spotkało Galilejczyków czy Jerozolimczyków zmarłych pod gruzami wieży Siloam bynajmniej nie oznacza, że popełnili oni jakieś straszniejsze od innych grzechy.

To, że w słowach Jezusa nie chodzi o wieczne potępienie wszystkich, a jedynie zwrócenie uwagi na wypaczony obraz Boga, automatycznie karającego za każde przewinienie - mówi nam ciąg dalszy Ewangelii - przypowieść o ogrodniku.

Zanim przyjrzymy się tej historii, chciałbym raz jeszcze podkreślić coś, co jest może oczywiste, a jednak w praktyce codziennej lektury Biblii, często zapominane.

Jezus przyszedł na świat i stał się człowiekiem w konkretnym momencie historii. Był człowiekiem żyjącym w konkretnym narodzie, mówił ich językiem, przestrzegał ich zwyczajów. Był żydem z Galilei, tam był jego dom, strony rodzinne, ludzie których kochał i rozumiał, miejsca, do których był przywiązany.

Nie mogło być inaczej. Ludzkie doświadczenie Jezusa musiało być konkretnym i jednostkowym doświadczeniem, by mogło być prawdziwe. Dlatego też Jezus, by móc być zrozumiany przez współczesnych mu ludzi, by Jego nauka mogła być przyjęta, MUSIAŁ posługiwać się pojęciami obowiązującymi w tamtym czasie, używać symboli i opowieści trafiających do tamtych ludzi. Dlatego tak ważne dla lepszego zrozumienia słów Ewangelii jest zrozumienie jej kontekstu kulturowego i historycznego.

Tak więc Jezus upomina słuchających Go, by nie myśleli o ofiarach tragedii jako o grzesznikach większych niż inni. Po czym mówiąc o potrzebie powszechnego nawrócenia przytacza opowieść o drzewu figowym i ogrodniku miłującym swe drzewa.

Rozpoznajemy w ogrodniku Jezusa, który prosi gospodarza o cierpliwość i czas na nawrócenie. Cechą tego ogrodnika jest z jednej strony miłość, a z drugiej cierpliwość. Ogrodnik-Bóg umie czekać, jest cierpliwy. On bowiem obdarzył nas wolnością. I dlatego wie także, że możemy pobłądzić. Bywa, że błądzimy po bezdrożach, w ciemności, nie przynosząc żadnych owoców, by wreszcie pewnego dnia zrozumieć sens naszej wolności. Zrozumieć na czym ona polega i wydać wreszcie długo oczekiwany owoc.

Bóg jest jak ów ogrodnik. On umie czekać. Rozumie, że wiele rzeczy wymaga czasu. Bo przecież każdy z nas dojrzewa w innym rytmie. Każdy z nas ma swój czas nawrócenia.

A my często nie chcemy czekać. Narzekamy, skarżymy się, potępiamy. W niczym nie przypominamy cierpliwego ogrodnika. Jeśli ktoś nie zachowuje się według naszej myśli, to chcemy go natychmiast wykarczować.

Tymczasem tak naprawdę cierpliwość jest przejawem męstwa. Cierpliwość i wyrozumiałość są ludzkimi zaletami, przez które człowiek mężnieje: staje się bardziej dojrzały.

Spróbujmy więc podjąć raz jeszcze wysiłek ogrodnika. Starajmy się dać sobie czas, ale dać go także swoim bliskim.

Czas na lepsze poznanie siebie i lepsze poznanie drugiego człowieka. Czas na rozeznanie naszych możliwości i ograniczoności. Dopiero bowiem w atmosferze cierpliwości i zrozumienia człowiek może dojrzewać. Wsłuchajmy się w słowa drugiego człowieka. Spójrzmy w jego twarz. Ona jest księgą, która przemawia. Jak pisał Emanuel Levinas, twarz drugiego człowieka mówi: Nie zabijaj mnie! Albo inaczej: Nie krzywdź mnie! A może też: Daj mi czas, pozwól mi się zmienić w moim rytmie?

W twarzy człowieka dostrzec możemy prawdę o nim. W niej też ujrzymy Bożą obecność. Jezus tak mówił: Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili. Spróbujmy raz jeszcze podjąć trud cierpliwego i troskliwego czekania ogrodnika. Może to będzie nasze zadanie w czasie tego okresu Wielkopostnego?

Luty 2004

29 lutego 2004

Łk 4, 1-13
Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu i przebywał w Duchu [Świętym] na pustyni 2 czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. 3 Rzekł Mu wtedy diabeł: "Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem". 4 Odpowiedział mu Jezus: "Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek". 5 Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata 6 i rzekł diabeł do Niego: "Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. 7 Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje". 8 Lecz Jezus mu odrzekł: "Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz". 9 Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: "Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! 10 Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, 11 i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień". 12 Lecz Jezus mu odparł: "Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego". 13 Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu.

Jezus stając się człowiekiem, stał się nim w pełni tak jak był w pełni Bogiem. Dwie natury - boska i człowiecza współistniały w Nim obok siebie.

I to właśnie dlatego Szatan chciał Go doświadczyć, tak jakby chciał sprawdzić czy słaba natura człowieka przeważy w Jezusie i czy w konsekwencji ulegnie on pokusie.

Spójrzmy gdzie jest ta pięta achillesowa człowieka, w którą uderza uwodziciel. Jakie są te najbardziej wrażliwe i najsłabsze punkty ludzkiej osobowości, które atakuje Szatan. Jak najłatwiej złamać człowieka, jak najlepiej uwieść go.

Pierwsza pokusa dotyczy naszej biologicznej egzystencji. Kiedy Jezus jest głodny szatan podsuwa mu rozwiązanie - zamienić kamień w chleb, by w ten sposób nasycić się. W kolejnych dwóch propozycjach Szatan uderza w równie czuły punkt ? chęć władzy nad światem i nad Bogiem: "Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje".

W tych propozycjach kusiciela uderza jedno - szatan żąda od Jezusa, by ten oddał mu cześć w zamian za różne przywileje i udogodnienia. Kusiciel dąży do złamania godności Jezusa, chce by uznał go za swojego zwierzchnika. Wydaje się więc, że władza jest czułym punktem nie tylko u człowieka, ale również u kusiciela. Jezus podchodzi do tych propozycji zupełnie spokojnie i z całą mocą daje odpór szatanowi.

"Nie samym chlebem człowiek żyje" - mówi Jezus. Zna on dogłębnie ludzką naturę. Zdaje więc sobie sprawę z tego, że życie rzeczywiście nie polega na tym, by za wszelką cenę, za cenę sprzeniewierzenia się sobie i Bogu, dążyć do zaspokojenia wszystkich swoich potrzeb, bez względu na okoliczności.

Napisane jest - mówi Jezus - "Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz". Władza, dominacja, racja, panowanie, górowanie, pokonywanie - oto świat wobec którego Jezus jest znakiem sprzeciwu. I wcale nie po to by głosić słabość i miernotę, jak widział to Nietzsche i inni krytycy Kościoła.

Jak trudno stawić czoła pokusom, w tym także pokusie władzy, wiemy dobrze. Na co dzień doświadczamy takich pokus.

To co jest może najbardziej przerażające w naszym życiu to nie fakt jednorazowego świadomego upadku, jednorazowego ulegnięcia własnym słabościom lecz życie w długotrwałym zakłamaniu. Życie, w którym nasze złe występki stają się częścią nas samych. Przestajemy dostrzegać czynione zło. Racjonalizujemy nasze postępowanie tak daleko, że nie widzimy już nawet pokus. Wszystko co czynimy wydaje nam się słuszne i naturalne.

Zaczynamy uważać, że skoro działamy w imię jakiś ważnych racji i wartości to środki, po które sięgamy nie mają znaczenia.

"Muszę dostarczyć rodzinie środków do życia, dzieci muszą mieć najnowsze komputery, żeby nie były dyskwalifikowane w gronie rówieśników". A to, że po drodze nie płacę podatków, lub popełniam drobne oszustwa nie ma znaczenia. Przecież rodzina jest najważniejsza! I tak powoli zaciera się w nas granica między dobrem i złem. Nasze sumienie obumiera, żyjemy w wiecznym zakłamaniu. I trzeba dopiero nie lada wstrząsu by wyrwać nas z tego letargu. Zjawisko to dotyczy to w równej mierze ludzi świeckich jak i ludzi Kościoła.

Z ogromnym smutkiem czytałem wczoraj wiadomości o raporcie Episkopatu amerykańskiego na temat zjawiska pedofilii w tamtejszym kościele w ostatnich pięćdziesięciu latach. Wyniki tego raportu są zatrważające. Co najmniej 11 tysięcy dzieci, padło ofiarami molestowania seksualnego przez 4,5 tys. księży katolickich. Autorzy raportu podkreślają, że dane te są z pewnością zaniżone, ponieważ niewielu wiernych decydowało się na zgłoszenie skargi. Inni byli skłaniani do milczenia przez Kościół. A co najbardziej szokujące, że przez wszystkie te lata biskupi ukrywali to zjawisko. Przenosili księży z miejsca na miejsce umożliwiając im kontynuowanie procederu. Kościół amerykański na ukrywanie tych przestępstw wydał ponad 500 milionów dolarów.

Wyrządzono wielką krzywdę dzieciom. Wiele z nich zostało na całe życie naznaczone tym nadużyciem. I nie zrobiono nic, aby zatrzymać ten proceder. Przez tyle lat. Dopiero publikacje prasowe zmusiły episkopat amerykański do zmiany polityki. Nie umiano pochylić się nad krzywdą dziecka, a interesowano się jedynie ochroną dobrego imienia instytucji.

I to właśnie jest w tym najtragiczniejsze, że Kościół amerykański zagubił się w tym co dobre, a co złe. Przez tyle lat żył w zakłamaniu i dopiero poważny kryzys skłonił go do przebudzenia się, do spojrzenia prawdzie w oczy. Opublikowany ostatnio raport jest dowodem na to, że zmiany w amerykańskim Kościele idą w dobrym kierunku. Szkoda tylko, że nastąpiły one dopiero w obliczu największego w historii kryzysu Kościoła katolickiego w Ameryce.

Niech ten kryzys będzie i dla nas lekcją. Lekcją pokory i czujności. Zamiast oburzać się na media, że wyciągnęły na światło dzienne zło czynione we wspólnocie katolickiej, wyciągnijmy z tej lekcji wnioski dla nas.

Rozpoczynamy okres wielkiego Postu. Jest to czas przemiany. Tę przemianę serca trzeba nam jak zwykle zacząć od siebie. Abyśmy umieli bardziej żyć zgodnie z prawdą.

Tym bowiem co ma rządzić życiem człowieka jest prawda. To jej trzeba się trzymać i za nią stawać. I ciągle musimy rozstrzygać o dobru i złu, rozstrzygać w naszym sumieniu, w wolności. Prawda bowiem nigdy nie jest nam dana raz na zawsze, ciągle wymyka się i dlatego musimy być czujni, ciągle za nią postępować i jej szukać.

Dlatego też, trzeba nam niekiedy udać się na pustynię, zanurzyć się w ciszy, w odosobnieniu i pustce. Odpędzić hałaśliwy świat bytów, by przemówiło nasze wnętrze, by usłyszeć wewnętrzny głos prawdy. Okres wielkiego postu jest właśnie takim czasem, w którym możemy poświęcić się kontemplacji i poszukiwaniu prawdy.

8 lutego 2004

Łk 5, 1-11
Pewnego razu - gdy tłum cisnął się do Niego aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret - 2 zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. 3 Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. 4 Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: "Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!". 5 A Szymon odpowiedział: "Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci". 6 Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. 7 Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. 8 Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny". 9 I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; 10 jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił". 11 I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

Chciałbym - korzystając z przeczytanej właśnie Ewangelii, zastanowić się jak przemawia do ludzi Bóg.

Często staramy się usłyszeć słowa Boga w znakach pochodzących nie z tego świata, chcemy dostrzegać Go gdzieś w cudowności, w nadzwyczajności religii, modlitwy i Kościoła. W rzadko spotykanych natchnieniach, albo w jakimś niedostępnym człowiekowi - tajemniczym języku.

A tymczasem Bóg przemawia w naszym języku, języku nam najbliższym, dla nas najbardziej zrozumiałym.

Spójrzmy na słowa Ewangelii. Nawet jeśli ci rybacy, którzy później stali się apostołami Jezusa, nie mieli o wielu rzeczach pojęcia, to jednak na łowieniu ryb się znali. To było ich życie, ich codzienność, ich fach. Pewnie wiedzieli wszystko, co można było wiedzieć o morzu, o porach połowów i o rybach.

I w tym zwykłym życiu rybaków pojawił się Jezus. Jego prośba do Piotra, by wypłynął na głębię i zarzucił sieci wydała się przyszłemu uczniowi na tyle absurdalna, że uznał za konieczne udzielić Jezusowi wyjaśnienia: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili.

Jakże często i my jesteśmy w takiej sytuacji. Robimy coś, staramy się, nie szczędzimy wysiłku. A tymczasem te działania nie przynoszą większego efektu. Z czasem nawet dochodzimy do wniosku, że nie warto się starać, bo to i tak nic nie da. Tracimy sens naszych działań, tracimy nadzieję. Jesteśmy rozgoryczeni: "Tak bardzo starałem się i nic nie osiągnąłem". Pogrążamy się w zniechęceniu i pretensji do całego świata, do Boga. Nie potrafimy już nikomu zaufać. Dobre rady przyjaciół czy bliskich kwitujemy słowami: "To nic nie da" - patrząc na nich pobłażliwie. Bo my przecież WIEMY, że to nic nie da, aż nazbyt dobrze poznaliśmy ten świat. I tak mijają niekiedy całe lata.

Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci - powiedział Piotr. Mimo swych wątpliwości, ze względu na Jezusa, Piotr postanowił wypłynąć ponownie na połów. I stała się rzecz niezwykła - sieci napełniły się rybami.

Patrząc na tę scenę chciałbym, zwrócić waszą uwagę na dwie sprawy.

Po pierwsze zauważmy, ze Jezus przemówił do rybaków językiem ICH codzienności, językiem znaków zrozumiałych przede wszystkim dla rybaków z jeziora Genezaret.

Dla nas, ludzi nie mających pojęcia o zasadach łowienia ryb dwa tysiące lat temu na jeziorze Genezaret, ten znak Jezusa mówi tylko tyle: nadzwyczajny połów ryb. A i tu możemy mieć wątpliwości, bo może to był zwykły przypadek, że złowili aż tyle ryb. Wiadomo raz połów udaje się a innego razu nie.

Jednak dla tamtych rybaków Szymona, Jakuba i Jana znaczenie tego wydarzenia było - widzimy to wyraźnie - o wiele większe. Tak wielkie, że doprowadziło do radykalnej zmiany ich życia. Możemy się jedynie domyślać, co przeżywał Piotr, czego doświadczył. Znamy przecież tylko jego słowa: Odejdź ode mnie Panie, bom jest człowiek grzeszny.

Co zrozumiał Piotr mówiąc te słowa ? to druga kwestia nad którą chciałbym się zastanowić. Dlaczego mówi: Odejdź ode mnie? Dlaczego mówi o swojej grzeszności? Cóż oznacza tu grzeszny? Oczywiście oznacza także tego, który błądzi, popełnia występki. Ale tutaj w tej konkretnej sytuacji wydaje mi się, że grzeszny to człowiek małej wiary, człowiek taki jak Piotr, który sądzi, że zrozumiał już czym jest życie i nie spodziewa się żadnych niespodzianek.

Myślę, że taka właśnie postawa nierzadko łączy nas z rybakiem Piotrem. Jakże często, w swojej pysze i zarozumiałości sądzimy, ze posiedliśmy całą wiedzę o sobie, o świecie, o innych ludziach. Zamykamy się w swoich wyobrażeniach i raz na zawsze ugruntowanych sądach i opiniach. Przestajemy słuchać innych, a tak naprawdę z czasem NIE POTRAFIMY nikogo słuchać. Nie potrafimy słuchać także siebie! Powoli zapominamy o Bogu. Lub myślimy, że to Bóg zapomniał o nas i koncentrujemy się wyłącznie na urazie, którą nosimy w sercu.

Rzadko kiedy potrafimy wydobyć z siebie zdanie: Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.

Te proste na pozór słowa w praktyce często okazują się murem nie do przebycia. Jak trudno nam zawierzyć komuś, wysłuchać jego rad! Jak trudno nam dostrzec obecnego w nas Boga i usłyszeć Jego głos, mówiący do nas zwykłym prostym językiem naszego życia codziennego!

A jak było z Piotrem? Czy Piotr dostrzegł wtedy w Jezusie Boga? A może tylko odczuł Bożą obecność, nie umiejąc jeszcze nazwać tego doświadczenia? Jedno jest pewne, jego wrażliwość i pokora pozwoliły mu pokonać bariery własnej ograniczoności i "zarzucić sieci raz jeszcze". Pozwoliły mu odmienić zupełnie swoje życie.

Starajmy się i my nie zatracać tej wrażliwości. I podchodzić z pokorą do wyzwań, jakie stawia nam życie. Bóg nie zapomniał o nas. To czasami my pochłonięci nadmiernie sprawami tego świata przestajemy Go zauważać. Przestajemy słuchać Jego słów, przestajemy je rozumieć, ogarnia nas rezygnacja.

Tymczasem Bóg jest w nas i przemawia do nas w intymnym języku naszych doświadczeń. Towarzyszy nam na co dzień. Starajmy się Go zauważyć, zrozumieć Jego mowę, a wtedy nasze życie będzie pełniejsze i radośniejsze.

Styczeń 2004

11 stycznia 2004

Łk 3, 15-22
Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, 16 on tak przemówił do wszystkich: "Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. 21 Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo 22 i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: "Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie".

Dzisiejszy fragment Ewangelii jest bardzo wymowny. Przemawia do nas za pomocą wielu symboli. Spróbujmy odczytać choć niektóre z nich.

Zwróćmy uwagę na to, że Jezus, tak jak inni ludzie, przychodzi do Jana przyjąć chrzest. Pomimo tego, że jest Synem Bożym, nie chrzci sam siebie, ale - możemy powiedzieć - "ustawia się" w kolejce, by zostać ochrzczonym przez Jana.

Zastanowić się jak niezwykła jest ta pokora Syna Bożego! Trzeba nam raz jeszcze zdać sobie sprawę z tego, że Jezus stał się człowiekiem ze wszystkimi konsekwencjami tego aktu. Stał się człowiekiem żyjącym w konkretnym miejscu i czasie; mówiącym określonym językiem, przestrzegającym określonych zwyczajów i praw.

Jezus - pojawiając się publicznie i przyjmując chrzest z rąk Jana - daje nam do zrozumienia bardzo wyraźnie, że nie przyszedł, by znosić dotychczasowe Prawo i tradycję, ale by je wypełnić. Jezus akceptuje tę tradycję, ale pozwala jej ewoluować. Temu, co stare pozwala stopniowo stawać się nowym.

Swoją publiczną działalność rozpoczyna symbolicznie, jak inni, od chrztu wodą, by potem chrzcić innych Duchem Świętym.

To bardzo ważna lekcja także dla nas. Często bowiem zdarza się, że podejmując decyzję o zmianach w naszym życiu mamy tendencję do zanegowania wszystkiego, co do tej pory przeżyliśmy, do "spalenia wszystkich mostów". Wydaje nam się, ze jedynie gdy wszystko odrzucimy, będziemy mogli zacząć nowe życie.

Tymczasem nasza historia, związki z ludźmi, którzy nas otaczali, jest częścią nas, jest tym, co nas ukształtowało, co sprawiło, że jesteśmy tym czym jesteśmy. I zmiany na lepsze nigdy nie następują poprzez ucieczkę od siebie i swojej historii, lecz przez jej uznanie i świadome przyzwolenie na to, by stare życie stawało się nowym.

By dokonać ważnych zmian w życiu potrzeba nam więcej cierpliwości i pokory.

Tu na marginesie mała dygresja. Otóż nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że cierpliwość jest zaliczana do rodzaju męstwa, jest częścią składową cnoty męstwa. Wydawać by się mogło, że męstwo polega wyłącznie na podejmowaniu dużego ryzyka, stawianiu czoła niebezpieczeństwom.

Tymczasem o ileż trudniej niekiedy jest być cierpliwym i pokornym. Pomału, bez robienia zbędnego szumu wokół siebie, zmieniać świat na lepszy, spokojną i odpowiedzialną pracą. To jest dopiero prawdziwe męstwo! I Jezus swym życiem do tego właśnie nas zachęca.

Wróćmy jednak do dzisiejszej Ewangelii. Po chrzcie Jezus widzi jak otwiera się niebo i Duch Święty zstępuje w postaci gołębicy.

Gołębica jest ważnym symbolem biblijnym. Dzisiaj jednak nie będę się zajmował analizą tego symbolu. Ograniczę się jedynie do przypomnienia, że przedstawia ona Ducha Świętego i symbolizuje miłość i pokój.

Zwróćmy natomiast uwagę na to, że w dzisiejszym tekście Ewangelii gołębica pojawia się w momencie, gdy otwiera się niebo. Niebo, które było zamknięte, otwiera się i miłość Boża spływa na ziemię poprzez Syna Bożego Jezusa.

To piękna scena. Spotykają się w niej trzy boskie osoby. Ojciec, Syn i Duch Święty są obecni przy chrzcie Jezusa.

Z nieba odezwał się głos. Bóg zwraca się bezpośrednio do swojego Syna. Tyś jest mój syn umiłowany. Bóg mówi, tym razem już nie za pośrednictwem proroków czy Aniołów, ale zwraca się do swego Syna publicznie i bezpośrednio.

Wobec obecnych tam ludzi potwierdza, że Jezus jest jego Synem, którego posłał na świat. Ta scena jest niezwykle ważnym momentem, jest jakby oficjalnym potwierdzeniem boskości Jezusa. Jest to także świadectwo Bożej miłości do nas, istot ziemskich. Cóż można bowiem dać cenniejszego od swego Syna?

W scenie tej, gdzie występują wszystkie trzy postaci boskie, Bóg jest głosem. Głosem, który wypowiada Słowo. To On jest tym, który przemawia i który wypowiadając Słowo, rodzi Syna.

Scena ta odtwarza się nieustannie w każdym chrzcie. Na wszystkich chrzczonych zstępuje Duch Święty i Bóg rodzi w nas swego Syna. Ofiaruje nam bezgraniczną miłość. I ona jest w nas. Jak mówi Mistrz Eckhart: "Tli się w każdym nas mała iskierka".

Czasami nie zauważamy jej przez długie lata, ale ona tam jest i odkryta w naszych sercach, wybucha ogniem boskiej miłości ogarniając nas całych.

Pamiętajmy o tych iskierkach, które otrzymaliśmy od Boga w dniu chrztu. Starajmy się je rozpalić w naszych sercach i ogarnąć tym ogniem także naszych bliskich.

4 stycznia 2004

J, 1, 1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. 2Ono było na początku u Boga. 3Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. 4W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, 5a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. 6Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. 7Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. 8Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości. 9Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. 10Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. 11Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. 12Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - 13którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. 14A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. 15Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: "Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie". 16Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. 17Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. 18Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył.

Słowa dzisiejszej Ewangelii brzmią tajemniczo. Staramy się zrozumieć ich sens. Jednak trzeba przyznać, że narodziny Jezusa pozostaną dla nas zawsze czymś nieodgadnionym. Nie sposób ogarnąć w pełni Misterium narodzin Słowa Bożego.

Św. Jan Ewangelista, ostatni żyjący apostoł, u schyłku swego życia, podejmuje refleksję nad tym wielkim wydarzeniem, którego był świadkiem. Był uczniem Jezusa, chodził z Nim, słuchał Jego nauki. Był świadkiem Jego śmierci i zmartwychwstania.

I upłynęło 50 - 60 lat, zanim opisał te wydarzenia. Po tylu latach refleksji, modlitwy, życia pierwotnego Kościoła, Jan (lub ktoś z jego szkoły), zapisuje słowa Pieśni o Logosie. Jest to hymn pochwalny raz jeszcze opowiadający o tym, co było od początku.

W księdze Rodzaju słyszymy, iż na początku stworzył Bóg niebo i ziemię. Tutaj zaś widzimy, że "na początku", czy - według innego tłumaczenia - "w początku" było Słowo-Logos ( pierworodny Syn Boga, przez którego wszystko się stało.

Nam ciężko jest, tak jak w czasach Jana, uprzytomnić sobie wagę tego wydarzenia. Poniekąd życie Kościoła, życie nas jako wierzących, jest ciągłym procesem wracania do tej tajemnicy, o której Jan opowiedział. W ten sposób wracamy do źródeł naszej wiary. Bóg stał się człowiekiem. Ten, który stworzył świat, w tym świecie chodził, jadł, rozmawiał...

Choć zdążyliśmy przyzwyczaić się do tych obrazów, to przecież nie są one zwyczajne i proste do zrozumienia. Nie pojmuje tego judaizm, nie pojmuje islam.

Spróbujmy więc raz jeszcze zrozumieć sens narodzin Słowa Bożego. Niech hymn o Logosie będzie dla nas wskazówką.

Jeśli dokładnie wczytamy się w jego słowa to zobaczymy, że mówią one nam o czymś niesłychanie ważnym - o istocie Boga, który nieustannie wychodzi z siebie. I wychodząc z siebie daje życie.

Średniowieczny mistyk dominikański Jan Tauler zauważył, że mowa tu o potrójnych narodzinach:

* Po pierwsze o stworzeniu świata przed wiecznymi czasami: "A przez Nie wszystko się stało".

* Po drugie o narodzinach Syna Bożego, który stał się człowiekiem: "Lecz świat Go nie poznał".

* I wreszcie o narodzinach Boga w naszych sercach teraz, w każdym momencie: "Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli dało moc, aby stali się dziećmi Bożymi".

Bóg, którego tak naprawdę nie jesteśmy w stanie poznać, przychodzi do nas, nieustannie dając nam życie. To w Nim jest życie, które jest światłością ludzi, "a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnia".

To nieustające dotknięcie Słowem Boga, dotknięcie dające życie ( oto główne przesłanie Jana Ewangelisty.

Na zakończenie chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na inną chyba najważniejszą konsekwencję (których nie zawsze jesteśmy świadomi) przyjścia na świat Syna Bożego. Otóż boskie Słowo, źródło i treść wszystkiego - przychodząc na świat w postaci Syna Bożego, stało się indywidualną historią pojedynczego człowieka. Nie historią ludzkości czy narodu, lub jakiegoś pokolenia. Słowo Przedwieczne stało się jednym, zwykłym człowiekiem, z jego pojedynczą, własną, prywatną historią życia. W całej jej przemijalności, przypadkowości i chwilowości.

Zwykła historia jednego zwykłego człowieka stała się historią Boga, historią Jego życia. Jak pisał Tomasz z Akwinu: Bóg przychodząc do człowieka nie zniszczył ludzkiej natury lecz ją uświęcił.

Jezus przyszedł i odszedł zgodnie z prawem życia, ale pozostaje z nami zgodnie z prawem boskiego trwania. Jest z nami nieustannie rodząc się w naszych sercach. I to właśnie nasze serca są miejscem spotkania wieczności, która nie przemija.


Rok 2003

Grudzień 2003

21 grudnia 2003

Łk 1, 39-45
W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w /pokoleniu/ Judy. 40 Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. 41 Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. 42 Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. 43 A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? 44 Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. 45 Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana.

Maria jest przepełniona radością z powodu niezwykłego wydarzenia. Jak pamiętamy spotkała się i rozmawiała z Bogiem, który zwrócił się do niej poprzez Anioła Gabriela. Dlatego teraz idzie do Elżbiety, by podzielić się z nią tą niezwykłą nowiną. Anioł bowiem powiedział Maryi, że Elżbieta także oczekuje dziecka.

Tak więc dwie zaprzyjaźnione z sobą kobiety, które stały się brzemienne, chcą być razem i dzielić się swoimi radościami i niepokojami.

Maryja wyrusza w góry do Elżbiety. By lepiej zrozumieć jej determinację musimy pamiętać, że w owych czasach podróże pełne były niebezpieczeństw; sama podróż trwała o wiele dłużej, trzeba było jechać konno, lub iść pieszo. A dodatkowo przy drogach czyhali rabusie napadający na wędrowców.

Maryja jakby nie zważając na te niebezpieczeństwa wyruszyła w drogę.

Wchodząc do domu Zachariasza pozdrowiła Elżbietę i wtedy jak pisze Ewangelista: "Poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę".

Św. Łukasz podkreśla w ten sposób niezwykłość tego spotkania. Spotkania Maryi z Elżbietą, ale także Jezusa, będącego w łonie matki, z Janem Chrzcicielem.

Dwie oczekujące potomstwa przyjaciółki są nareszcie razem, mogą dzielić się swoimi doświadczeniami, przeżyciami. Przygotowują się na przyjście dzieci na świat.

Ta sytuacja przypomina nam trochę nasze przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Ten czas wyczekiwania na narodziły Syna Bożego. Nie o tym jednak chciałem dzisiaj mówić.

Korzystając z okazji, jaką daje dzisiejsza Ewangelia, chciałbym razem z wami na nowo odkryć modlitwę, która wzięła początek w tamtych czasach. I uwieczniła tamte jakże niezwykłe wydarzenia.

Odmawiając codziennie, niemal rutynowo "Zdrowaś Mario" nie zdajemy sobie może sprawy ze znaczenia poszczególnych słów czy zdań, z głębokiego sensu tej modlitwy.

Jakże często myślimy o modlitwie jak o jakimś wysiłku, który musimy podjąć, by dotrzeć do bardzo odległego Boga. Podejmując ten wysiłek często zastanawiamy się czy nasze słowa w ogóle do Niego docierają.

Z powodu tych wątpliwości, nasza modlitwa nierzadko staje się pustym gestem, czynionym wyłącznie z przyzwyczajenia. Nie wierzymy tak naprawdę w to, że Bóg nas usłyszy. Bywa, że nasza modlitwa przypomina listę spraw do załatwienia, którą przedstawiamy Bogu, zresztą bez większej nadziei na ich realizację.

Tymczasem modlitwa nie jest wyłącznie przekazywaniem informacji o nas czy o Bogu. Nie jest, a przynajmniej nie powinna być, jedynie raportem podsumowującym nasze codzienne problemy i prośbą o ich załatwienie.

Modlitwa to przede wszystkim Słowo Boże skierowane do nas. To zaproszenie nas do rozmowy, która rozpoczęła się wcześniej bez naszego udziału.

Anioł Gabriel - przychodząc do Maryi - wypowiedział kilka pełnych znaczenia słów: "Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą."

Słowa te stały się dla Maryi obietnicą nowego życia, obietnicą płodności. My podejmując te słowa, włączamy się niejako do tej rozmowy, stajemy się uczestnikami tamtych wydarzeń; zwiastowania i nawiedzenia Elżbiety przez Maryję. Również dla nas te słowa mogą stać się obietnicą nowego życia.

Tu na marginesie chciałbym zwrócić Waszą uwagę na fakt, że wysłannik Boga przychodzi do domu Maryi. Bóg nie wzywa jej do żadnej świątyni, czy też w inne miejsce uznane za święte. Przychodzi do niej tam, gdzie ona żyje na co dzień. I to właśnie tutaj - w domu Maryi, bierze początek ta historia wcielenia Syna Bożego. To tu, w Galilei, mało znaczącej prowincji, zamieszkanej w dużej mierze przez pogan: Słowo ciałem się staje.

Nasza codzienna modlitwa może więc stać się momentem, w którym Bóg przychodzi do nas. I to nie zawsze po to, by załatwić nasze sprawy, ale przychodzi po to by z nami po prostu być.

Jak zauważył kiedyś Mistrz Eckhart, wypowiadając słowa modlitwy, nie tyle my się modlimy, co modlitwa przechodzi przez nas. Nasze słowa są odbiciem i przedłużeniem Słowa Bożego wypowiadanego do nas.

"Zdrowaś Mario" jest także historią każdego z nas. Opisuje drogę, którą człowiek musi pokonać od chwili narodzin aż do momentu śmierci. "Módl się za nami grzesznymi TERAZ i W GODZINĘ NASZEJ ŚMIERCI".

Modlitwa ta wspomina jedyne trzy momenty naszego życia, których jesteśmy absolutnie pewni - narodziny, życie w chwili obecnej i śmierć. Jest naznaczona biologicznym rytmem życia człowieka. Z jednej strony jest wołaniem więc człowieka do Boga, z drugiej zaś, jest Słowem Bożym docierającym do nas.

I taki jest chyba prawdziwy sens modlitwy. Modlitwy rozumianej jako uczestnictwo w Słowie Bożym i jednocześnie jako dialog z Bogiem. "Zdrowaś Mario" wyraża całą głębię i mądrość życia. Wyraża nasze tęsknoty - to czego poszukujemy w życiu, czego gorąco pragniemy i wyraża także nasze niepokoje. A wszystko to powierzamy Maryi z prośbą by nam towarzyszyła w tej naszej trudnej drodze.

14 grudnia 2003

Łk 3, 10-18
Słowa Ewangelii według św. Łukasza. Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: "Cóż mamy czynić?" On im odpowiadał: "Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni". Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali Go: "Nauczycielu, co mamy czynić?" On im odpowiadał: "Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono". Pytali go też i żołnierze: "A my, co mamy czynić?" On im odpowiadał: "Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie". Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest on Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: "Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichrza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym". Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.

Słyszymy w dzisiejszej Ewangelii słowa Jana Chrzciciela, który wzywa do przygotowania się na przyjście Mesjasza.

Na początek małe wyjaśnienie historyczne, żeby lepiej zrozumieć gest Jana Chrzciciela. Otóż w tamtych czasach jeśli ktoś, kto nie był Żydem chciał nawrócić się na judaizm czynił to między innymi przez zanurzenie się w wodzie, zmywając w ten sposób z siebie nieczystości pogańskie. Woda w wielu religiach i kulturach posiada moc oczyszczającą.

Niecodzienność obmycia wodą, którą proponuje Jan Chrzciciel polega na tym, że on proponuje to wszystkim, w tym także Żydom. Nawołuje ich do odnowy życia, do rozpoczęcia lepszego życia w oczekiwaniu na przyjście Pana.

Dzisiejsza Ewangelia ( przypominając nam te wydarzenia znad Jordanu ( skłania nas do refleksji nad naszym życiem, do uświadomienia sobie, co w nim jest naprawdę cenne, a co jest jedynie wynikiem codziennej rutyny. Zachęca nas, tak jak Jan Chrzciciel zachęcał Żydów, do podjęcia zdecydowanych kroków, by życie to zmienić na lepsze w oczekiwaniu na przyjście Pana.

Trudno znaleźć bardziej odpowiedni fragment Pisma Św. dla nas przeżywających Adwent - czas przygotowań na narodziny Jezusa!

Ale jak zmienić nasze życie na lepsze? Od czego zacząć? Takie właśnie pytania zadają Janowi Chrzcicielowi nowoochrzczeni. Zadajemy je sobie także my.

"Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni" mówi Jan Chrzciciel.

Celnikom natomiast odpowiada: "Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono".

Tak więc nie wzywa ich do wielkich ofiar i poświęceń. Nie namawia do drastycznych posunięć, ale do - rzec by można - zachowania podstawowych zasad przyzwoitości.

I być może czasami to właśnie proste zadanie jest ponad nasze siły. O ileż łatwiej jest niekiedy zdobyć się na jednorazowy gest miłosierdzia, organizując zbiórkę dla ubogich dzieci czy wrzucając sporą sumę do skarbonki przeznaczonej na pomoc potrzebującym!

Nie chciałbym zostać źle zrozumiany. Te gesty są piękne i potrzebne, ale równie ważne, jak nie ważniejsze jest: żyć na co dzień Słowem Bożym. I to właśnie w tych małych wydawać by się mogło sprawach.

Spróbujmy przełożyć słowa Jana Chrzciciel na dzisiejsze czasy, dopasować je do naszej sytuacji.

Po pierwsze więc Jan nawołuje by umieć się dzielić. By umieć myśleć o drugim człowieku. I to nie tylko raz w roku z okazji świątecznych akcji pomocy, ale na co dzień. Często potrzebujący są wokół nas, i właśnie dlatego jest nam tak trudno ich dostrzec. A przecież może to być koleżanka z pracy, sąsiadka czy nawet nasza stara i schorowana ciotka, której już nikt nie odwiedza, bo jest zgorzkniała i dokuczliwa. Warto chyba czasami rozejrzeć się wkoło i dostrzec tych którzy są najbliżej. Wydaje mi się, że to dobre zadanie na ten czas adwentowy.

Dalej Jan Chrzciciel - mówiąc do celników - porusza bardzo ważną kwestię, jak to dziś powiedzielibyśmy, kwestię etyki pracy.

To może być dla nas będzie rzecz bardzo pouczająca. W jednej ze swoich pielgrzymek do Polski papież mówił, że potrzebna nam jest praca nad pracą. Było to dawno, w czasach, kiedy wartość pracy była głęboko upokorzona przez bezsensowny system komunistycznego zarządzania.

Dziś jednak kwestia etyki pracy pozostaje dalej czymś aktualnym. Fikcyjne zwolnienia lekarskie, spóźnianie się i wcześniejsze wychodzenie z pracy. Traktowanie pracy niewolniczo, jako zła koniecznego, z którego natychmiast trzeba się urwać, jak nikt nie kontroluje. Niechęć do myślenia w kategoriach etyki zawodowej, ograniczenie horyzontu tylko do własnej perspektywy. Nie dotrzymywanie umów, ani terminów płatności, dawanie i branie łapówek.

No i to, co nagminne, czyli jawne oszukiwanie fiskusa. Pozostał w nas bardzo silnie zakorzeniony podział na MY i ONI. I całe nasze wysiłki kierujemy, jakby na to by ONI nic nie dostali, bo im się nie należy.

Zupełnie zapomnieliśmy, że od kilkunastu już lat ONI to także MY. W ustroju rządzonym przez demokratycznie wybrany rząd, nawet jeśli chwilowo rządzi inna partia niż ta na którą głosowaliśmy, to MY społeczeństwo mamy znaczny wpływ na rządzenie krajem. To od nas zależy jak ten kraj będzie się rozwijał, jakie warunki bytowe będą miały nasze dzieci.

Tymczasem patrzenie tylko na własny interes, na własne prywatne dochody jest wszechobecne. Brak nam szerszego spojrzenia, brak troski o dobro ogólne.

A przecież, nawet - wydawać by się mogło - drobne oszustwa podatkowe, rujnują Państwo. Państwo, które po 50 latach wyniszczającego systemu, z trudem próbuje się podźwignąć. Tymczasem nagminnie wiele firm nie wykazuje zysku, bo sztucznie zawyża koszty funkcjonowania przedsiębiorstwa. Np. przez wpisywanie prywatnych wydatków właściciela firmy do wydatków przedsiębiorstwa. Zaniżamy własne dochody przez podstawianie krewnych na rencie lub emeryturze do umów za naszą prace itd. Istnieje wiele różnych sposobów na oszukanie fiskusa i czasami mam wrażenie, że ta dziedzina stała się naszym sportem narodowym.

Na marginesie, chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem. Otóż pracując jako duszpasterz, prawie nigdy, a jeśli ( to bardzo, bardzo rzadko, zdarza mi się stykać z tym problemem, by ludzie mówili o wyrzutach sumienia związanych z zafałszowaniem zeznań podatkowych, czy innymi "drobnymi przekrętami" gospodarczymi. Wydaje mi się, że mamy raczej tendencję do myślenia, że to nie są ani grzechy ani wykroczenia przeciw prawu. My po prostu odbieramy sobie sami to, co nam się należy.

Tymczasem musimy sobie powiedzieć jasno. Nie ma dwóch różnych etyk - jednej na niedzielę, a drugiej w życiu codziennym, w pracy. Etyka jest jedna i jedne są wskazania Pisma Świętego.

"Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono" mówi Jan Chrzciciel w dzisiejszej Ewangelii.

Zarzućmy więc swoje postawy roszczeniowe wobec wszystkich wkoło, wobec Państwa. Zastanówmy się w tę trzecią już niedzielę Adwentową, czy jesteśmy dobrze przygotowani na przyjście Jezusa Chrystusa. Do naszych przygotowań włączmy tym razem także sferę "gospodarczą" o której mówiłem powyżej.

Niech obowiązuje nas w całym życiu codziennym prosta uczciwość, solidność i rzetelność. Wsłuchajmy się w słowa Ewangelii i jeszcze raz odkryjmy ukryty tam sens.

Listopad 2003

23 listopada 2003

J 18, 33-37
Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa rzekł do Niego: "Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?" 34Jezus odpowiedział: "Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?" 35Piłat odparł: "Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?" 36Odpowiedział Jezus: "Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd". 37Piłat zatem powiedział do Niego: "A więc jesteś królem?" Odpowiedział Jezus: "Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu".

Oto Król, na którego patrzymy. Pochwycony więzień, traktowany jak przestępca. Oto jest Król i zbawca ? prowadzony jak zwykły kryminalista.

Nie ma większej ironii losu. Nie ma większej kpiny z ludzkiej pychy i dążenia do władzy, wpływów i pozycji.

Cóż to za Król, który idzie na śmierć? Kto ma ochotę na takie królestwo? Kto ma ochotę na taką pozycję tu na świecie, żeby potraktowano go jak przestępcę i niebezpiecznego wichrzyciela?

Jak naśladować takiego zbawiciela? Jak przełożyć świadectwo Jezusa - skazańca na kodeks postępowania chrześcijańskiego? Jak uczynić z niego prawidło do wcielenia w życie?

Nie sposób!

Gdzie więc jest ukryta moc tego świadectwa?

Moc jest w godności Jezusowego świadectwa. On właśnie postępuje tak, jak nauczał: "Niech mowa wasza będzie tak tak, nie nie". Nie krył się za dyplomatyczną sztuką uniku. Mówił: "Ja przemawiałem jawnie wobec świata".

A teraz mówi o królestwie, które nie jest z tego świata. Ten świat ma oczywiście swoje królestwo: dominacji, walki, pokonywania przeciwników, poszerzania własnych wpływów i własnego panowania. W mikro i makro skali: w rodzinie, w pracy i w państwie. Bo w sercu każdego człowieka przebiega ta granica pomiędzy królestwem Jezusa, a królestwem tego świata. I bynajmniej nie jest nią przynależność organizacyjna, pokoleniowa, towarzyska czy religijna. To w sercu każdego z nas codziennie wygrywa lub przegrywa królestwo Jezusa: króla, który nie przestraszył się ziemskiej klęski, który potrafił przegrać.

Tajemnica śmierci Jezusa jest jedną z najtrudniejszych do zrozumienia. Podobnie jak trudno nam pojąć czasami zło i cierpienie, którego doświadczamy my sami lub inni ludzie wokół nas. Często nie jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego Dobry Bóg Ojciec doświadcza nas w okrutny sposób zsyłając ból i cierpienie.

Zagorzali przeciwnicy chrześcijaństwa mówią, że jest to religia tchórzy, słabych ludzi, którzy nie potrafią przeciwstawić się przemocy, i dlatego uczą się nadstawiać drugi policzek. Tak pisał Fryderyk Nietzsche o chrześcijanach, że ze swojej duchowej impotencji i życiowej miernoty, słabości i tchórzostwa, zrobili cnotę nadstawiania drugiego policzka.

Tymczasem, czy chcemy czy nie, w życie każdego człowieka pewnego dnia wdziera się tragedia. Czasami jest to utrata bliskiej osoby, nieuleczalna choroba, brak pracy czy rozbicie rodziny. Wydaje się nam wtedy, że Bóg wystawia nas na próbę ponad siły. Faktycznie jednak rzuca nam wyzwanie jakby pytając: "Dlaczego tak kurczowo trzymasz się swego życia? Życia często pozbawionego sensu i radości, życia będącego szarą egzystencją. Dlaczego tak zagorzale walczysz o wpływy nie zdając sobie sprawy, że ta walka przysparza Ci cierpień i odsuwa od prawdziwego życia?".

A my, nic nie pojmując, buntujemy się przeciw Bogu, kwestionujemy jego dobroć. Zamknięci w bólu i cierpieniu nie potrafimy podjąć tego wyzwania. Jedyne czego chcemy to trwać w naszej dotychczasowej sytuacji, chcemy by było tak jak dotychczas, nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc to dotychczas było także źródłem cierpień.

Dopiero z perspektywy czasu widzimy sens planu Bożego. Zaczynamy rozumieć, że cierpienie, którego doświadczyliśmy było wyzwaniem, a nie karą. Wyzwaniem, które pozwoliło nam zburzyć stare mury naszych ograniczeń, odkryć nasze możliwości. Wyzwaniem, które pozwoliło nam sobie przypomnieć, że człowiek całe życie MUSI wybierać. Wybierać między dobrem a złem, a czasami także między mniejszym i większym złem. Wybierać w prawdzie, zachowując swoją godność, pomimo trudności. To wtedy, kiedy musimy dokonać trudnego wyboru, stawić czoła przeciwnościom stajemy się coraz bardziej ludźmi, ludźmi rozumiejącymi sens słów Jezusa: "Moje królestwo nie jest z tego świata".

Jezus przecież nie szukał śmierci, nie dążył do niej. To ona przyszła do Niego, a On przed nią nie uciekł pełen strachu i niepewności.

Jezus stanął w obliczu prawdy i był jej wierny. Umarł, by zmartwychwstać. By dać nam życie wieczne, będące pełnią życia.

I to jest chyba dla nas największą lekcją. Każda śmierć, nawet ta symboliczna, kiedy umiera w nas stary człowiek, jest początkiem nowego życia. Pełniejszego i piękniejszego. Ale żeby tak się stało, musimy podjąć wyzwanie, stawić czoła przeciwnościom wiedząc, że Bóg jest z nami, że sekunduje nam w każdej minucie. Towarzyszy nam w tej trudnej drodze, choć nie może jej za nas pokonać.

1 listopada 2003. Wszystkich Swiętych

Dziś obchodzimy Święto Wszystkich Świętych. Jest to więc dzień szczególny. Z jednej strony radosny ? wspominamy bowiem tych dzielnych ludzi, którzy swoim życiem dawali świadectwo Bożej miłości i prawdy.

Z drugiej jednak strony, i ta postawa wydaje mi się dominować w Polsce, pogrążamy się w zadumie wspominając naszych bliskich, którzy odeszli od nas. Pogrążamy się też nierzadko w zadumie nad naszym życiem, nad tym czego nie zdążyliśmy zrobić wobec tych, którzy odeszli. Nad tym o czym nie zdążyliśmy z nimi porozmawiać. Jednym słowem, przynajmniej w Polsce, jest to raczej dzień smutny, nostalgiczny. I niejednego nas denerwują anglosaskie zwyczaje obchodzenia w tym dniu hucznych zabaw Haloween. Skoro jest to także dzień refleksji zastanówmy się trochę nad świętością.

A świętość niejedno ma imię. Gdy myślimy o dążeniu do świętości, wszak jesteśmy wszyscy powołani do niej, warto przez chwilę zatrzymać się nad pułapkami, które na nas czyhają. Czyhają pod postacią fałszywych form świętości.

W potocznym mniemaniu święci to ludzie nadzwyczajni, pozbawieni wad, żyjący ponad naszymi ludzkimi sprawami w świecie wyjątkowych relacji z Bogiem. Tymczasem byli to ludzie tacy jak my - z krwi i kości, zmagający się na co dzień ze swoimi słabościami i namiętnościami. I chciałbym tu położyć nacisk na słowo ZMAGAJĄCY SIĘ. Słowo z pewnością kluczowe tak w życiu każdego świętego jak i każdego z nas.

Bóg bowiem nie usuwa natury ludzkiej, by mianować kogoś świętym, bynajmniej nie wzywa go życia w oderwaniu od świata i ludzi. Przeciwnie On jest z nami, takimi jakimi jesteśmy i zaprasza nas do przyjaźni z Nim, do lepszego życia tu na ziemi. I to nie w oderwaniu od świata, ale w przyjaźni ze światem - dziełem Bożego stworzenia. Pięknie podsumował to Św. Tomasz z Akwinu mówiąc, że łaska, a więc to co daje przyjaźń z Bogiem nie podważa ludzkiej natury, ale ją podnosi i oczyszcza.

Trudno jest nam pojąc tak rozumianą świętość! Tym bardziej jest to trudne, gdy otaczają nas ludzie uważający się za świętych i rozpowszechniających model fałszywej świętości. Fałszywej, bo nacechowanej pretensjonalnością i urazą do świata. To raczej świętoszkowatość, a nie świętość. Zastanówmy się przez chwilę nad tą postawą.

W jej analizie z pomocą przyjdą nam filozofowie, którzy z przyjemnością tropią różne formy zafałszowań. Jeden z nich pisze, iż z fałszywym dążeniem do świętości może wiązać się zabicie własnego sumienia. Pisze tak: "Można zaryzykować przypuszczenie, że suma nietolerancji i fanatyzmu jest wprost proporcjonalna do liczby ludzi przeświadczonych o własnej świętości. Na ogół sprawdza się znane postrzeżenie Pascala: są tylko dwa gatunki ludzi - sprawiedliwi uważający się za grzeszników i grzesznicy uważający się za sprawiedliwych. Świadomość własnej świętości jest źródłem postaw najbardziej odrażających moralnie i w najwyższym stopniu szkodliwych społecznie: pychy, apodyktycznego potępiania bliźnich, hipokryzji, fanatycznej jednostronności w osądach i równie fanatycznego braku krytycznej samokontroli".

Świadomość własnej świętości, jeśli ktoś na takie poczucie się zdobywa, gwarantuje człowiekowi pełną bezkarność. Skoro uważa, że w jakieś dziedzinie jest nieomylny, to znaczy, iż może przestać zastanawiać się nad nią i zrezygnować z pracy nad sobą. Bo jest zawsze nieomylny i bezbłędny. Ustali sobie na przykład jakiś pan, że jest dobrym ojcem. I sprawa załatwiona. Choćby dzieci konały ze smutku. Ustali ktoś sobie, że jest dobrym pracownikiem. I znów, tylko wstrząs może go wytrącić z drzemki. Ustali sobie ktoś, że jest dobrym księdzem. Jakich sił trzeba, żeby go z drzemki samozadowolenia wybić?

I tak sobie różne rzeczy rozwiązujemy. Z lenistwa, z chęci ucieczki przed prawdą, niechęci do pracy nad sobą. I tak ginie nasze sumienie przywalone gruzem samozadowolenia.

Bynajmniej jednak to samozadowolenie nie jest wynikiem poczucia własnej wartości, raczej jest desperacką próbą ucieczki przed czyhającą na nas prawdą, że zawsze jesteśmy do niczego: w ogóle nie wierzymy we własne siły. Tak bardzo, że nie próbujemy nawet tego zmieniać. I jest nam z tym źle, ale i dobrze, bo nic nie musimy robić, winni są inni, a ja jestem skrzywdzony. Wygrywa więc lenistwo i niechęć do pracy nad sobą.

Innym sposobem ucieczki jest przyjęcie postawy bycia sumieniem świata, krytykiem zła i nieprawości. Krytykujemy innych z różnych powodów. Niekiedy dlatego, że na to zasługują. Często jednak krytykujemy innych, a sami palcem nie ruszymy. Mają być tacy a nie inni, mają mi dać, a jak nie to są oszustami, złodziejami, niemoralni.

Łatwo i wygodnie jest stać się sumieniem świata. Nie ma lepszego zajęcia w życiu. Tyle ciężarów z głowy. Zamiast zająć się sobą, możemy teraz już bez przeszkód zająć się grzechami bliźniego. A jaka satysfakcja moralna. Jakie poczucie słuszności, wyższej konieczności, szlachetności, i zadowolenia z przynależności do właściwej frakcji. Niestety jest to frakcja mająca moralność na sztandarach a nie w sercach.

Bo znów. Aby mieć sumienie we własnym sercu trzeba pracy, wysiłku, przełamywania siebie, pokonywania własnego egoizmu, krytykanctwa i beznadziej. A to jest strasznie męczące. Lepiej więc zapisać się do partii mających zawsze rację. Najlepiej wyższą rację moralną.

Nie tacy są prawdziwi święci. Pewnie ich trudno opisać, bo trzeba by samemu stać się trochę ekspertem w tej dziedzinie. Ale myślę, mimo wszystko, że przede wszystkim są to ludzie nadziei. Ludzie, którzy zaufali Bogu, uwierzyli, że On jest w nas i kocha nas takimi jacy jesteśmy. Święty to człowiek, który zauważył Boga w swym życiu i razem z nim żyje. Prawdziwy święty to ktoś kto chce szukać prawdy i jest na nią otwarty. Żyje zgodnie z nią i czyni dobro. Życzliwy dla ludzi, nie potępia, ale stara się wspierać bliźnich, nawet jeśli ich nie lubi. Lepiej by nam się żyło w takim towarzystwie. Życzę więc tego i wam i sobie.

Październik 2003

11 pazdziernika 2003. Inauguracja roku akademickiego DSFT

"Żyjemy w świecie braku narracji. Nie istnieje historia, nie istnieje opowieść, którą można by snuć o dziejach człowieka. To, co się wydarza, nie układa się w całość".

Tak pisał o człowieku dzisiejszym jeden z głównych twórców filozofii postmodernizmu Jean-Francois Lyotard. Narracja, meta-narracja oznaczała dla niego całościowe wyjaśnienie świata, które człowiek przyjmował do niedawna w naturalny sposób, poza ramy którego nie umiał wykroczyć. Takimi wielkimi opowieściami o człowieku było m.in. chrześcijaństwo, nowożytny humanizm z ideą praw człowieka, nauka ze swoim naukowym myśleniem i rozumieniem świata.

Żadna z tych narracji - powiada Lyotard - nie wystarcza współczesnemu człowiekowi do wyjaśnienia świata, ani do zrozumienia samego siebie.

Myślę o tych słowach nie jako o wyrazie - jak to lubimy niekiedy z poczuciem wyższości podkreślać - dekadentyzmu i upadku Zachodu. Chciałbym przyjąć te słowa jako autentyczną i szczerą diagnozę obecnego stanu ducha człowieka.

Długo można by się zastanawiać, dlaczego tak się stało, że żadna z wielkich opowieści naszej cywilizacji nie przemawia już dziś do człowieka. Ani humanizm, ani naukowy obraz świata, ani idea chrześcijańskiego zbawienia. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z ogólnym kryzysem autorytetu, i to również autorytetu Kościoła. Każdy autorytet zewnętrzny mówiący nam co należy czynić i w co wierzyć traktowany jest podejrzliwie, jako chęć pozbawienia nas wolności i autonomii.

I dzieje się tak dlatego nie z powodu braku dobrej woli ludzi, ale raczej dlatego, iż wszystkie te opowieści zostały w swej historii nadmiernie zidologizowane, podporządkowane jej głosicielom i ich doraźnym celom. Patrząc na historię Europy widzimy, że świat głoszący opowieść o Chrystusie i o zbawieniu jakby zapomniał o głównym jej przesłaniu, o jej źródle. Zapomniał o prawdziwym sensie nauki Chrystusowej - poszukiwaniu prawdy o sobie i o życiu w drodze do Boga.

Dlatego ludziom XXI wieku wydawać się może, że moc tych opowieści wypaliła się: okazała się złudna i cząstkowa. I nie chodzi tutaj o stan depresji czy desperacji jakichś grup ludzi, lecz raczej o zjawisko będące swego rodzaju momentem przełomowym historii naszej cywilizacji. Momentem, w którym wszystkie sensy i znaczenia odpłynęły, i w którym pozostała niepokojąca pustka. Cisza, w której wszyscy mówią, ale nikt już nikogo nie słyszy. Jakby świat zamienił się w obraz pełen telewizyjnych głów mówiących przy wyłączonym dźwięku. Wielka cisza w pośrodku wszechobecnego gwaru!

Jak do takiego właśnie człowieka ma dziś przemówić Słowo-Logos, jak ma do niego dotrzeć Dobra Nowina, głosząca moc miłości Bożej i Prawdy?

Wydaje mi się, że paradoksalnie, to powszechnie odczuwane doświadczenie pustki, może okazać się momentem zwrotnym w życiu każdego z nas, również w życiu Kościoła. Jak zauważył kiedyś Martin Heidegger, w chwili, w której człowiek pozostaje sam, kiedy odczuwa niepokój, trwogę (Angst), w chwili w której byty otaczające go oddalają się, w taki momencie człowiek może doświadczyć bezpośrednio sensu bycia, a może także poznać moc Bożej miłości.

W takiej właśnie chwili pojedyncza historia życia Jezusa może spotkać się z indywidualną historią pojedynczego człowieka. Już nie wielka teoria, już nie cywilizacja chrześcijańska, ale spotkanie się indywidualnych, nie dających się uogólnić historii ludzkich jest miejscem uprzywilejowanym chrześcijaństwa.

My wszyscy tu razem zdajemy się potwierdzać słuszność tej tezy. Rozpoczynamy dziś rok akademicki Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii. Zastanawiałem się, co Was skłoniło do wzięcia udziału w naszym Studium, co spowodowało że tak licznie tu przybyliście. Czyż nie jest to głód odkrycia na nowo ożywiającej mocy Słowa Bożego? A może jest to także chęć prześledzenia dziejów głoszenia Dobrej Nowiny i zrozumienia w jakim momencie historii znalazł się Kościół?

Jedno jest pewne, zgromadziła nas wszystkich chęć poszukiwania prawdy. Prawdy o nas samych i o naszym życiu. Prawdy, którą będziemy się starali powoli odkrywać w czasie naszych wykładów, w nadziei, że pozwoli nam się zbliżyć do Boga. Z pewnością będzie na nas czyhać wiele niebezpieczeństw. Największym z nich jest niewątpliwie pycha. Pycha polegająca na przekonaniu, ze my już te prawdę posiedliśmy. Starajmy się być czujni. Prawda bowiem nie jest nam dana od razu i raz na zawsze. My ją powoli odkrywamy przez całe życie, tak by u kresu poznać ją stając twarzą w twarz z prawdą sama - bogiem Ojcem. I mimo, ze jest to droga trudna i pełna niebezpieczeństw to chyba musimy sobie powiedzieć, ze innej nie ma.

Zapraszam Was w tę fascynującą podróż do odkrywania prawdy. Razem będzie nam łatwiej. Pamiętajmy także, że Jezus towarzyszy nam w tej drodze, udziela nam nieustannie wskazówek przemawiając do nas ze stron Pisma świętego. Starajmy się zrozumieć sens jego nauk, starajmy się na nowo odkryć znaczenie Ewangelii.

I bądźmy jej głosicielami i to nie tylko słowem, ale przede wszystkim czynem. Tylko w ten sposób skutecznie będziemy mogli dawać świadectwo prawdzie. Postępując zgodnie ze wskazówkami Ewangelii możemy na nowo ożywić tę zapomnianą przez świat opowieść - opowieść o wszechmocy miłości i prawdy.

5 pazdziernika 2003

Mk 10, 2-12
Przystąpili do Niego faryzeusze i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. 3Odpowiadając zapytał ich: "Co wam nakazał Mojżesz?" 4Oni rzekli: "Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić". 5Wówczas Jezus rzekł do nich: "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. 6Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: 7dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę 8i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. 9Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!" 10W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. 11Powiedział im: "Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. 12I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo". 13Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. 14A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. 15Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego". 16I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je.

Gdy słuchamy nauki Jezusa o małżeństwie przychodzi na człowieka refleksja, dlaczego jest tak, że miłość nie wytrzymuje próby czasu. Dlaczego piękna miłość, która zdaje się łączyć narzeczonych nie jest w stanie przetrwać? Czy jest taka miłość, która tę próbę byłaby w stanie przeżyć? Czym ona jest i jak ją ochronić?

Początek miłości to zakochanie. Jest ono fascynacją, która albo dojrzewa przeradzając się w miłość, albo ginie w naturalny sposób. Miłość ginie, kiedy nie potrafi dojrzewać. Pisał o tym kiedyś Erich Fromm. Wymienię dwie formy niedojrzałej miłości: miłość bałwochwalczą i sentymentalną.

Miłość bałwochwalcza budzi się w człowieku, który nie potrafi zrozumieć samego siebie, nie potrafi być z sobą sam na sam. Nie na próżno stara prawda głosi, że "umie być z innymi tylko ten, kto potrafi być z samym sobą". Taki człowiek, który nie odkrył własnej tożsamości, nie żyje własnym życiem, lecz wręcz przeciwnie pozbywa się go, przerzucając wszystko kim jest na ukochaną osobę. Osobę tą czci jak najwyższe dobro, sprawcę wszelkiej miłości, wszelkiego światła i wszelkiej szczęśliwości. Zamiast się odnajdywać zatraca się w osobie ukochanej. Ponieważ jednak, na dłuższą metę nie da się tak czcić kogoś, dlatego pojawia się rozczarowanie. I wtedy taki człowiek szuka nowego bóstwa dla siebie. Niekiedy trwa to bez końca. Warto oczywiście zaznaczyć, że taka bałwochwalcza miłość przeżywana jest jako jedyna prawdziwa, zawierająca siłę i głębię. Tymczasem faktycznie odsłania ona raczej pustkę i ucieczkę ubóstwiającego.

Drugą formą niedojrzałej miłości jest miłość sentymentalna. Polega ona na tym, iż odczuwa się ją jedynie w sferze fantazji, a nie w bezpośrednim stosunku do realnie istniejącego człowieka. Osobom uwikłanym w taką miłość, życie schodzi na marzeniach o najpiękniejszej miłości i idealnym partnerze. Dotyczy to na przykład pożeraczy filmów, romansów i piosenek sentymentalnych. Mężczyzna i kobieta, którzy wobec swoich współmałżonków nie potrafią przeniknąć murów odseparowania, wzruszają się do łez, kiedy biorą udział w szczęśliwej czy nieszczęśliwej historii miłosnej na ekranie. Dla wielu tych par oglądanie historii miłosnych w kinie jest jedyną okazją do przeżycia miłości. Póki miłość jest na ekranie, mogą w tym brać udział, ale gdy sprawa zstępuje na ziemię, gdy zaczyna chodzić o realny związek dwóch ludzi - lodowacieją. Dla nich miłość istnieje jako wyimaginowany ideał, i za każdym razem, gdy kogoś spotykają okazuje się, że jest fatalny i nie nadaje się do miłości.

Niedojrzała miłość jest egoistyczna, trzyma się zasady: kocham cię, ponieważ cię potrzebuję. Miłość dojrzała zaś twierdzi: Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham. Miłość dojrzewa więc wtedy, kiedy własne potrzeby człowieka stają się równie ważne, jak potrzeby osoby ukochanej.

Czymże więc jest ta dojrzała miłość, ta wielka moc, która potrafi pokonać wszystkie przeszkody - jak to czytamy w literaturze, i czasami, niestety coraz rzadziej, widzimy w życiu? Czyż nie naucza nas Kościół, że miłość jest darem Bożym, darem, który otrzymaliśmy od Boga i który nosimy w sobie?

Niewątpliwie jest to dar Boży, ale Pan Bóg obdarował nas pewnym potencjałem miłości, rzec by można iskierką, która w nas drzemie i dopiero od nas zależy czy rozpalimy tę iskierkę i przekształcimy w piękny płomień czy też pozwolimy jej zgasnąć.

W pewnym sensie miłość jest postawą, właściwością charakteru. Jest rzec można naturalną skłonnością do życzliwości wobec ludzi i świata. Jest umiejętnością, którą kształcimy i rozwijamy w sobie przez całe życie.

Jeśli człowiek kocha, lub wydaje mu się, że kocha, tylko jedną osobę, a jest obojętny lub wręcz nieżyczliwy wobec reszty ludzi, jego miłość nie jest miłością, lecz bałwochwalczym przywiązaniem, albo egotyzmem. Właśnie tak postępują ci, którzy mówią, iż o sile ich miłości świadczy to, że nie kochają nikogo innego, poza jedną wybraną osobą. To stwierdzenie może dotyczyć również księży, sióstr zakonnych i innych osób, które twierdzą, że tylko kochają Pana Boga i tylko jemu się poświęcają. W ich przypadku często dzieje się tak, że na otaczające osoby patrzą wilkiem jak na przeszkody w dotarciu do Boga. To też jest miłość bałwochwalcza! I jedno jest pewne nie do takiej miłości stworzył nas Bóg. Świadczą o tym liczne nauki Jezusa opisane w Ewangelii.

Miłość jest działaniem, jest siłą ducha, dlatego samo znalezienie odpowiedniego obiektu miłości nie wystarczy. To tak jakby malarz czekał na właściwy obiekt i nic nie robił, myśląc że gdy znajdzie go, wszystko pójdzie bez problemów, namaluje najpiękniejszy obraz.

Dojrzała miłość jest więc sztuką, jest ludzką umiejętnością. Wymaga ona dyscypliny, koncentracji, cierpliwości i zaangażowania. Dyscypliny, ponieważ, jak każda sztuka i umiejętność wymaga pracy, ćwiczeń i wyrzeczeń. Miłość jest sztuką życia, a nie hobby, którym się człowiek zajmuje w ramach czasu wolnego, kiedy ma ochotę. I chodzi tu o dyscyplinę wewnętrzną, a nie o tępe stosowanie narzuconych z zewnątrz przepisów. Żaden przepis ani polecenie, nawet z ust spowiednika, nie zastąpi nas w kształtowaniu samodyscypliny.

Dojrzała miłość wymaga także koncentracji. Mimo, że nasza kultura jej nie sprzyja. Koncentracja jest potrzebna, aby umieć słuchać. Umieć słuchać samego siebie oraz drugiego człowieka. Jeśli tego nie potrafimy, nie zrozumiemy ani siebie ani drugiej osoby. Św. Tomasz z Akwinu używał takiej zgrabnej formuły, po łacinie: nihil volitum nisi praecognitum. Oznacza ona, że jeśli czegoś nie poznamy, to nie możemy tego pokochać.

Do rozwoju miłości potrzebna jest cierpliwość, bo bez niej nie sposób niczego osiągnąć. Poznanie siebie zabiera przeważnie dużą część życia. A co dopiero poznanie drugiej osoby! Potrzeba nam więc cierpliwości i pokory by zaakceptować fakt, że druga osoba jest i pozostanie dla nas, przynajmniej częściowo tajemnicą. Pośpiech nic tu nie da, może jedynie sprowadzić nas na manowce poznania.

Wreszcie nie sposób pomyśleć o rozwoju miłości bez pełnego zaangażowania się. Niczego człowiek w życiu nie opanuje dobrze, gdy zabraknie mu osobistego zaangażowania. To wydaje się oczywiste. Nie można odgrywać roli pasywnego widza czekając, aż miłość nas porwie. Jeśli tak się stanie, bez naszego zaangażowania to jest szansa, że to, co nas porwie będzie raczej krótkotrwałą grą zmysłów i hormonów, a nie miłością.

Mam nadzieję, że nie wprowadziłem was zniechęcenie, nie taki był mój cel. Przeciwnie, chciałbym byśmy uświadomili sobie, że wszyscy nosimy w sobie iskierkę miłości - dar Boży. I od nas zależy, co z tym darem zrobimy. Zmiana obiektów miłości niewiele tutaj pomoże. A przynajmniej w większości przypadków. W tym sensie należy rozmieć słowa dzisiejszej Ewangelii: "Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo".

Wrzesień 2003

21 września 2003

Mk 9, 30-37
Po wyjściu stamtąd podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. 31Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie". 32Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. 33Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: "O czym to rozprawialiście w drodze?" 34Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. 35On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: "Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!". 36Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: 37"Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał".

Jezus idzie z uczniami przez Galileę, idzie po cichu, żeby nikt nie wiedział, ponieważ jak wyjaśnia Ewangelista, postanowiono Go zabić. Idzie razem z uczniami, ale nie uczestniczy w ich rozmowach. Gdy przybyli więc na miejsce, do Kafarnaum, miasta w którym najczęściej przebywali, Jezus pyta ich o czym rozmawiali.

Spójrzmy na uczniów. Są zakłopotani, i nie chcą mówić. Wstydzą się, bo w drodze się pokłócili. O stołki i przywileje w Królestwie Bożym. Kto jest największy. Próżność i dążenie do sławy, wielkości, oto motywy dla których uczniowie radośnie podążają za Panem. Żeby być większym, jeden od drugiego.

Wydaje się, że z Ewangelii Jezusa jeszcze niewiele rozumieją. Właściwie nic. Stąd wyjaśnienia Jezusa; chcesz być wielki - zostań sługą innych.

Dlaczego jednak nasze próby wcielania w życie nauki idą opornie? Nie chcemy poznać prawdy o sobie. Oto przyczyna dla której Ewangelia ciągle na nas czeka.

Kiedy dla przykładu nie chcemy poznać prawdy o tym, że wynosimy się nad innych i udajemy przed sobą, że wcale do tego nie dążymy. Kiedy tłumimy w sobie to pragnienie, zamiast się do niego przyznać, kiedy je wypieramy, siląc się na udawane gesty uniżenia, pokory. Wtedy Ewangelia Jezusa jest bezsilna.

Mamy być sługami. A do tego potrzeba przemiany wewnętrznej.

Bycie sługą bowiem nie oznacza wcale niewolnictwa, poniżania siebie. Prawdziwym sługą drugiego człowieka jest bowiem ten, który potrafi go zrozumieć. Wiadomo przecież, że dobry sługa to taki, który potrafi z góry rozpoznać potrzeby tego, komu służy.

Zrozumienie drugiego człowieka oto znak bycia nie tylko werbalnie sługą sług.

Spójrzmy na Jezusa. Ma w sobie poczucie misji do spełnienia od Ojca: Ewangelista wspomina o Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Tymczasem ?koledzy z grupy? organizują festiwal próżności: kto jest bardziej duchowy, kto bliższy Bogu, pobożniejszy, gorliwszy religijnie itd.

A Jezus spokojnie wyjaśnia im jak to ma być między nimi. Spokój ten płynie ze zrozumienia sytuacji, w której uczniowie się znajdują. Jezus prawdziwie jest ich sługą, bo rozumie stan ich ducha, rozumie jakby etap rozwoju (czy też niedorozwoju) na którym się znaleźli.

Zrozumienie drugiego człowieka, jego pragnień, aspiracji, radości i rozpaczy, w których się pogrąża, jest kluczem do Królestwa. Dusza prawdziwie chrześcijańska, to dusza, która patrzy ze zrozumieniem i współczuciem na dramat świata.

By przekonać się jak wielką moc ma miłość i zyczliwość roponuje wszystkim pewne ćwiczenie na przyszły tydzień. Zacznijmy się uśmiechać i patrzeć ze zrozumieniem na ludzi wokolo nas. Do ekspedientki w sklepie, kierowcy w autobusie, męża, żony i dzieci. Zacznijmy odnosić się ze zrozumieniem do kolegów z pracy, rodziny, staruszków na ulicy. Zobaczycie, że świat staje się piękniejszy, a ludzie sympatyczniejsi.

Stawajmy się sługami innych osób, ale slugami w rozumieniu Jezusa, szczerymi ludzmi dzialajacymi z miloscia i zrozumieniem, a wtedy lepiej zrozumiemy, że Królestwo Boże zaczyna się już tu na ziemi.

Czerwiec 2003

14 czerwca 2003

Mt 5, 33-37
Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.

Co oznaczają te słowa, które właśnie usłyszeliśmy? Mamy nie przysięgać na nic, ani na Boga, ani na ziemię, ani na własną głowę. Bo żadna z tych rzeczy do nas nie należy. Nawet na kolor włosów na własnej głowie nie mamy wpływu (oczywiście naturalny kolor, a nie farbowany). Nie mamy władzy nad światem, nie mamy też władzy nad prawdą. Coś jest prawdą lub nie, niezależnie od tego, jak będziemy przysięgali i zaklinali się w tej sprawie i niezależnie od tego, czy przedstawimy dobre lub nie argumenty. Nasza mowa ma być: tak tak, nie nie.

Jak jednak wyrazić tę prawdę, którą nosimy w naszych sercach? Jak oddać w słowach i uczynić czymś, co nie jest tylko moje, ale może stać się udziałem drugiego człowieka? Jak nadać słowom, które wypowiadam, znaczenie? Tak, żeby mowa nasza nie była pusta. Prof. Jacek Woźniakowski z Krakowa niedawno pisał, że nauczyliśmy się w czasach komunizmu sztuki mówienia tak, żeby nic nie powiedzieć. Nauczyliśmy się mowy, która nic nie mówi.

Przychodzi być może już czas, aby zacząć przywracać sens słowom! Abyśmy umieli mówić i wyrażać ten świat wewnętrzny, który w nas jest ukryty. Abyśmy umieli go najpierw rozpoznać!

To zaś możliwe jest tylko w rodzącym się w nas słowie. Słowo po grecku to logos. Logos zaś oznacza także sens, znaczenie, mowę. Znana nam definicja człowieka pochodząca z Polityki Arystotelesa w formule łacińskiej brzmi: homo est animal rationale - człowiek to zwierzę rozumne - w teście greckim zaś znajdziemy: dzoon logikon. A więc ktoś, kto w sobie nosi sens, kto komunikuje go światu używając mowy (logos). To nas wyróżnia ze świata zwierząt.

Jeśli więc ma rodzić się w nas sens, poczucie sensu, trzeba nam zacząć od słowa. Od wysiłku ubrania w słowa treści naszego wewnętrznego świata.

Wtedy bowiem stworzyć możemy dopiero prawdziwą społeczność - societas, złożoną z obywateli. Dopiero bowiem zdolność do komunikowania siebie pozwala człowiekowi być razem z innymi, na sposób społeczny i - rzekłbym - obywatelski. Świadomy tego, kim jest i czego pragnie.

Czeka nas praca nad słowem. Nad sensem, który poczyna się i rodzi we wnętrzu człowieka. Albowiem nadając sens naszej mowie, nadajemy sens całemu naszemu życiu, całemu naszemu światu. Bo przecież jesteśmy dzoon logikon.

8 czerwca 2003 - Zesłanie Ducha Swiętego

J 20, 1-23
Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: "Pokój wam!" 20 A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. 21 A Jezus znowu rzekł do nich: "Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam". 22 Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: "Weźmijcie Ducha Świętego! 23 Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane".

Zmartwychwstały Jezus przychodzi do uczniów, siedzących w zamknięciu z obawy przed żydami. Są pełni lęku i trwogi, boją się wyjść. Wprawdzie słyszeli, że ich Pan zmartwychwstał, ale widzieli jedynie pusty grób, Jezusa w nim nie znaleźli. Ten pusty grób uzmysłowił im, że ich dotychczasowe życie z Jezusem się skończyło. Siedzą więc razem pogrążeni w wątpliwościach i smutku i nie bardzo wiedzą co dalej robić.

Zawsze kiedy czytam ten fragment Ewangelii, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że scena ta jest mi dobrze znana. Wyjątkowo dobrze! Jakże często my chrześcijanie przypominamy właśnie uczniów Chrystusa siedzących w zamkniętym pokoju! Uczniów rozpamiętujących z rozrzewnieniem minione chwile i z trwogą pilnujących, by nikt nie wdarł się do nas i nie zakłócił nam dotychczasowego porządku. Trzymają nas tam nasze lęki i obawy, nasze opinie i przesądy. Nasz brak wiary i nadziei. Boimy się podjąć ryzyko i otworzyć drzwi na świat, zacząć nowe życie. Boimy się konfrontacji z naszymi własnymi lękami, boimy się prawdy o sobie i o świecie. I tak tkwimy w tych naszych małych, szczelnie zamkniętych pokoikach, karmiąc się jedynie opowieściami, jak okropny jest świat na zewnątrz. Jacy okropni ludzie czyhają na nas, jakie niebezpieczeństwa nam grożą. I tak płynie życie.

I wtedy właśnie do uczniów przychodzi Zmartwychwstały. Przychodzi "wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia". Nauczyciel przychodzi do uczniów w ten sam dzień, co dzień zmartwychwstania ? w niedzielę. Wchodzi do nich mimo zamkniętych drzwi. Wchodzi po to, by je otworzyć, by wpuścić, rzec by można, trochę świeżego powietrza.

"Pokój Wam" - mówi Chrystus do swych uczniów. Te słowa pokazują, że Jezus dokładnie wie, co dzieje się w duszach jego uczniów. Jego słowa mają im przywrócić utracony pokój wewnętrzny. Pokój - zarówno ze względu na Boga, przeciwko któremu zgrzeszyli, zapierając się Go, jak i wobec samych siebie. Są przecież pogrążeni w wątpliwościach i smutku. Nie wiedzą, co czynić.

Słowa Jezusa przywracają im jedność z Bogiem i z samymi sobą. Jednają ich i dodają nadziei i odwagi do nowego życia. Posłuchajmy raz jeszcze Jego słów: "Pokój Wam. Jak Ojciec mnie posłał tak i ja Was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im weźmijcie Ducha Świętego".

Tymi słowami Jezus raz jeszcze podkreśla, że jest Synem Bożym, że przychodzi z misją od Ojca. Jezus posyła uczniów w świat, sprawia, że sami otwierają te szczelnie zamknięte drzwi. Sprawia, że stają się prawdziwymi apostołami. Słowo Apostoł oznacza przecież posłanego.

Jak to się stało, jak to się dzieje, że nagle z zalęknionych ludzi stają się pełnymi odwagi i poświęcenia głosicielami Dobrej Nowiny?

Zwróćmy uwagę na słowa: "Tchnął na nich i powiedział im weźmijcie Ducha Świętego". Czy słowa te nie przypominają nam opisu z Księgi Rodzaju: "Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu i ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia"? Bóg stwarzając człowieka daje mu tchnienie życia. A zmartwychwstały Jezus przychodzi do swych uczniów, by także dać im życie, nowe życie. Życie możliwe, gdyż zło i śmierć zostały zwyciężone. Bo Chrystus zmartwychwstał!

Czym więc jest owo tchnienie życia, które lękliwych przemienia w bohaterów, a wątpiących w ludzi pełnych wiary? Kim jest Duch Święty, o którym mówi uczniom Jezus? Duch Św. ma wiele imion i na wiele sposobów ujawnia się w świecie. Mówi się o Nim, że jest Duchem prawdy, że jest Duchem miłości. Mówi się o Nim, że jest Pocieszycielem (Parakletem), że przynosi pokój Boży.

Jan Ewangelista pisze o Nim, że można niekiedy usłyszeć Jego głos, ale nie wiemy skąd On przychodzi i dokąd podąża, bo "Duch wieje tam gdzie chce", J 3, 8. Co więcej, Ewangelista pisze, że trzeba nam narodzić się z Ducha, narodzić się powtórnie.

Cóż więc oznacza narodzenie z Ducha? Kim jest człowiek, który z Ducha się rodzi? Czyż właśnie przed chwilą czytając Ewangelię nie byliśmy świadkami takiego narodzenia się z Ducha uczniów Jezusa?

Człowiek rodzący się z Ducha, to człowiek stający w prawdzie. I to przede wszystkim w prawdzie wobec siebie samego. Bo Duch Święty jest Duchem prawdy. Ale jest także duchem wolności, duchem odwagi i miłości. To On przemienia nasze serca i sprawia, że podejmujemy wyzwania i zaczynamy żyć nowym życiem.

Jest w tradycji chrześcijańskiej od wieków potwierdzane przekonanie, że wszędzie gdzie jest choć ziarno prawdy, tam jest też obecny Duch Święty. Tak pisał kiedyś św. Ambroży, wcześniej podobną myśl wyraził św. Justyn, mówiąc o logoi spermatikoi, czyli o nasionach, zalążkach Słowa, obecnych u filozofów pogańskich, takich jak Heraklit i Sokrates.

Jeśli więc ktoś narodził się z Ducha i ma Ducha Bożego, umie rozpoznawać te ziarna logosu, sensu i prawdy u innych. Umie zrozumieć prawdę o sobie i głęboką prawdę drugiego człowieka. Prawda zaś, jeśli jest prawdą rzeczywiście, wydaje owoc w postaci wewnętrznej wolności. Wolności, która stale popycha nas do dalszych poszukiwań. Nie pozwala nam się zadowolić tym, co już poznaliśmy. Wolności, która nie pozwala nam wziąć raz poznanej prawdy w posiadanie, lecz która skłania nas zawsze do dalszej wędrówki.

Taka jest droga człowieka. Jezus dzięki swojemu Duchowi Świętego pozwala nam wyruszyć w tę podróż. Podróż, której celem jest poznanie prawdy ostatecznej - Boga. I On towarzyszy nam w tej drodze. Swoją kochającą obecnością dodaje nam nadziei i otuchy.

Nie bójmy się więc przyjąć Ducha Św., gdy do nas przyjdzie. Nie bójmy się narodzić z Ducha. Otworzyć drzwi naszej kryjówki i wyruszyć w drogę ku tajemnicy prawdy i piękna, które ukryte są w Bogu.

Maj 2003

25 maja 2003 - Uroczystość Przeniesienia relikwi św. Dominika

Rozpoczynamy właśnie kolejny, już 4-ty jarmark Sw. Dominika, u dominikanów na Służewie. Chciałbym więc podzielić się z wami kilkoma refleksjami nad stanem ducha dominikańskiego i jego losem w naszych czasach. Jaki jest ideał życia dominikanina?

Z całego bogactwa naszej szlachetnej tradycji z przeszłości myślę, że dziś pojawia się na pierwszym planie obraz dominikanina jako człowieka zaangażowanego w dialog ze współczesnym sobie światem. Dominikanin jest człowiekiem dialogu, a przynajmniej powinien być.

Mamy przed oczyma zawsze św. Dominika, który spędzał całe noce w karczmach na rozmowach z heretykami pełnymi zapału religijnego - albigensami. Dominik rozmawiał z nimi, a potem do rana gorliwie modlił się prosząc Boga o przebaczenie dla nich. Dominik nie potępiał heretyków, nie osądzał ich lecz z żarliwością prowadził z nimi dialog jak równy z równym.

My dzisiejsi dominikanie żyjemy w świecie różnorodnym. Może bardziej różnorodnym niż świat Dominika. Pluralizm i wielość oto imiona tego świata. W świecie tym współwystępują ze sobą wiara i niewiara, chrześcijaństwo i islam, religie wschodu i innego rodzaju praktyki, przekonania polityczne i światopoglądy. Nasz świat stał się trwale i nieusuwalnie (mam nadzieję) różnorodny.

Jak więc głosić Ewangelię w takim świecie? Jak dotrzeć z Dobrą Nowiną do wszystkich? Jak zachować jedność zanurzając się jednocześnie w ten różnorodny świat?

To swego rodzaju wyzwanie towarzyszy nam od samego początku istnienia Zakonu. Jednak teraz mamy przekazywać Słowo Boże, które staje się ciałem w bardzo wielu różnych kontekstach kulturowych (Azji, Afryce) Głoszenie Ewangelii jest więc zawsze związane z inkulturacją, a to wymaga czasu, cierpliwości, odwagi i umiejętności słuchania.

Nasz Zakon nasz ma w pełni demokratyczne struktury, które zachęcają do dialogu i mogą stać się prawdziwą szkołą dialogu, wspólnego poszukiwania rozwiązań, budowy konsensu i porozumienia, wolnego od arbitralnego narzucania rozwiązań przez silniejszych.

Jednak, aby dialog był możliwy potrzebna jest zarówno pokora jak i odwaga. Odwaga by stanąć twarzą w twarz wobec drugiego człowieka i jego problemów, pokora by umieć go zrozumieć.

Jakże często bowiem stając wobec drugiego wszystko już o nim z góry wiemy. Patrzymy na niego przez pryzmat utartych wyobrażeń i opinii. Chronimy się przed nim za parawanem naszych sądów. Ktoś, kto jest ?inny? niewątpliwie w jakiejś mierze kwestionuje nasz świat, zmusza nas do zastanowienia, pokazuje, że można myśleć i żyć inaczej. Wybija nas z jakże czasami wygodnej rutyny.

Ale inny wnosi też światło w nasze życie, ujawnia nam inny wymiar człowieczeństwa. By nasza misja kaznodziejska była skuteczna musimy stale podejmować to ryzyko bycia wybitym z dotychczasowej rutyny, otwarcie stawać wobec innych ludzi i ich problemów. Wspólnota, w której żyjemy i która jest jednym filarów życia dominikańskiego powinna nas do tego wyzwania uzdalniać. Dodawać nam odwagi i być wsparciem.

Koncepcji wspólnoty jest pewnie tyle ilu dominikanów. Jednak wydaje mi się pewne, że o wspólnocie i to każdej zarówno zakonnej jak i rodzinnej, możemy mówić dopiero wtedy, gdy panuje w niej zaufanie i atmosfera otwartego dialogu. Kiedy każdy ma szansę wyrazić swoje myślenie i pragnienia bez obawy. Dopiero w takiej atmosferze życzliwości i wolności możliwe jest otwieranie się ludzi, wyrażanie swoich przekonań, mówienie o swoich ideałach i pragnieniach. Miejsce, gdzie ludzie boją się wyrażać własne przekonania z obawy o swój los nie mogą być nazwane wspólnotą.

Ksiądz Tomasz Węcławski pisał niedawno o dialogu wewnątrz Kościoła. Mówił, że nie jest możliwy dialog Kościoła ze światem, z ludźmi myślącymi inaczej i mającymi inne postawy wobec życia, jeśli brakuje dialogu wewnątrz samego Kościoła. Jeśli chrześcijanie nie mogą spokojnie i bezpiecznie rozmawiać ze sobą w sposób otwarty, bez narażenia się na niechęć czy wrogość, albo wręcz akty potępienia, to nie będą tym bardziej zdolni do rozmowy i spotkania z ludzi spoza Kościoła.

Rzecz więc dotyczy nie tylko dominikanów. Dialog wewnętrzny, gotowość do akceptacji ludzi wygłaszających obce nam stanowisko, to są warunki konieczne do tego, byśmy umieli rozmawiać bez uprzedzeń z tymi, których duchowy świat jest nam nieznany czy obcy.

Tu oczywiście pojawić się może wątpliwość, czy w tak otwartym dialogu możemy dotrzeć do prawdy. Czy może ten dialog prowadzi do utraty posiadanej już przez nas prawdy?

A dominikanie przecież mają być tymi, którzy głoszą prawdę. Veritas to nasze sztandarowe hasło. Otóż trzeba powiedzieć, że prawda nie przysługuje ludziom z urzędu, nie przysługuje partiom politycznym ani organizacjom religijnym. Nie jest tak, że dlatego, że nazywam się Tadeusz Bartoś, albo jakkolwiek inaczej, to już mam prawdę. Nie jest tak, że mam prawdę, bo jestem dominikaninem, a choćby i biskupem czy papieżem.

Prawda jest wolna i nie zależy od ludzi. To nie prawda jest na usługach człowieka, ale człowiek na usługach prawdy. Widzimy wyraźnie tutaj pewną władczość prawdy - jej absolutny, boski charakter. Poszukiwanie prawdy jest takim samym procesem jak poszukiwanie Boga. Czyż nie mówimy, że On jest Prawdą? Prawda raz poznana wymyka się na nam, wymaga od nas ciągłej czujności i dociekliwości, ciągłych poszukiwań. Dlatego też innym ważnym filarem życia dominikańskiego są studia.

One mają dać nam intelektualną przenikliwość, która pozwala na zrozumienie siebie i otaczającego nas świata. To one pozwalają nam na refleksję, na poważne traktowanie argumentów i przekonań innych ludzi.

Nie będę mówił o tym, że u początków zakonu nasza teologia była teologią rodzącą się w dialogu, w dyspucie teologicznej na uniwersytetach. Nie będę mówił o tym, że w traktatach tamtych czasów uwzględniano w sposób poważny argumenty przeciwników, cytując je rzetelnie. Tak robił Tomasz z Akwinu i wielu innych. Są to rzeczy znane i często przytaczane.

Chciałbym tylko powiedzieć, że niemożliwe jest zrozumienie drugiego człowieka bez wniknięcia w świat jego wartości. Miłość miłosierna jest niemożliwa, jeśli nie umiemy pojąć, wczuć się, wniknąć w sytuację drugiego człowieka.

Dlatego akta naszych kapituł generalnych mówią o misji intelektualnego współczucia. Trzeba nam starać się poznać świat, zrozumieć inne kultury, cywilizacje, inne systemy filozoficzne, ludzi myślących inaczej. Wtedy będziemy umieli wczuć się i zrozumieć ich dramaty i radości, ich szczęścia i życiowe zmagania. Tak tylko będziemy umieli im współczuć. I wtedy dopiero będziemy mogli wypełnić - choć w części - misję daną nam przez Jezusa: głoszenie Ewangelii miłości aż po krańce świata.

Dopiero stając bez lęku wobec świata, patrząc z życzliwością i przyjaźnią na innych ludzi zrozumiemy w pełni na czym polega nasza jedność. Ta głęboka jedność wynikająca z tego, że wszyscy bez wyjątku jesteśmy dziećmi Bożymi. Że wszyscy dzielimy wspólnotę losu. Ta jedność oznacza życie w przyjaźni. W przyjaźni z Bogiem i sobą samym.

Jedność nie może być traktowana jako pojęcie techniczne: zadanie do wykonania polegające na usunięciu wszystkich różnic między nami. Jest raczej pewną tajemnicą życia, którą stopniowo odkrywamy. Przyjaźń, miłość i obecność Boga w nas oto imiona tej ukrytej jedności.

Tak rozumiana jedność nie znosi różnorodności, ale ją podkreśla. Dopiero wtedy, kiedy każdy jest sobą w odmienności własnego losu, ujawnić się może to, co łączy, co pozostaje wspólne.

Wydaje mi się, że czasy, w których żyjemy są jakby stworzone dla nas, dominikanów, są to czasy idealne dla rozwoju ducha dominikańskiego.

Mamy niepowtarzalną szansę cieszenia się różnorodnością świata i ale także odkrywania naszej jedności w Bogu.

11 maja 2003

J 10, 11-18
Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. 12 Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; 13[najemnik ucieka] dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. 14 Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, 15 podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. 16 Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. 17 Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. 18 Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca".

Szacunek jakim darzono pasterza w kulturze judaistycznej znajduje swoje korzenie w innych starowschodnich kulturach. W tych kulturach bardzo często określano króla za pomocą słowa pasterz. Wierzono bowiem, że król jest ziemskim przedstawicielem Boga.

I tak np. insygnia władców egipskich, bicz i berło nawiązywały do narzędzi używanych przez pasterzy ? jeden z nich służył do odpędzania owadów, drugi miał symbolizować laskę pasterską. Również mitologia grecka zna silne związki miedzy królem a pasterzem. I tak syn królewski Parys pasie swoje trzody na zboczach góry Idy. W Starym testamencie widzimy jak Dawid zostaje powołany do godności królewskiej. Sam Bóg powiedział do niego: Ty będziesz pasł mój lud i ty będziesz wodzem nad Izraelem.

Widzimy więc, że sprawujący władzę nad ludem często są porównywani do pasterzy. Bóg obciąża tych pasterzy odpowiedzialnością za wierny Mu lud, którym mówi, że powinni paść swój lud rozsądnie i roztropnie. (Jr 3,15) Nic więc dziwnego, że Jezus ? dziecko swojej kultury, chcąc być zrozumianym przez współczesnych mu ludzi, posługuje się ich językiem i obowiązującymi wtedy symbolami.

Dlatego też my, żyjący 2000 lat po narodzeniu Chrystusa mamy niekiedy problemy z odczytaniem znaczenia Jego słów. Jednakże musimy zrozumieć, że Bóg objawiając się konkretnemu ludowi, żyjącemu w określonej sytuacji historycznej zgodził się na wszystkie ograniczenia z tego wynikające. Bóg objawił się człowiekowi umiejscowionemu w konkretnym czasie historycznym ze wszystkimi konsekwencjami z tego wynikającymi. I nie mogło być inaczej!

Jezus mówi więc o sobie, że jest dobrym pasterzem, który dba o swoje owce. Dobry pasterz jest tu przeciwstawiony najemnikowi, czyli komuś, do kogo owce nie nalezą, a kto jedynie za pieniądze podejmuje się opieki nad stadem. Nie można się oprzeć myśli, ze mówiąc o najemnikach Jezus ma na myśli faryzeuszy. Faryzeusz bowiem, jak przedstawia go Ewangelia Jana, podobnie jak najemnik troszczy się jedynie o samego siebie. Pilnuje stada ? można powiedzieć dla własnego zysku ? w zamian za obiecaną zapłatę. I nie zamierza także ryzykować nadmiernie. W momencie pojawienia się poważnego niebezpieczeństwa najemnik opuszcza stado ratując jedynie swoją skórę.

A jak zachowuje się Dobry Pasterz? Ja znam owce moje, a moje owce mnie znają, podobnie jak mnie zna Ojciec, a ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Zwróćmy uwagę na te słowa. Co łączy dobrego pasterza z owcami? Pasterz zna owce tak jak Jego zna Ojciec Bóg i jak On zna Boga. Pasterza łączy więc z owcami dogłębna znajomość, taka jaka istnieje pomiędzy Ojcem i Synem. Więcej nawet. Można powiedzieć, że podobnie jak Ojca z Synem łączy głęboka miłość tak samo łączy ona Pasterza z owcami.

Miłość pasterza do owiec jest bezgraniczna do tego stopnia, że jest on gotów oddać dla nich swe życie. Nie po raz pierwszy Jezus mówi o miłości, miłości zdolnej do dawania siebie. Tej miłości przeciwstawia nadmiernie rozbudowaną miłość własną ? taką jaką widzimy u najemnika. Jego miłość ogranicza się do dbałości o samego siebie, do pilnowania swoich interesów, jednak bez ponoszenia nadmiernego ryzyka. Czytając Ewangelie bardzo często uderza mnie fakt, że słowa Jezusa, mimo, że opakowane w trudno czasami zrozumiałe dla nas symbole, nic nie straciły na aktualności.

Również w dzisiejszym świecie mamy aż nadto przykładów rozbuchanej miłości własnej, która nie pozwala np. sprawującym władze dojrzeć prawdziwych interesów narodu, lecz każe im się kierować w działaniu własnymi korzyściami lub chorą ambicją. Problem nie dotyczy jednak wyłącznie elit sprawujących władze. Dotyczy także nas samych: księży, rodziców, małżonków. Zbyt często kieruje nami źle rozumiana miłość własna, którą można określić jednym zdaniem ?jak postawić na swoim?. Patrząc w oczy drugiego człowieka staramy się za wszelką cenę znaleźć w nich swoje własne odbicie.

Często boimy się ryzyka, jakie niesie ze sobą spotkanie z drugim. Nie mamy odwagi stanąć z drugą osobą twarzą w twarz. Boimy się zdjąć zasłonę czy wręcz maskę z naszej twarzy. Boimy się odsłonić wobec bliźniego. Wolimy skrywać się za rolą, którą chętnie odgrywamy: księdza reprezentującego Kościół i dlatego cokolwiek powie głoszącego prawdę. Matki czy ojca, sprawujących bez zastanowienia rządy rodzicielskie wobec dzieci, nawet jeśli stosowany przez nich model nie służy ich rozwojowi. Czy też rolę męża lub żony, którzy dawno zapomnieli o łączącej ich kiedyś miłości. I trwają sztywnych, lecz pustych przyzwyczajeniach życia codziennego owładnięci jedną myślą ? niczego nie zmieniać!

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie chodzi mi o całkowite negowanie ról społecznych. Są one przecież niezbędne w naszym życiu. Chodzi jedynie o to, czy my czując beznadzieję i pustkę w sobie chronimy się za parawanem ról społecznych i tak trwamy? Czy też żyjąc pełnią życia, kierowani miłością podejmujemy z zapałem nowe role dając co w nas najlepszego drugiemu człowiekowi. I czy w spotkaniu z tym innym rozwijamy się, zamiast trwać w sztywno ustalonym scenariuszu?

Takiej właśnie miłości uczy nas Jezus Dobry Pasterz. Jego pasterska miłość jest trudna, ale zarazem piękna. Pełna niebezpieczeństw i poświęcenia, ale także zadowolenia i szczęścia. Jedynie taka, pełna przeciwieństw miłość naprawdę istnieje. Starajmy się naśladować miłość Chrystusa, nie traćmy z pola widzenia wzoru Dobrego Pasterza. Pamiętając jednocześnie, że On jest z nami. Cokolwiek nam się przytrafia On jest blisko i ogarnia nas swoją miłością pasterską.

Kwiecień 2003

13 kwietnia 2003 - Poniedziałek Wielkanocy

Mt 28, 8-15
Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. 9 A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: "Witajcie!" One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. 10 A Jezus rzekł do nich: "Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą". 11 Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. 12 Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy 13 i rzekli: "Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. 14 A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu". 15 Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego.

Możemy sobie wyobrazić szok, jaki przeżyły Maria Magdalena wraz drugą Marią nie znajdując Jezusa w grobie.

Przyszły o świcie, by namaścić ciało ukochanego Nauczyciela i zamiast niego zastały jedynie pusty grób. I właśnie ten pusty grób z wielką siłą uzmysłowił im, że Jezusa już nie ma, ze odszedł od nich bezpowrotnie. Nic już nie będzie tak jak było do tej pory. Jezusa nie ma. Utraciły Go na zawsze! Nie mogą nawet dopełnić starego zwyczaju i namaścić jego ciała olejkami.

Kobiety nie wiedzą, co czynić. Czują rozpacz i ból po stracie Mistrza i przyjaciela i po raz pierwszy doświadczają naocznie jego stratę. I wtedy przemawia do nich Anioł i jako pierwszy wyjaśnia im, co się stało. Uspokaja je słowami: "Nie bójcie się" - i wysyła je z misją do uczniów Jezusa, by im oznajmiły, że Jezus zmartwychwstał.

Przytoczyłem ten fragment Ewangelii, mimo, ze nie był dziś czytany byśmy lepiej mogli zrozumieć, co działo się tego niedzielnego poranka.

Tak więc po wysłuchaniu Anioła Maria Magdalena i Maria "pospiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i radością".

Miotały więc nimi sprzeczne uczucia - bojaźń i radość. Możemy sobie wyobrazić ten obraz: kobiety stanęły wobec nowej sytuacji - nie znalazły Pana, a Anioł powiedział im, że on powstał z martwych. Z jednej więc strony boleśnie przeżywają stratę i ból, a z drugiej - rodzi się w nich nadzieja wywołana słowami Anioła: "Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał"

Jak to wszystko zrozumieć? Jak rozumieć to, co przekracza dotychczasowy ustalony porządek świata ? porządek życia i śmierci?

Może dlatego, jak opisuje Ewangelista, ta nowina o zmartwychwstaniu Jezusa przekazana została w tym krótkim czasie aż dwa razy. Najpierw za pośrednictwem Anioła, i zaraz potem przed kobietami staje sam Zmartwychwstały:

"Witajcie" - mówi do nich Jezus. I jakby wiedząc, co dzieje się w ich sercach dodaje: "Nie bójcie się". I wysyła je z misją: "Idźcie i oznajmijcie moim braciom...".

Przy okazji czytania tych fragmentów Ewangelii nasuwa się od razu pytanie: Dlaczego Zmartwychwstały Jezus pokazał się po raz pierwszy kobietom? Nie któremuś ze swoich uczniów, lecz kobietom. Dlaczego właśnie Marię Magdalenę uczynił jak mówią komentatorzy - apostołką apostołów, głosicielką dobrej nowiny o zmartwychwstaniu?

Może właśnie jej głęboka miłość do Jezusa czyniła ją bardziej podatną na zrozumienia tego, co nie do zrozumienia? Może, zmartwychwstanie - jeśli można je pojąć - to tylko sercem?

W dalszych fragmentach Ewangelii będziemy widzieć jak trudno przyjdzie uwierzyć uczniom w to, ze Jezus jest na powrót z nimi. Jest z nimi, choć już w inny niż do tej pory sposób. I pewnie dlatego wybór padł na Marię Magdalenę. Jezusa wybiera tę, której głęboka miłość do Niego pozwala pokonać wszystkie przeszkody.

Aby uczniowie mogli lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło, Jezus wysyła ich do Galilei. Tam mają Go zobaczyć. Odwołuje się więc do ich wspólnych przeżyć. Chce by spotkali się tam, gdzie razem spędzili tyle czasu. Tam był Nazaret, jezioro Galilejskie, Kafarnaum, miasto Jezusa. Mają wrócić do swojej ojczyzny. Oni wszyscy byli bowiem Galilejczykami.

Ciekawe, że aby zobaczyć Jezusa zmartwychwstałego musieli znaleźć się u siebie w domu. Opuścić miejsca obce i wrócić do swojej małej ojczyzny. Jezus chce, aby oni rozpoznali Go jako tego samego Jezusa, którego znają od dawna.

Czasami Zmartwychwstały wydaje się nam być kimś zjawiskowym, ulotnym: duchem, który się tylko ukazuje i znika. Tymczasem te słowa o pójściu do Galilei odsłaniają trochę coś innego. Ukazują coś bardzo indywidualnego, jedynego w Jezusie, jego jakby prywatne zamiłowanie do rodzinnych stron? Znanej okolicy? Jezus jakby chciał powiedzieć do swoich uczniów: "Chodźmy do siebie i tam porozmawiamy. Chodźmy tam, gdzie się czujemy najlepiej, gdzie zawsze razem byliśmy, gdzie się poznaliśmy, gdzie kształtowała się nasza przyjaźń".

To tak jak znajomi, którzy po latach spotykają się w swoich dawnych ulubionych miejscach.

Chcę powiedzieć, że Jezus przez zmartwychwstanie nic nie stracił ze swego człowieczeństwa. Nie zapomniał o swoich przyzwyczajeniach, o tym, co lubił, o ulubionych rozmówcach, przyjaciołach, ulubionych miejscach. To też jest prawda o zmartwychwstaniu. I dzięki temu właśnie uczniowie mogli poznać, iż to jest Pan, On sam w swoim ciele, a nie jego duch, czy zjawa.

Zmartwychwstanie Jezusa jest wydarzeniem nieoczekiwanym zarówno dla arcykapłanów jak i dla samych uczniów. Nie spodziewali się tego. I jak bardzo jest to wydarzenie niewygodne widzimy czytając dalszy fragment Ewangelii. Arcykapłani bojąc się prawdy o zmartwychwstaniu próbują je ukryć nakłaniając żołnierzy do kłamstwa.

Również uczniom potrzeba trochę czasu, a niektórym nawet namacalnych dowodów by wreszcie uwierzyli i zrozumieli, że Zmartwychwstanie jest faktem. Nic dziwnego! Zmartwychwstanie jest początkiem nowego życia. Lamie dotychczasowy porządek i rozpoczyna nowy. Nic już nie będzie tak jak było. Jezus ? połączył w swojej osobie dwa światy boski i ludzki ? nic z żadnego nie tracąc.

Pokonał śmierć, lęk, ból i cierpienie. Rozpoczął nowy porządek. Porządek miłości. Życzę Wam, by Zmartwychwstały Chrystus napełniał Was tą miłością i nadzieją. I by także dla Was stawał się początkiem Nowego Życia.

13 kwietnia 2003 - Niedziela Palmowa

Niedziela Palmowa wprowadza nas w tajemnicę paschalną, którą będziemy celebrować w Wielkim Tygodniu.

Przeżywać będziemy ogromne cierpienie Jezusa i jego śmierć w Wielki Piątek, przeżywać także będziemy radość i światło wielkanocnego poranka.

Można powiedzieć, że Wielki Tydzień symbolizuje całe nasze życie wraz z jego podstawowymi sprzecznościami: życie i śmierć, zdrowie i chorobę, radość i smutek, cierpienie i szczęście.

Dziś przeżywamy radosny wjazd Jezusa do Jerozolimy wśród powitań i śpiewu. Za parę dni będziemy świadkami zdrady i poniżenia Go. Świadkami Jego ogromnego bólu i samotności.

Wielka Sobota będzie dniem zadumania nad sensem życia i śmierci, tak jak to często bywa po stracie najbliższych.

Wreszcie poranek wielkanocny przyniesie nam radość zmartwychwstania, zwycięstwa nad śmiercią. Zmartwychwstały Jezus pokonał wszystkie przeciwności, pokazał nam, że ZYCIE ostatecznie zwycięża śmierć.

Niedziela palmowa rozpoczyna więc zadumę nad życiem i śmiercią. Jest jakby bramą prowadzącą w Wielki Tydzień. Przejdźmy przez nią radośnie i przeżyjmy w pełni tajemnicę umierania by na nowo odrodzić się wraz ze Zmartwychwstałym Jezusem.

6 kwietnia 2003

J 12, 20-33
A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon [Bogu] w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. 21 Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. 22 Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. 23 A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. 24 Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. 25 Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. 26 A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. 27 Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. 28 Ojcze, wsław Twoje imię!. Wtem rozległ się głos z nieba: ?uż wsławiłem i jeszcze wsławię. 29 Tłum stojący [to] usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego?. 30 Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. 31 Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. 32 A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. 33 To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć.

Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.

Te słowa Ewangelii, a także inne podobne wypowiedzi wielu krytyków chrześcijaństwa uznało za dowód na to, że chrześcijanie nienawidzą życia. Są wrogami żywotności, radości, humoru, pełni witalności i szczęścia doczesnego. Krytycy ci mówili, iż chrześcijaństwo jest religią cierpiętników, którym ciągle coś doskwiera, którzy oddają kult cierpieniu, dla których ktoś zadowolony, nie cierpiący jest podejrzany. Fryderyk Nietzsche pisał, że chrześcijaństwo jest religią resentymentu: słabi ludzie głoszą kult słabości, żeby stłamsić silnych, pełnych ducha i życia, radości i harmonii. Kult słabości, bezradności, poddawania się zawsze bez walki, nadstawiania policzka, oto mizeria chrześcijaństwa, mówili.

Trudno wchodzić w merytoryczną dyskusję z tymi opiniami, bo są one niekiedy, w odniesieniu do niektórych bardzo prawdziwe, a w odniesieniu do innych zupełnie nie. Tak to jest z ogólnymi stwierdzeniami. Jednak czasami zastanawiam się nad tym czy my katolicy dobrze rozumiemy słowa Ewangelii, czy w pełni odkryliśmy ich sens?

Choćby tych dzisiejszych, o nienawiści do własnego życia. Czy Jezus rzeczywiście pragnie, abyśmy zawsze źle o sobie myśleli, zawsze za wszystko się winili? Przecież niektórzy z nas tak właśnie żyją. W ciągłym poczuciu winy. Czy Jezus chce, abyśmy żyli w ciągłym strachu przed grzechem, złem. Spotykam chrześcijan, którzy są udręczeni, jakby u kresu psychicznej odporności, obciążeni ciężarem poczucia własnej nicości.

A przecież zostaliśmy stworzeni na obraz Boży i podobieństwo. Zostaliśmy ochrzczeni, uwolnieni z grzechu pierworodnego, staliśmy się Bożymi dziećmi, przyjaciółmi Boga. Dlaczego nie potrafimy się z tego cieszyć, żyć pełnią życia wiedząc, że Bóg jest z nami?

Co więc oznaczają słowa o tym, że nie mamy kochać swojego życia, ale nienawidzić? Często pojawia się pokusa, by słowa Ewangelii przyjmować dosłownie. Tak jest czasami najwygodniej. Jezus powiedział takie słowa trzeba je więc wypełnić bez zastanowienia i a la lettre! Taka postawa może często prowadzić do opacznego rozumienia Dobrej Nowiny.

Gdyby dosłownie przyjąć słowa dzisiejszej Ewangelii można by pomyśleć, że Jezus namawia nas do nienawiści, do pogardy dla świata i do nas samych. I taką też postawę można zauważyć u niektórych ludzi. Mówię o tym nie dla budzenia sensacji, ale dlatego, ze tak wynika z mego doświadczenia.

Tymczasem nie taki jest sens nauk Chrystusa - czujemy to wyraźnie. Co wobec tego oznaczają Jego słowa. Co chce nam przekazać je wypowiadając?

Otóż, by zrozumieć Jego słowa trzeba pochylić się kontekstem historycznym i kulturowym tamtych czasów i ludzi. Syn Boży posłany do nas przez Boga, urodził się w konkretnej kulturze, mówił konkretnym językiem. Jezus stał się dla nas prawdziwym człowiekiem ? człowiekiem z krwi i kości mocno osadzonym w konkretnej historii sprzed 2000 lat. By zostać zrozumianym przez ludzi musiał się z nimi porozumiewać ich językiem i ich symbolami.

A więc pierwsza rzecz to sprawa temperamentu, kultury i języka jakim posługiwali się ludzie Wschodu. Zwroty w stylu: masz nienawidzić swoją matkę i ojca, odciąć sobie rękę a więc zwroty dosadne, przesadzone, ekspresyjne miały wskazywać na wielką wagę omawianej sprawy. Nikt nie przyjmował ich dosłownie. W tamtej kulturze często używano hiperboli, taka była stylistyka wypowiedzi i przemówień ? dzięki niej słuchacze czuli ekspresję i zapal mówcy.

Słowa o nienawiści do świata są rozwinięciem słów wcześniejszych: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze przynosi plon obfity.

Gdyby przyjrzeć się znaczeniu ziarna pszenicy to, jak mówią komentatorzy, ziarno pszenicy było, i jest, używane do dwóch rzeczy: do pieczenia chleba i do siewu. Ziarno przeznaczone na chleb, nie musi obumierać, by wydać owoc. Samo jest już owocem i jednorazowo można je spożyć jako chleb. I to właśnie ziarno pozostaje samo, nie wyda więcej owocu.

Natomiast ziarno przeznaczone na nasienie rzucone w ziemię obumiera, by móc kiełkować i wydać inne owoce. Obumieranie nie oznacza tutaj, że traci ono moc. Przeciwnie jego moc pomnaża się i wydaje inne ziarna. Jezus zwraca nam uwagę właśnie na te ziarna przeznaczone na siew. Swoją śmierć wiąże z naturalnym rytmem przyrody. W świecie istot żyjących obumieranie przynosi życie. W ten sposób chce, abyśmy zrozumieli znaczenie Jego śmierci. A może także śmierci w ogóle. Ziarno pozostaje samo, jeśli nie obumrze. Człowiek pozostanie sam, jeśli nie obumrze.

Obumieranie to część naszego życia. Rezygnacja z zajmowania się wyłącznie sobą, rezygnacja z pilnowania własnego interesu. To spojrzenie na drugiego człowieka, zdolność do zainteresowania się i zatroszczenia o bliźniego.

Człowiek żyjący wyłącznie dla siebie jest owocem do jednorazowej konsumpcji. Jest skoncentrowany na sobie i swoich sprawach. Przez ich pryzmat postrzega świat. Liczy się tylko on i za wszelką cenę chce uniknąć obumierania. Boi się go panicznie i całe jego życie jest ucieczką przed nim. Jeśli kocha, to tylko na chwilę, do momentu, w którym musiałby dać siebie ukochanej osobie, zrezygnować z części siebie, częściowo obumrzeć. Powodowany jednak lękiem o siebie i swoje interesy wybiera ucieczkę. I tak toczy się jego życie, często pełne pretensji do Boga i świata.

To w tym kontekście Jezus mówi o nienawiści do siebie. Jezus chce nam powiedzieć, że takie nadmierne rozkochanie w samym sobie to marnowanie życia. Koncentrując się wyłącznie na sobie nie żyjemy w pełni. Obumieranie, czyli jak to jest wyrażone w dzisiejszej Ewangelii ?nienawiść do siebie? to część życia. Ale ono wydaje plon! Budzi do życia, daje radość. Życie ofiarne nie musi być wcale smutne i cierpiętnicze jak widział chrześcijan Nietzsche.

Ono może być ujawnieniem się bogactwa i pełni życia człowieka, jego siły i żywotności. Siły serca i ducha. To życie będące przelewaniem się nadmiaru życia, rozlewaniem miłości na innych. I jeśli mamy umierać, ustępować, to nie dlatego, że na nic więcej nas nie stać. Ale ze względu na miłość, która rodzi się w sercu człowieka, by wydać owoc.

Pięknie o takiej nienawiści do siebie czy też o wychodzeniu z siebie mówił wybitny kaznodzieja dominikański Mistrz Eckhart: "Gdzie kończy się stworzenie, tam zaczyna się Bóg. Otóż on nie wymaga od ciebie nic więcej, ponad to żebyś wyszedł z siebie... (według Twojej stworzoności) i pozwolił Jemu być w tobie Bogiem". Mamy pozwolić Bogu by był w nas Bogiem.

W życiu bywa różnie z tym wprowadzaniem w czyn słów Jezusa. Starajmy się jednak stale czujnie zgłębiać prawdę Ewangelii. Czasami oznaczać to będzie odsłanianie w sobie fałszu czy udawania. Bardzo wiele własnych wad, lenistwa, niechęci do pracy nad sobą czy namiętności ukrywamy za woalem racjonalności czy nawet pobożności.

Ciągle więc trzeba nam na nowo odkrywać słowa Jezusa. Zbyt często bowiem zniekształcamy ich znaczenie. Ale może dlatego tak fascynujące jest to poszukiwanie? Tak fascynujące jest bycie uczniem Jezusa Chrystusa.

Marzec 2003

23 marca 2003

J 2, 13-25
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. 14W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. 15Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. 16Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: "Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!" 17Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. 18W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: "Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?" 19Jezus dał im taką odpowiedź: "Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo". 20Powiedzieli do Niego Żydzi: "Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?" 21On zaś mówił o świątyni swego ciała. 22Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. 23Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił. 24Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał 25i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje.

Zastanówmy się co tak naprawdę poruszyło Jezusa do tak gwałtownej reakcji wypędzenia kupców z krużganka świątynnego. Przecież wierzący żydzi, zgodnie z prawem mieli obowiązek składać ofiary. Przybywali z daleka i dlaczego nie mieliby kupić zwierząt na miejscu. Zwłaszcza baranki i gołębie były konieczne jako ofiary składane przez lud. Bankierzy też byli potrzebni, bo ludzie przybywający z różnych stron, często nie mieli pieniędzy na zakup zwierząt ofiarnych. Im to właśnie bankierzy udzielali pożyczek. To wszystko wydaje się było rozsądnie zorganizowane.

Co więc spowodowało taką reakcję Jezusa?

Okazuje się, że taka dobra organizacja życia religijnego doprowadziła do czegoś zupełnie przeciwnego, aniżeli składanie czci Bogu. Jezus mówi, że dom Jego Ojca stał się targowiskiem. To, co miało być miejscem kultu Boga najwyższego, stało się przedsiębiorstwem handlowo-usługowym.

Zastanówmy się więc czym jest miejsce święte, miejsce obecności Boga, oraz jaki sens ma oddawanie czci Bogu jedynemu, i że nie sposób połączyć go handlem.

Tomasz Akwinu komentując ten fragment Ewangelii Jana pisze, że to chciwość zabija w człowieku poczucie świętości. Mówi, że diabeł chcąc zniszczyć w człowieku świadomość Bożej obecności odwołuje się najpierw do chciwości. To jego główna broń.

Być może warto w ten sposób pomyśleć o naszej zachodniej cywilizacji, gdzie odniesienie do tego, co święte zostało po części zapomniane? Być może pośród wielu przemian na to wpływających jest także ludzka chciwość, która z wszystkiego robi przedmiot handlu?

W Kościele od wieków zwalczano symonię, czyli handlowanie dobrami duchowymi, kupowanie odpustów, opłaty za udzielanie sakramentów itp. Tomasz z Akwinu pisze, że woły, owce i gołębie, jakie kupcy sprzedawali w świątyni są symbolami duchowych darów obecnych w Kościele. I dlatego nie wolno nimi handlować.

Dziś zapewne w kwestii kupowania darów duchowych jest jeszcze wiele do zrobienia. Prawo kościelne mówi, że nie powinno być nawet pozorów kupowania sakramentów. Oczywiście pod pierwszy ogień krytyki podpadają tutaj przede wszystkim zwyczaje duchownych, bo to oni są szafarzami sakramentów. Jednak nie należy zapominać, iż owych pozorów handlu nie powinno być także od strony korzystających sakramentów. A tradycje lokalne zwyciężają ? i to na całym świecie! Płacę więc wymagam ? ze strony świeckich, a ze strony duchownych: kosztorysy, tabele opłat bez możliwości rabatów itd. Wszyscy to znamy. Tyle o Kościele.

A jak wygląda nasz świat, gdzie wszystko jest na sprzedaż? Czasami my też przypominamy kupców, którzy zapomnieli o sensie swego bycia w świątyni i obecności Bożej koncentrując całą swoją uwagę na handlu. Na sprzedawaniu wszystkiego za co tylko można osiągnąć jakąś zapłatę.

Tak to jest, że pogrążeni w iluzji konsumpcyjnego raju sami redukujemy swoją wolność, swoje bogactwo życia. Wmawiamy sobie, ze szczęśliwsi są ci, którzy mogą więcej kupić. I kupujemy coraz więcej. Nasza praca zaczyna powoli zastępować nasze życie, rodzinę, przyjaźń. Staje się celem samym w sobie, pochłania nas zupełnie. A w zamian otrzymujemy coraz większe uczestnictwo w ?konsumpcyjnym raju?. To staje się jak narkotyk, bez którego nie możemy żyć.

Muszę jeszcze kupić najnowszy telewizor kolorowy, ten z cienkim ekranem! Mamy za małe mieszkanie! Będziemy mogli żyć naprawdę, jak przeprowadzimy się do większego! Albo: Musze zdobyć kolejny stopień naukowy, wtedy dopiero otworzą się dla mnie perspektywy dalszej kariery!

Wiadomo oczywiście, że wszystkie te potrzeby same w sobie są naturalne. Trzeba starać się żyć w jak najlepszych warunkach. Problem jednak w tym, że angażując wszystko czym jesteśmy do zdobycia tych dóbr zapominamy o naszych najgłębszych pragnieniach: o miłości i przyjaźni, o wychowywaniu dzieci, przez częstą obecność z nimi, o potrzebie uczestniczenia w naszej społeczności, w jej kształtowaniu.

Zachowujemy się tak jakby kolorowy telewizor lub nowy samochód miał nam zastąpić przyjaźń czy szacunek otoczenia. Szkoda nam czasu na rozmowę z żoną, z dziećmi.

Porozmawiamy później, jak skończę kolejny projekt i przeprowadzimy się do nowego domu! I tak pomału odzwyczajamy się od życia rodzinnego, od bezinteresownej przyjaźni i miłości, od rozmowy z bliskimi. Praca, która miała być jedynie środkiem staje się celem.

W tym wszystkim ginie w nas poczucie świętości rozumianej jako świadomość obecności Boga. Nie dostrzegamy Go w nas, ani w naszych bliskich. A gdy przychodzą niepowodzenia skarżymy się, że Bóg nas opuścił.

Nasze relacje z Bogiem, jeśli nie odrzucimy Go zupełnie, też zaczynają przybierać charakter "handlowy". Dam na mszę św., zapłacę za modlitwy w mojej intencji i sprawa wydaje się załatwiona.

Nie potrafimy już działać bezinteresownie i o to samo oskarżamy Boga. Nie możemy sobie wyobrazić, że On nas kocha swą ojcowską miłością, bez względu na wszystko. Ze On jest obecny w nas, tylko my wyczerpani gonitwą za sukcesem i luksusem nie zauważamy Go.

Tak właśnie bywa w sytuacjach, gdzie nie umiemy działać bezinteresownie, robić coś bez odpłaty, bez zysku. Gdy interesowność ogarnia całego człowieka, człowiek w niej gubi siebie i zatraca. Traci panowanie nad swoim życiem. Zostaje ubezwłasnowolniony. Ciągle oczekuje zapłaty i jej wszystko podporządkowuje ? całe swoje życie. Liczy się tylko pieniądz, luksus, sukces i kariera.

Możemy sobie wyobrazić, że właśnie w takiej sytuacji zjawił się w świątyni Jezus. Przypomniał kupcom, że świątynia jest domem Bożym, miejscem, w którym obecny jest Bóg. Bóg bezinteresowny i kochający nas bez względu na wszystko, również bez względu na ofiary, które Mu składamy.

Historia powtarza się. Jezus upomniał kupców 2000 lat temu i upomina nas dzisiaj. Jak bowiem pisze św. Jan Ewangelista: Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje.

Dzisiejsza Ewangelia skłania nas, byśmy na chwile zatrzymali się w naszej gonitwie. Byśmy rozważyli jej słowa, zastanawiając się nad sensem naszego życia. Co w nim jest najważniejsze? Byśmy szczerze przeanalizowali, czy żyjemy naprawdę ? czy bezinteresowna miłość i przyjaźń mają dla nas wartość, czy potrafimy jej się poświęcić, jej poświecić nasz cenny czas.

Niech ta chwila zadumy pozwoli nam odkryć nasze zagubienie, niech skieruje nas na dobrą drogę. Drogę do odkrycia w nas bezinteresownej miłości, do prawdy i piękna. A wtedy też dostrzeżemy, że w naszych sercach mieszka Bóg.

2 marca 2003

Mk 2, 18-22
Uczniowie Jana i faryzeusze mieli właśnie post. Przyszli więc do Niego i pytali: Dlaczego uczniowie Jana i uczniowie faryzeuszów poszczą, a Twoi uczniowie nie poszczą? 19 Jezus im odpowiedział: Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? Nie mogą pościć, jak długo pana młodego mają u siebie. 20 Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w ów dzień, będą pościć. 21 Nikt nie przyszywa łaty z surowego sukna do starego ubrania. W przeciwnym razie nowa łata obrywa jeszcze [część] ze starego ubrania i robi się gorsze przedarcie. 22 Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków. W przeciwnym razie wino rozerwie bukłaki; i wino przepadnie, i bukłaki. Lecz młode wino [należy wlewać] do nowych bukłaków.

Nauka Jezusa z dzisiejszej Ewangelii skłania nas do zastanowienia się nad naszymi zwyczajami i przyzwyczajeniami. Bardzo je lubimy. Przyzwyczailiśmy się do nich i nie chcemy ich zmieniać. Faryzeusze pytają Jezusa dlaczego nie pości. Nie zastanawiają się nad przyczyną zachowania Jezusa i jego uczniów. Wprawdzie zadają pytanie, ale jest to raczej zabieg retoryczny. Oni nie czekają na odpowiedź.

Możemy sobie wyobrazić ich oburzenie i ich szemranie: Jak śmie nie zachowywać postu i jeszcze buntować innych, ani nas ani Boga nie szanuje! Faryzeusze nie wahają się surowo osądzić takiego zachowania. Przecież postu trzeba zachowywać i to bez względu na okoliczności. Pościli ich ojcowie i dziadkowie! Faryzeusze wiedzą, że JAK MA BYĆ.

Nie zauważyli, że od kiedy przyszedł Jezus świat się zmienił. Nie słuchają Jego nauk, nie przyjmują do wiadomości, że jest Mesjaszem, który przyszedł zbawić świat. Trwają w swoich przekonaniach, zamknięci na świat, w obawie przed zmianami i utratą władzy.

Nam też często to się zdarza. Trwamy w stereotypach i zwyczajach. Nie widzimy, że świat wokół nas się zmienia, nie umiemy czy też nie chcemy odczytywać znaków czasu. Wolimy raczej rozpamiętywać przeszłość i rozpaczać, że już nie wróci. Trwamy zawieszeni w tym co było zamiast patrzeć na świat taki jaki jest i kształtować go z ufnością. Kurczowo trzymamy się tego, co znamy, a każda zmiana budzi w nas lęk. Taką samą postawę często zachowujemy wobec Ewangelii ? słuchamy w czasie niedzielnej Mszy egzotycznych słów i pewnie nie raz umyka nam sens jej nowości.

Tymczasem Ewangelia jest żywym słowem Boga skierowanym także do nas. Ewangelii nie można traktować jako czcigodnego, lecz niezrozumiałego dla dzisiejszego człowieka obrzędu. To prawda, że nauka Jezusa była nowością w stosunku do zwyczajów i obrzędów judaizmu pierwszego wieku. Ale była także nowością dla wszystkich chrześcijan w ciągu wieków i jest ciągle nowością dla nas. Ewangelia wymaga ciągłego odczytywania na nowo, odkrywania ukrytego w niej znaczenia. A to niewątpliwie wymaga od nas wysiłku.

Jak więc należy rozumieć słowa dzisiejszej Ewangelii? Czy Jezus zachęca nas do rewolucyjnej kontestacji starych obyczajów? Pewnej wskazówki udziela nam tekst Listu do Koryntian, w którym czytamy: ?On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia.

Nie po raz pierwszy Jezus pokazuje nam, że bezduszne przestrzeganie litery Prawa może zabić. Słowo bezduszne oznacza tutaj ?bez Ducha?. Jezus uczy nas by literę prawa wypełniać duchem miłości ? litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia.

Jezus nie namawia nas więc do odrzucenia wszelkich obyczajów i tradycji. Uczy nas natomiast patrzenia z miłością na ludzi i świat i dokonywania każdorazowo słusznego wyboru. Wyboru dyktowanego miłością. Wyboru, który wymaga ciągłej refleksji - dopasowywania młodego wina do odpowiednich bukłaków.

By móc tego dokonać musimy ciągle siebie przekraczać, kroczyć drogą wyznaczoną przez Jezusa. I to jest ta nowość Ewangelii. Ciągle aktualne są słowa Boga skierowanego do nas ludzi przełomu XXI wieków, aktywnych uczestników społeczeństwa konsumpcyjnego.

Jezus zachęca nas byśmy dostrzegli wokół siebie innych ludzi; tak jak my żyjących i czujących. Byśmy umieli na nich patrzeć tym ciągle świeżym, pełnych miłości spojrzeniem. Byśmy nie postrzegali ich jedynie przez pryzmat utrwalonych obyczajów, stereotypów i opinii.

Emanuel Levinas, wielki XX wieczny filozof religijny mówił, że trzeba starać się dojrzeć ludzką twarz. Spojrzeć na nią i dostrzec jej bezbronność. Usłyszeć jak mówi: nie krzywdź mnie! To właśnie ta twarz drugiej osoby staje się dla nas wyzwaniem etycznym.

Nowość Ewangelii polega także na tym, że Jezus na swoich uczniów wybrał zwykłych ludzi, takich jak my grzeszników. Ewangelia jest opisem ludzkiego życia. Życia pełnego dobra i zła, życia pełnego zmagań człowieka ze swoimi słabościami i ułomnościami. Jezus towarzyszy nam swymi naukami wskazując najlepszą drogę do celu. Droga, którą kroczymy przez życie czasami jest prosta i bezpieczna a czasami wąska, i kręta, wokół której czyhają niebezpieczeństwa. Można iść nią świadomie, z podniesionym czołem zmagać się z przeciwnościami, obserwując i podziwiając świat wokół nas.

Można też iść na oślep, jak skazańcy - z zamkniętymi oczami, nie zauważając nikogo i nic wokół nas. Koncentrując się na tym, co już było, rozpamiętując przeszłość, która nie wróci lub złorzecząc wszystkim wkoło, za to co nas spotyka.v

Tak jak Jezus towarzyszył swoim uczniom ? tak i nam w tej naszej drodze towarzyszy Bóg. Często jednak przejęci swoimi sprawami nie zauważamy Go. Jak faryzeusze, którzy nie zauważyli przyjścia Mesjasza.

Spróbujmy więc jakby na chwilę zatrzymać się. Otwórzmy oczy, spójrzmy wkoło i zobaczmy świat takim jaki jest dziś. Zobaczmy twarze innych ludzi. Odkryjemy wtedy także, że Bóg jest w nas. Mieszka w naszych sercach i w sercach otaczających nas ludzi. I wtedy napełnieni Jego miłością będziemy mogli z ufnością dalej kroczyć naszą drogą i kształtować świat, w którym żyjemy zgodnie z Bożym zamysłem.

Luty 2003

8 luty 2003

Mk 1, 29-39
Zaraz po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. 30Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. 31On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. 32Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; 33i całe miasto było zebrane u drzwi. 34Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. 35Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. 36Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami, 37a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: "Wszyscy Cię szukają". 38Lecz On rzekł do nich: "Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem". 39I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Każdy z nas ma tendencję do tego, by czynić ludzi na swój własny obraz i podobieństwo. Chcemy być trochę jak Bóg. To, co widzimy, ma się stać: ma być tak jak myślimy, że jest. Patrzymy więc na innych poprzez pryzmat własnych oczekiwań i przekonań. Dostrzegamy w drugim człowieku to, co nas jakoś porusza, co nas interesuje. Dostrzegamy to, co nas drażni, a jeśli drażni mocno, to już tylko to widzimy.

Jednym z naszych ludzkich ograniczeń, przed którym trudno uciec jest to, co psychologowie nazywają przeniesieniem, lub projekcją. W drugim człowieku widzimy to, co jest w nas. Jeśli drażni nas jakaś cecha czy postawa drugiego człowieka to prawdopodobnie dlatego, że mamy ją w sobie. Drugi człowiek odsłania w nas to, co - choć ukryte i niechciane - przecież jest obecne.

O takich uwarunkowaniach ludzkiego rozumienia siebie i innych ludzi piszą dużo filozofowie hermeneuci. Mówią oni, że wcześniejsza wiedza człowieka, jego przedzałożenia wpływają na to, jak poznajemy rzeczy nowe.

Tak też jest w lekturze Ewangelii. To, co już wiemy o Jezusie to są jakby okulary, a często też krzywe zwierciadło, przez które patrzymy na Niego. Wcale to nie musi być prawda, a jedynie cząstkowy, zniekształcony przez naszą wiedzę i niewiedzę obraz. Jednak hermeneuci powiedzą, że tych okularów zdjąć nie można. Każdy człowiek zawsze jest zatopiony w jakimś procesie rozumienia i interpretacji.

Cóż więc można zrobić? Otóż, można się przyjrzeć tym okularom, przez które patrzymy na świat. Zobaczyć jak różnie możemy rozumieć i odbierać słowa i czyny Jezusa, gdy uwzględnimy nasze przekonania lub z nich zrezygnujemy, albo też zdobędziemy nową wiedzę i nowe doświadczenia.

Ewangelia jest więc słowem które wymaga ciągle na nowo odkrywania. Tak jak drugi człowiek jest kimś, kto wymaga poznawania na nowo. Przyjrzyjmy się z bliska Jezusowi z dzisiejszej Ewangelii. Chciałbym zwłaszcza zwrócić uwagę na ludzki świat, w którym Jezus był zadomowiony.

Marek pisze: Chodził po Galilei nauczając w synagogach i wyrzucając złe duchy.

Kim był Jezus? Był rabinem. Wędrownym nauczycielem. Przyjmowali go w synagogach. Nikt nie kwestionował tego, że jest żydowskim nauczycielem. Pozwalali mu przemawiać. Był jednym z licznych nauczycieli. Był jednak także kimś nadzwyczajnym, bo byli świadkowie, którzy mówili, że on nie tylko uczył, ale także miał władzę uzdrawiania, uwalniania od złego ducha.

Pamiętajmy więc, że Jezus w swej działalności i życiu był cząstką społeczności żydowskiej pierwszego wieku. Był wykształcony i wychowany w świecie ówczesnej religii. Tak myślał i tak uczył, jak nauczył się wcześniej u swoich mistrzów.

Jezus chodził po Galilei. A Galilea to Jego rodzinny kraj, tam było miasto w którym dorastał Nazaret. Co ciekawe w Galilei mówiono własnym dialektem, łatwo więc było ich rozpoznać po akcencie.

Galilea jednak oznacza także miejsce religijnego marginesu. Koła żydowskie wierne Prawu patrzyły na Galilejczyków z pogardą. Dlatego, że ludność, która tam mieszkała kiedyś kilka wieków wcześniej wymieszała się z poganami. To budziło niechęć i poczucie wyższości.

Jezus jednak tam przebywał najdłużej, tam najwięcej nauczał. Najbardziej upodobał sobie Kafarnaum, miasto na północnym brzegu jeziora Galilejskiego. Mówiono, że to jest miasto Jezusa. Zadomowił się pośród tych, których oficjalna religia uznawała gorszych, conajmniej niegodnych rozmowy.

Jezus nauczał, ale ukazywał również swoją moc. Spójrzmy jak uzdrowił teściową Szymona - podszedł do niej, wziął ją za rękę i podniósł. To prosty, zwyczajny, przyjacielski gest. Tak jakby sama Jego obecność wybawiała od zła, od choroby.

Czytamy w związku z tym w dzisiejszej Ewangelii: Lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały kim On jest.

Bibliści nie raz zastanawiali się dlaczego Jezus zabrania mówić o swoich cudach, o tym Kim jest. W wielu fragmentach Ewangelii Jezus nalega, by uzdrowieni milczeli. Może nie chciał by prawda o Nim wyszła na jaw przedwcześnie. Może nie chciał, by potraktowano Go jako cudotwórcę, dobrodzieja, który rozmnaża chleb, chodzi po falach i znosi choroby.

Nakazując milczenie zdaje się do nich mówić: "Jeszcze mnie nie znacie. Jestem inny niż myślicie. Stanie się jeszcze coś takiego, czego nikt nie przypuszcza. Dopiero wtedy zrozumiecie kim jestem". Dlatego też w opowieści o Przemienieniu Jezus mówi do uczniów, by nie rozpowiadali o tym co widzieli, dopóki Syn Człowieczy nie powstanie z martwych.

Posłuchajmy jeszcze innych słów dzisiejszej Ewangelii: Nad ranem [Jezus], kiedy było jeszcze ciemno wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił.

Powiada się niekiedy, że naszym obowiązkiem jako chrześcijanin jest naśladowanie Jezusa. Jeślibyśmy więc w kategoriach wypełniania obowiązku chcieli przeczytać te słowa Ewangelii, oznaczałby one, że mamy przynajmniej od czasu do czasu wstawać przed świtem i modlić się.

Taki byłby sens moralny tego tekstu. Jednak teksty Ewangelii mają więcej znaczeń. Tomasz z Akwinu na przykład wymienia aż cztery. I ważne jest, żeby odkrycie jednego sensu nie zasłaniało innych. Trzeba więc uwagi, by móc odczytać jak najwięcej.

Otóż Jezus wstał przed świtem by pójść się modlić, bo był człowiekiem, którego nurtują pytania, problemy, myśli, o których chciał rozmawiać z Bogiem. To dlatego obudził się rano i poszedł na pustynię. Chciał być sam. Sam, by w ciszy móc rozważyć to, co nosił w sobie. Myślę, że Jego modlitwa wypływała prosto z serca i nie chodziło tu bynajmniej o proste spełnienie obowiązku.

Co jednak robić ma człowiek, gdy w jego sercu jest pustka i brak jakiejkolwiek potrzeby modlitwy? Może powinien po prostu na chwilę się zatrzymać! Może powinien przyjrzeć się sobie, swojemu myśleniu. Zobaczyć, jakie są te okulary, przez które patrzy na świat. Może powinien wyjść na pustynię

Pustynia ma znaczenie symboliczne. Oznacza miejsce, w którym świat niknie. Różnorodność, bogactwo, hałaśliwość bytu milknie. Zanikają kontury rzeczy i pozostaje pustka, która zabija, lub otwiera duszę człowieka na świat inny, odmienny, ten ukryty za zasłoną bytu. To, co ważne nie jest krzykliwe. To, co najważniejsze skrywa się. Dlatego potrzeba nam niekiedy ukrycia i cofnięcia się, choćby na chwilę, aby przemówiło do nas Słowo, aby przymówiła do nas tajemnica świata.

Może trzeba nam czasami postawić sobie pytanie: Dlaczego właściwie się modlę? Owszem, obowiązkowość i solidność to ważne elementy życia. Ale przecież to nie całe życie. W przyjaźni także w przyjaźni z Bogiem nie sposób obejść się bez rzetelności i ofiarności wobec siebie. Ale przecież to nie jest jeszcze przyjaźń. Także niewolnicy muszą być rzetelni, także pracownicy muszą być obowiązkowi, a przyjaźni tam być nie musi.

Dlaczego staję do modlitwy? Dlaczego do niej nie staję? Może warto spojrzeć szczerze w swoje wnętrze. Czemu ona służy w moim życiu?

Gdybyśmy chcieli spojrzeć na przykład Jezusa, to pamiętajmy, że On miał wiele spraw, pytań i kwestii, które chciał rozważyć, o których chciał rozmawiać z Bogiem. To wydaje mi się najlepszy ? wyzwalający ? wzór modlitwy człowieka do Boga.

Życie człowieka ma wiele wymiarów i jest bogate w wiele różnych wartości. Modlitwa, rozmowa z Bogiem, zgłębianie tajemnicy życia jest jedną z nich.

Takie niezwykłe bogactwo życia w jego różnorodności możemy dostrzec w Jezusie, proroku, nauczycielu, ale także przyjacielu i towarzyszu drogi. Naśladujmy Go więc może w tym. Bo On ? choć był prawdziwym Bogiem ? to także był prawdziwym wspaniałym człowiekiem. A my przecież idziemy do Boga drogą, którą jest nasze człowieczeństwo. Im pełniej stajemy się ludźmi, tym bliżej nam do Jezusa, i tym bliżej nam do Boga.

Styczeń 2003

19 stycznia 2003

J 1, 35-42
Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami 36 i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: "Oto Baranek Boży". 37 Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. 38 Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: "Czego szukacie?" Oni powiedzieli do Niego: "Rabbi! - to znaczy: Nauczycielu - gdzie mieszkasz?" 39 Odpowiedział im: "Chodźcie, a zobaczycie". Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. 40 Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. 41 Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: "Znaleźliśmy Mesjasza" - to znaczy: Chrystusa. 42 I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: "Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas" - to znaczy: Piotr.

W dzisiejszej Ewangelii znajdujemy opis pierwszego spotkania Jezusa z uczniami: Andrzejem, jego bratem Piotrem i jeszcze innym, nie nazwanym z imienia uczniem. Spójrzmy uważnie na tę scenę i postarajmy się zrozumieć, w jaki sposób Jezus powołał swoich uczniów. W jaki sposób powołuje także nas.

Czytamy więc najpierw tak: Nazajutrz Jan stał w tym miejscu.

Ewangelista zwraca naszą uwagę na różnicę w sposobie głoszenia Jana Chrzciciela i Jezusa. Jezus, a potem jego uczniowie, nauczali wędrując, przemierzając świat. Tymczasem Jan trwał zawsze w jednym miejscu, nad rzeką Jordan. Jan Chrzciciel naucza wszystkich, którzy przychodzą do niego na rzekę. Jezus z uczniami wychodzi do ludzi, idzie na spotkanie z nimi tam, gdzie oni są - do ich miasteczek, do ich domów. Św. Tomasz z Akwinu podkreśla w swoim komentarzu do Ewangelii Jana, że fakt trwania w jednym miejscu oznacza tutaj zakończenie misji Jana Chrzciciela. Stać w miejscu oznacza zakończyć się. Z chwilą nadejścia Jezusa misja Jana znajduje swój kres i zwięczenie.

Uczniowie widząc Jezusa i słysząc słowa: Oto Baranek Boży, idą za Nim. Baranek Boży oznacza tego, w którym jest łaska i moc oczyszczająca z grzechów. Warto pamiętać, że w tamtych czasach baranki były składane w świątyni w Jerozolimie w ofierze za grzechy.

Tak więc uczniowie, którzy słyszeli o Jezusie wyruszają za Nim, by Go poznać. A Jezus wiedząc, ze za Nim idą obraca się. Obraca się, by mogli zobaczyć jego twarz.

Następnie Jezus bada ich intencje tak jakby chciał poznać motywy ich postępowania. Pyta: Czego szukacie? Jest to pierwsze zdanie wypowiedziane przez Chrystusa w tej Ewangelii. Jak podkreśla św. Tomasz zdanie to ma ogromne znaczenie i wskazuje, że Bóg szuka w nas przede wszystkim naszych intencji - czy są one prawe czy nie.

Uczniowie odpowiadają na to: Nauczycielu, gdzie mieszkasz?

Fakt nazwania Go nauczycielem daje wyraźnie do zrozumienia, że chcą, by Jezus ich uczył. Jednak najpierw chcą Go bliżej poznać. Świadczy o tym postawione pytanie: Gdzie mieszkasz? to jedno z ważnych pytań, jakie ludzie stawiają sobie w życiu. W warstwie symbolicznej gdzie mieszkasz oznacza: skąd jesteś, gdzie jest twój dom? Jaki świat reprezentujesz?

I na to pytanie Jezus odpowiada: Przyjdźcie i zobaczcie.

Dla mnie właśnie to zdanie najpełniej wyraża sposób powoływania nas przez Jezusa. Jezus nie odpowiada uczniom, że mieszka tam a tam. Nie chce by wierzyli mu na słowo i zaspokoili się jedynie opisem mieszkania. Jezus chce byśmy z własnej woli pragnąc Go poznać, przyszli i zobaczyli na własne oczy Jego mieszkanie. Boga nie możemy bowiem poznać inaczej jak przez doświadczenie. Jedynie doświadczając samemu Jego obecności i Jego łaski w naszym życiu zbliżamy się do Niego. I żadne słowa nie są w stanie tego wyrazić!

Tak więc uczniowie poszli i zobaczyli i zostali u Niego tego dnia: Było zaś koło godziny dziesiątej.

Jan Ewangelista często podkreśla w swoich tekstach pewne szczegóły, których znaczenia zwykle nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Tu na przykład zwraca naszą uwagę na fakt, iż była godzina dziesiąta. Co chce nam przez to powiedzieć, jakie to ma znaczenie dla rozumienia tego pierwszego spotkania Jezusa z uczniami?

Otóż trzeba wiedzieć, że wtedy w Izraelu czas i godziny liczono zupełnie inaczej. Liczono je począwszy od wschodu słońca. Godzina dziesiąta była więc godziną, w której zapadał już zmierzch. Była to także pora spożywania posiłku. Tak więc Ewangelista zaznaczając w tekście godzinę chce prawdopodobnie podkreślić zapał i zaangażowanie uczniów w naukę Chrystusa. Pozostali u Niego mimo późnej pory i mimo iż była już pora posiłku. Ani brak jedzenia ani zmęczenie nie przeszkodziło im rozmawiać z Nauczycielem.

Możemy sobie wyobrazić jak interesująca była ta rozmowa. Nam również zdarza się (szkoda, że coraz rzadziej) spotykać kogoś, kogo pragniemy poznać. Ten ktoś pociąga nas swoim sposobem bycia, swoim myśleniem. Chcemy go poznać jak najbliżej, chcemy z nim być. Rozmawiamy, wymieniamy opinie i doświadczenia. Opowiadamy sobie o wszystkim i wydaje nam się, że czas stanął w miejscu. Przestajemy zwracać uwagę na otoczenie.

Jesteśmy pochłonięci pragnieniem poznania tej drugiej osoby. I tak często rodzi się przyjaźń i miłość. Jak zauważył św. Tomasz z Akwinu, mówiąc po łacinie: nihil volitium nisi praecognitum, co oznacza, że niczego nie pragniemy, jeśli tego nie poznaliśmy. A kochamy tylko to, co najpierw mogliśmy poznać. Poznanie bowiem poprzedza prawdziwą miłość. Nie możemy kogoś kochać naprawdę nie dążąc do poznania go, do zobaczenia i przyjęcia do wiadomości, jaki jest naprawdę. Tak też rodziła się przyjaźń uczniów i Jezusa: w wolności i w dążeniu do zrozumienia się wzajemnie.

Uczniowie uwierzyli w słowa Jezusa, nawrócili się. Ich serca napełniła miłość i nadzieja. Nawrócony Andrzej chciał podzielić się nabytym skarbem i pobiegł do swego brata Szymona. I przyprowadził go do Jezusa. Św. Tomasz zwraca uwagę na to, że Andrzej przyprowadził Szymona do Jezusa. Nie starał się sam przekazać bratu naukę Jezusa, lecz przyprowadził go do Nauczyciela, by On sam go pouczył.

Według Tomasza Ewangelista pragnie nas zachęcić, byśmy i my postępowali według tego wzoru. Nasze głoszenie prawdy o Jezusie ma prowadzić do Niego samego, ma pomagać ludziom odnajdywać drogę do Boga. Nie może natomiast pod żadnym pozorem przemieniać się w cześć dla samego głosiciela Ewangelii, ani też jemu samemu przynosić korzyści. Myślę, że ta uwaga jest ciągle aktualna. Oczywiście przede wszystkim w odniesieniu do nas księży i zakonników, ale także szerzej w odniesieniu do wszystkich chrześcijan.

I wreszcie Jezus widząc Szymona rozpoznaje go. Mówi: Ty jesteś Szymon syn Jana. Ty będziesz nazwany Kefas to znaczy Piotr.

Jezus zwraca się do Szymona po imieniu. Mało tego, zmienia jego imię. Imię wiąże się zawsze ze szczególną tajemnicą. Wyraża ono pewną łaskę, którą został obdarzony jego właściciel, albo też określa zadanie, które ma on do spełnienia.

Szymon oznacza posłuszny. Jednak w momencie spotkania z Jezusem, w momencie swego nawrócenia Szymon otrzymuje nowe imię: Piotr, co oznacza skałę. Od tego momentu Szymon rozpoczyna nowe życie, staje się jakby kimś innym. I tę zmianę symbolizuje właśnie nowe imię. Nadając je Jezus wskazuje Piotrowi zadanie, rolę, jaką Piotr ma spełnić w swym życiu. Ma on stać się skałą, czyli oparciem, fundamentem dla Kościoła Chrystusowego.

Tak więc - podsumowując - powołanie przez Jezusa jest niejako powołaniem podwójnym. Po pierwsze Jezus powołuje nas do poznania Go i do przyjaźni z Nim. Po drugie, wezwani jesteśmy do apostolstwa, do tego by stać się oparciem dla Kościoła Chrystusowego na ziemi. Głosić Ewangelię pomagając innym odnaleźć drogę do Boga.

5 stycznia 2003

J 1, 1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. 2Ono było na początku u Boga. 3Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. 4W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, 5a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. 6Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. 7Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. 8Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości. 9Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. 10Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. 11Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. 12Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - 13którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. 14A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. 15Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: "Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie". 16Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. 17Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. 18Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył.

Chciałbym zwrócić uwagę dzisiaj na jedno zdanie z przeczytanej przed chwilą Pieśni o Słowie z Ewangelii Jana.

Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa.

Rzeczą prawa zakazywać i nakazywać. Prawo ma bowiem regulować stosunki społeczne. Ma wyznaczać normy postępowania dla pojedynczych ludzi i dla całych społeczności.

W różnych kulturach, wspólnotach ludzkich, od zarania dziejów, spotykamy takie nakazy i zakazy. I ludzie z tych różnych wspólnot i kultur, muszę się tym poleceniom podporządkowywać.

Chrześcijanie i żydzi mają wspólne prawo. Wierzymy, że Bóg jest autorem tego prawa. To właśnie jest prawo nadane przez Mojżesza. Spisane w Starym Testamencie. Jest ono takim zbiorem nakazów i zakazów, a także nagród i kar czekających, na tych, którzy je będą zachowywać lub łamać.

W dzisiejszej Ewangelii Św. Jan pokazuje jakby dwa etapy odsłaniania się Boga człowiekowi. I w pierwszej swej odsłonie Bóg pojawia się właśnie jako wydający polecenia.

Było tak pewnie w historii Izraela. Ale - niewątpliwie - jest tak w osobistej historii życia każdego z nas. Obraz Boga w nas niezaprzeczalnie pojawia się najpierw jako obraz tego, który wydaje nakazy i zakazy. Bóg jest takim wielkim pierwszym prawodawcą. Winniśmy Mu posłuszeństwo, za które nas wynagrodzi, a za ewentualne nieposłuszeństwo, zostaniemy niechybnie ukarani.

To jednak jest tylko pierwsza odsłona. To nie wszystko, co o Bogu możemy powiedzieć. Co więcej jeśli tylko to możemy o Nim powiedzieć, to możemy z całą pewnością powiedzieć, że go nie znamy. Zresztą już Izrael w Starym Testamencie znał Boga innego, aniżeli tylko prawodawcę i egzekutora prawa.

A w Jezusie ta prawda o innym obliczu Boga stała się dla nas rzeczywistością. Dzięki Jezusowi łaska i prawda się dzieją w życiu człowieka. Ewangelista Jan mówi: Łaska i prawda stały się przez Jezusa Chrystusa. Jezus jest tym, który swym życiem czyni prawdę, sprawia, że ona jest przed nami obecna.

Mamy więc dwie odsłony, jakby dwa oblicza tego samego Boga. Które jest prawdziwe?

Z pewnością żadne nie jest prawdziwe w oddzieleniu od drugiego. Trzeba jednak pamiętać, że od naszej wrażliwości zależy, na który z tych obrazów jesteśmy bardziej wyczuleni.

Otóż niewątpliwie Bóg prawodawca i administrator jest obrazem bardziej dobitnym i przerysowanym w naszej duchowej tradycji. Wiele się na to przyczyn złożyło. Obowiązki Kościoła w organizowaniu społeczeństwa, administrowania życiem ludzi, walki o doczesną władzę i wpływy, a co za tym idzie, także wielorakie funkcje karne i represyjne. To wszystko zniekształciło prawdziwe oblicze Boga.

Dziś więc trzeba za św. Janem tym bardziej powtórzyć: Prawo zostało nadane przez Mojżesza, natomiast przez Jezusa przyszła łaska i prawda.

Poznanie prawdy i miłość, która jest synonimem łaski: oto dwa filary naszego życia, naszej przyjaźni z Bogiem. Bez miłości i bez prawdy każde prawo jest jedynie bezdusznym spisem poleceń nakazujących pewne zachowania i zakazujących innych. W prawie, które jest bez miłości, wbrew miłości, a więc w sensie subiektywnym: bez serca, w prawie, które nie liczy się z prawdą, nie ma Boga.

Jest rzeczą oczywistą, że prawo jest konieczne w każdej społeczności. Jednak żadne prawo nie może zastąpić sumienia i serca. Dlatego Jezus mówi: Nie przyszedłem znieść prawa, ale je wypełnić. A doskonałym wypełnieniem prawa jest właśnie miłość, jak pisze św. Paweł w liście do Rzymian 13, 10.

Warto więc pomyśleć o tym, że owo niekiedy oskarżane o subiektywność serce i dobroć jest wypełnieniem prawa. A na pewno nie jest nim bezduszne i rygorystyczne przestrzeganie i egzekwowanie przepisów, często jeszcze skrycie przeciwko drugiemu człowiekowi.

Warto też pamiętać, że jeszcze się nie zdarzyło, że prawo uczyniło człowieka szczęśliwym. Ono nie potrafi wypełnić życia człowieka. A jeśli ktoś chce nim wypełnić swe życie, to tak jak głęboko wypełnia, tak też głęboko deformuje swoją osobowość.

Przepisy są przepisami, zła czynić nie wolno. Ale to wszystko. I nic więcej. A dla człowieka to za mało. Prawo nie uczyni nas szczęśliwymi i nie pozwoli odkryć sensu życia. To tak jakby ktoś przestrzegał przepisów drogowych i myślał, że dzięki temu, że na przykład zatrzymuje się na czerwonych światłach, będzie szczęśliwy. Nic z tego! Bo nie po to jest kodeks drogowy. Ono ma chronić nas przed wypadkami, byśmy bezpiecznie dojechali do celu. Ale w jakim stanie ducha tam dojedziemy, pełni nadziei czy zrozpaczeni, to już zupełnie inna sprawa.

I tak samo zachowywanie przykazań nie wystarczy by dać nam szczęście. Przypomnijmy sobie hymn o miłości. Św. Paweł mówi, że nawet największe i najcudowniejsze dary są niczym bez miłości, pustką. Mówi tak: Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. A miłości bym nie miał, byłbym niczym.

Proroctwo, wiedza, największa wiara - toż to przecież dary duchowe. Chwalą się ludzie czasami, ten ma taką wielką wiarę, a ten znowu, jakąś taką kiepską. A św. Paweł mówi: bez miłości, to jest nic.

Mówi dalej, że bez miłości największe ofiary z siebie i poświęcenia, wszelki heroizm, jest niczym, jest nic nie warty: Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

Nie każda więc ofiara i poświęcenie jest znakiem miłości. Czasami może być rezultatem rachuby, albo legalizmu, kolejnego przepisu do zrealizowania. Kolejnego obowiązku na długiej liście obowiązków pozbawionych miłości. Albo - z innej beczki - nieuświadomioną psychiczną skłonnością do bycia ofiarą.

Trzeba więc nam wrócić do tego, co było na początku. A na początku była przyjaźń człowieka z Bogiem. I teraz, gdy czas się wypełnił, Bóg posyła swoje Słowo, aby tę przyjaźń odnowić: Bóg przychodzi do człowieka, by go zaprowadzić z powrotem do siebie. Nasza ludzka przyjaźń z Bogiem i z innymi ludźmi, jeśli jest w pełni ludzka, to opiera się na zaufaniu i powierzeniu siebie, a nie na handlowej wymianie usług. Oto nowość, oto prawda i łaska, którą czyni pośród nas Jezus.

Bo On jest Jednorodzonym Synem Boga. I On nam opowiedział o Ojcu, jak mówi tekst dzisiejszej Ewangelii (w nieco innym tłumaczeniu). Byśmy mogli bardziej poznawać prawdę i bardziej ją ukochać. Czego wam i sobie życzę.

1 stycznia 2003

Łk 2, 16-21
Pasterze udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].

Dzisiejszy dzień, uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki jest równocześnie dniem modlitwy o pokój na świecie. Maryję nazywamy przecież Królową Pokoju.

Słowo pokój ma wiele znaczeń. Z tych, które nas dzisiaj interesują, rozważymy dwa.

Przede wszystkim pokój rozumiany jako brak wojny, stan w którym poszczególne narody pokojowo żyją i rządzą się w swoim kraju. Bez konfliktu współistnieją z innymi państwami.

Tu oczywiście nasuwa się pytanie czy kraj nie będący w stanie wojny, tak jak np. Polska za czasów komunizmu, kiedy naród jest ubezwłasnowolniony jest krajem pełnym pokoju? By odpowiedzieć na to pytanie przyjrzyjmy się drugiemu znaczeniu słowa pokój.

Hebrajskie słowo salom pochodzi od rdzenia, który oznacza w powszechnym użyciu: "bycie nietkniętym", "bycie pełnym", "skończonym". Wyraża także ideę przywrócenia pewnych rzeczy do ich pierwotnego stanu, do ich dawnej nieskazitelności.

Tak więc "pokój" w ujęciu biblijnym nie oznacza jedynie paktu, który pozwala wieść życie "spokojne". Nie oznacza też "czasu pokoju" w przeciwstawieniu do "czasu wojny".

Pokój w Biblii - to dobrobyt codziennego istnienia, harmonia, w jakiej znajduje się człowiek w stosunku do całej przyrody, do Boga i do siebie samego. Pokój biblijny to błogosławieństwo, odpoczynek, chwała, bogactwo i zbawienie.

Zwróćmy uwagę, że wszystkie owe dobra duchowe, są zawarte w pozdrowieniach i w życzeniach pokoju, którymi darzą się ludzie nawzajem zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie. Mówią do siebie: "idź w pokoju", "pozostań w pokoju", "pokój z Tobą". Taki jest sens dzisiejszego arabskiego pozdrowienia "Salamalek" i hebrajskiego "Salom".

Także św. Łukasz w swej Ewangelii daje nam szczególny obraz Króla niosącego pokój. W chwili Jego narodzin aniołowie zwiastują pokój ludziom.

Podobnie Jan Ewangelista i św. Paweł ściśle wiążą pokój ze sprawą odkupienia. Chrystus, który jest "naszym pokojem", wprowadził pokój, pojednał narody - łącząc je w jedno Ciało. W ten sposób Bóg pojednał ze sobą wszystkie stworzenia na ziemi, ustanawiając pokój przez krew Chrystusa (Kol I, 20).

Tak więc dzięki Duchowi Świętemu, jak mówi św. Paweł, "pokój Chrystusa panuje w naszych sercach" (Kol 3, 15). Mówi dalej, że każdy chrześcijanin, powinien żyć w pokoju z Bogiem (Rz 5, 1). Z Bogiem, który jest właśnie Bogiem miłości i pokoju (2 Kor 13, 11) i który uświęca chrześcijanina w samym jego "wnętrzu" (l Tes 5, 23). Podobnie jak miłość i radość, tak też i pokój jest owocem Ducha Świętego (Gal 5, 22; Rz 14, 17), jest życiem wiecznym zapoczątkowanym już tu na ziemi.

Może tyle, jeśli chodzi o definicje i znaczenia. Myślę, że jasno z nich wynika, że pokój jest jakąś naturalną harmonią życia. O tym pokoju św. Augustyn mówił, że jest "łagodnością porządku" - tranquilitas ordinis. Człowiek żyjący w pokoju to człowiek żyjący w przyjaźni z Bogiem, człowiek pogodzony wewnętrznie z sobą, człowiek, który odkrył Boga w swoim sercu. Tylko z takiego człowieka emanuje łagodność, miłość i harmonia! Tylko taki człowiek potrafi żyć w pokoju z innymi ludźmi, i tylko taki człowiek potrafi czynić pokój.

Aby żyć w pokoju musimy więc najpierw pogodzić się i pojednać sami ze sobą. I nie chodzi tutaj o postawę biernego oczekiwania w życiu. Nie chodzi też o łatwą rezygnację: "to nie dla mnie", która zresztą szybko przeradza się w resentyment. Chodzi o znacznie więcej.

Człowiek pogodzony ze sobą to człowiek żyjący w prawdzie, trzeźwo patrzący na siebie. Widzący swe wady i zalety, nie obwiniający za swoje klęski wszystkich wkoło: rodziców, żony czy męża, kolegi z pracy, swego przełożonego czy Pana Boga.

Człowiek pokoju to ktoś biorący w pełni odpowiedzialność za siebie i za swoje czyny: zarówno te dobre jak i złe. To człowiek przyjmujący siebie i świat taki, jaki jest: bez udawania i bez pretensji. Przyjmujący go takim, jaki jest po to by móc go zmieniać na lepsze. To człowiek dążący do tego by stawać się lepszym, pokonywać trudy i przeciwności. Ktoś, kto stara się lepiej kochać i pełniej żyć.

Takim wspaniałym przykładem osoby pełnej pokoju wewnętrznego jest Maryja. Pamiętamy scenę Zwiastowania, kiedy Anioł Gabriel przychodzi jej ogłosić Dobrą Nowinę i wita ją słowami "pokój z Tobą".

Pamiętamy, że Maryja jest na początku zmieszana: nowina Anioła burzy jej plany życiowe. A potem, gdy chce lepiej zrozumieć, o co chodzi, wypytuje Anioła jak to ma się stać. I wreszcie pełna pokory przyjmuje swe powołanie.

I mimo iż jest matką Boga idzie przez życie z niesłychaną pokorą. Bez jakichkolwiek pretensji przedziera się przez trudy i cierpienia. I obdarza wszystkich wkoło miłością i pokojem. Dlatego nazywamy ją Królową Pokoju.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nigdy nie dorównamy Matce Bożej. Może nawet nie powinniśmy się starać?

Otóż nie. Jezus uczy nas, że nasze życie jest drogą do Boga. Że z każdym dniem możemy stawać się bardziej człowiekiem i bardziej chrześcijaninem tak, by u kresu naszych dni zostać nimi naprawdę.

Tak więc jesteśmy teraz wędrowcami przemierzającymi nieznane tereny. Znamy jedynie cel, ale nie znamy do końca drogi do niego. Nie ma co tracić czasu na bezmyślne krążenie po bezdrożach, na miotanie się i złorzeczenie wszystkim wkoło.

Nie warto zrażać się przeciwnościami i trudami. Nasza droga przez życie może być piękna, jeśli taką będziemy chcieli wybrać. Zacznijmy ją wybierać już dziś. Nie czekając na jutro, na to, żeby najpierw zmienili się inni. Nie warto myśleć w ten sposób: "niech moja żona, albo teściowa stanie się lepsza, wtedy i ja się zmienię".

Szukając pokoju wewnętrznego, wewnętrznej harmonii czyńmy jednocześnie pokój na zewnątrz. Czyńmy pokój w rodzinie, w pracy, w naszej społeczności.

Papież w orędziu na Boże Narodzenie mówił, że budować pokój mamy przez odrzucenie jakiejkolwiek formy nietolerancji i dyskryminacji. Zacznijmy budować pokój od dziś: zarówno przy naszym rodzinnym stole jak i szerzej w świecie. To dzieło budowania pokoju dotyczy każdego z nas.

Pamiętajmy, że Bóg towarzyszy nam w naszej drodze, dyskretny i niewidoczny. To od nas zależy czy potrafimy odkryć Go w naszych sercach. A jeśli tak się stanie wówczas nasza droga przez życie staje się piękna i pełna pokoju.

I właśnie tego Wam dziś życzę: niech Bóg rodzi się w Waszych sercach i napełnia je pokojem i miłością. I dzięki Jego kochającej obecności czyńcie pokój w świecie.


Rok 2002

Grudzień 2002

25 grudnia 2002

J 1, 1-18
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. 2 Ono było na początku u Boga. 3 Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. 4 W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, 5 a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. 6 Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. 7 Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. 8 Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości. 9 Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. 10 Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. 11 Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. 12 Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - 13 którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. 14 A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. 15 Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. 16 Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. 17 Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. 18 Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, [o Nim] pouczył.

Od najdawniejszych czasów ludzie poszukują pełni życia, która przyniosłaby im trwałe szczęście. Szukają klucza, który otworzyłby bramę śmierci. Bramę, przez którą mogliby przejść do nieśmiertelności.

W starożytnym Egipcie popularny był krzyż Nem Anch, zwany kluczem życia. Wygląda on tak jak nasz krzyż, tyle, że górne ramię jest w kształcie uchwytu. Bogowie egipscy podczas pogrzebów trzymali ten krzyż za ów uchwyt, tak jak się trzyma klucz. Nazwa tego krzyża, Nem Anch, oznacza Wieczne Życie. Brzmienie tej nazwy kojarzy się ze zdrowiem i szczęściem.

Krzyż ten - podobnie jak inne krzyże w starożytnych religiach - oznacza zjednoczenie zasady aktywnej z bierną. Krzyż jest znakiem życia, bo w nim zjednoczone jest to, co pozytywne (pionowe ramię) z tym, co negatywne (ramię poziome). Tak jak życie ludzkie połączone jest ze śmiercią, a zdrowie z chorobą, radość ze smutkiem, przyjemność z bólem itd.

Bycie ukrzyżowanym oznacza więc przeżywanie podstawowej sprzeczności każdej ludzkiej egzystencji. Oznacza dylemat tego, co możliwe i niemożliwe, przeciwieństwo budowania i niszczenia, zmaganie z bólem.

W krzyżu wszystkie te przeciwieństwa zostają pojednane. Pojednane zostaje niebo z ziemią. Owo pojednanie znajduje swe ostateczne wypełnienie w Jezusie Chrystusie. On bowiem jest Logosem - odwiecznym Słowem Ojca: boskim Słowem, które równocześnie jest śmiertelnym człowiekiem.

W przedziwny sposób w Nim to, co śmiertelne, jako śmiertelne, połączyło się z tym, co odwieczne, niczego z obydwu nie tracąc. Śmiertelne i cierpiące pozostało śmiertelnym i cierpiącym, będąc zarazem odwiecznym i nietkniętym.

O tym możemy usłyszeć, gdy słuchamy słów Pieśni o Logosie, J 1, 1-18. O tym Słowie, które było na początku. Albo - jak mówi Eckhart w swoim komentarzu do Ewangelii Jana - które było w Początku, czyli w Ojcu. I które stało się ciałem, czyli zgodnie z hebrajskim sposobem wyrażania się, stało się człowiekiem. Słowo to jednak nie przestało być w Początku, u Ojca, także wtedy, kiedy było wśród nas człowiekiem. W Nim przedziwna więź połączyła człowieka i Boga.

Dzięki Jezusowi ta więź jest także w nas. Eckhart, jakby rozwijając tę myśl, pisze, że jest w nas obecna jakaś "iskierka", ślad boskości, spoczywający na dnie duszy. Nasze poszukiwanie Boga, zbliżanie się do Niego, to odkrywanie w sobie tej właśnie iskierki.

Wcale nie musimy przestać być ludźmi, by być bliżej Boga. Przeciwnie, im bardziej człowiek staje się sobą, tym bardziej odkrywa Boga w swoim sercu. Bóg nie przemienia ludzkiej natury zapraszając nas do nieba czy odrywając od świata. Bóg jest w nas takich, jakimi jesteśmy. Gdy to odkryjemy i odpowiemy miłością na Jego kochającą obecność, stajemy się Jego przyjaciółmi. I to właśnie przyjaźń z Bogiem nas przemienia.

Ona nie niweczy ludzkiego życia. Jak mówił św. Tomasz: łaska, a więc to, co daje przyjaźń z Bogiem, nie podważa ludzkiej natury, ale ją podnosi, oczyszcza i udoskonala.

I tę naszą drogę przez życie, drogę do odkrycia w sobie Boga, symbolizuje krzyż. Oznacza on bowiem połączenie i pogodzenie przeciwieństw.

A Ewangelista Jan, umiłowany uczeń Jezusa, o tym właśnie nam opowiedział w pieśni o Logosie, którą dziś wysłuchaliśmy.

22 grudnia 2002

Łk 1, 26-38
W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, 27 do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. 28 Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami. 29 Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. 30 Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. 31 Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. 32 Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. 33 Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. 34 Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? 35 Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. 36 A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. 37 Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. 38 Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł.

Przyjrzyjmy się uważniej dzisiejszej Ewangelii. Wysłuchaliśmy przed chwilą jednego z najbardziej znanych fragmentów Pisma Świętego, który przedstawia scenę Zwiastowania: anioł Gabriel przychodzi do Maryi z nowiną, że będzie matką Zbawiciela.

Wydawać by się mogło, że bardzo dobrze znamy tę scenę, towarzyszy nam ona przy różnych okazjach, zwłaszcza Bożonarodzeniowych. Czy jednak rozumiemy Słowo Boga przez nią przemawiające?

Pismo Św. przemawia do nas swoim językiem, przekazuje nam prawdę o nas i o Bogu za pośrednictwem symboli i przenośni. Za pomocą znaków często dla nas ludzi XXI wieku nieodgadnionych. I trudno nam zrozumieć ich sens, wiemy bowiem, że nie o dosłowne znaczenie słów często chodzi.

Przyjrzyjmy się więc raz jeszcze scenie Zwiastowania i postarajmy się zrozumieć sens tego wydarzenia.

W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret.

Anioł przychodzi do Maryi w szóstym miesiącu od chwili poczęcia Jana Chrzciciela. Liczba sześć ma w tradycji hebrajskiej specjalne znaczenie. Oznacza ona z jednej strony niedokończone stworzenie (sześć to niepełne siedem, a to liczba siedem wyraża doskonałość Bożego stworzenia). Z drugiej strony sześć oznacza dzień stworzenia człowieka i wydaje mi się, że właśnie to znaczenie jest bliższe misji, z jaką Bóg wysłał Anioła do Maryi. Anioł ma bowiem ogłosić Maryi poczęcie człowieka Syna Bożego.

Anioł nazywał się Gabriel.

Czy rzeczywiście aniołowie mają swoje imiona? Mistrz Eckhart pisze o tym tak: "Nikt nie może poznać imienia Anioła (...). Tego nie zdołał dotychczas dociec żaden mistrz ani żaden rozum" (kazanie 38).

Co oznacza więc to imię? Może oznacza ono konkretne działanie a Gabriel został tak nazwany od imienia dzieła, do którego spełnienia został powołany? Imię "Gabriel" w języku hebrajskim oznacza "moc", moc Boga. Dlatego więc Gabriel został posłany do Maryi, by jej zaświadczyć o stwórczej mocy Boga. O mocy, która pocznie Syna.

Bóg posłał Gabriela do Dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef.

Słowo "dziewica" posiada wiele znaczeń. Z dalszego fragmentu tekstu dowiadujemy się, że Maryja nie znała jeszcze męża, co prowadzi nas do rozumienia tego słowa w kontekście cielesnych kontaktów małżonków.

Jest jednak jeszcze drugie znaczenie, o wiele szersze, na które zwraca uwagę Mistrz Eckhart. "Dziewica" to człowiek wolny od wszelkich obrazów, to człowiek wolny od stereotypów, przesądów i uprzedzeń, ale także od pragnień i trosk. Wszelkie bowiem przywiązanie pozbawia wolności i nie pozwala poddać się woli Boga. Tylko człowiek prawdziwie wolny może podążać za Najwyższą Prawdą, za Bogiem. Takiego człowieka Eckhart nazywa dziewicą. Ta dziewiczość, zarówno kobiety jak i mężczyzny, pozwala przyjąć Boga, w sercu takiego wolnego człowieka Bóg staje się płodny.

Spójrzmy jednak na scenę spotkania Maryi z Aniołem. Wielu malarzy próbowało przedstawić tę scenę. Wśród nich najbardziej znani jak Botticelli, Fra Angelico, Leonardo da Vinci. Archanioł Gabriel odwiedza Maryję w jej domu. Często widzimy na obrazach Maryję czytającą książkę, czasami siedzącą koło kołowrotka lub innego przedmiotu codziennego użytku. W momencie pojawienia się Anioła Maryja jest zajęta swoimi codziennymi zajęciami, jako młoda narzeczona jest na pewno pochłonięta swoimi planami i przygotowaniami do zamążpójścia. I wtedy pojawia się Anioł.

Zwróćmy uwagę, że wysłannik Boga przychodzi do niej do domu. Bóg nie wzywa jej do żadnej świątyni, czy też w inne miejsce uznane za święte. Przychodzi do niej tam, gdzie ona żyje na co dzień. I to właśnie tutaj - w domu Maryi bierze początek ta niezwykła historia wcielenia Syna Bożego. To tu w Galilei, mało znaczącej prowincji, zamieszkanej w dużej mierze przez pogan Słowo ciałem się staje. Anioł mówi:

Bądź pozdrowiona, pełna łaski. Pan z Tobą.

Te słowa stają się obietnicą nowego życia, obietnicą płodności. Jednak Maryja ich nie rozumie, waha się, pyta o szczegóły. Słuchając Ewangelii nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i tym razem Bóg szanuje ludzką wolność, wolność Maryi. Zwróćmy uwagę, że Anioł rozmawia z Maryją po przyjacielsku, odpowiada na jej pytania, wyjaśnia co ma się stać. Nie przychodzi, by jedynie odczytać nieodwołalną decyzję Boga. Rozmawia z Maryją, która miotana wątpliwościami nie boi się zadawać pytań. Anioł wychodzi dopiero po słowach Maryi niechaj mi się stanie według słowa Twego. Bóg chciał, by Maryja sama podjęła decyzję o przyjęciu tego niezwykłego powołania. I tak się stało.

Stało się tak mimo, że pozdrowienie anielskie zakłóciło spokój w domu Maryi. Zburzyło jej dotychczasowe plany, skłoniło ją do wyruszenia w daleką podróż. Skłoniło ją do rozpoczęcia nowego życia. Maryja z pokorą przyjęła nowe zadanie. W wolności i miłości podjęła zaproszenie Boga.

Często zdarza się, że i my bywamy stawiani przez Boga wobec nowych sytuacji, wobec trudnych wyborów. Wtedy jednak Bóg zjawia się w naszym życiu jako ten, co krzyżuje nasze plany, wprowadza zamieszanie i cierpienie. Wszystko mamy z góry zaplanowane, przewidziane i każda niewiadoma lub nowa sytuacja powoduje w nas lęk czy gniew. I nierzadko dopiero z perspektywy czasu widzimy, że tamta nieoczekiwana sytuacja była dla nas błogosławieństwem, błogosławieństwem, które uczyniło nas lepszymi, które pozwoliło nam bardziej stać się człowiekiem. Dopiero z perspektywy czasu widzimy, że cierpienie nauczyło nas lepiej i głębiej kochać.

Niech ta dzisiejsza scena Zwiastowania pozwoli nam lepiej zrozumieć istotę miłości Bożej do nas. Bóg przychodzi do nas tu na ziemię, by zamieszkać w nas. Pozostawia nam jednak wolność wyboru. Bądźmy więc na tyle wolni, by móc go zaprosić do naszych sercach. Niech narodzi się w nas czyniąc nas prawdziwymi dziećmi Bożymi.

Życzę Wam, by zbliżające się Święta Bożego Narodzenia sprawiły, że Wasze życie stanie się otwarte na niekończącą się nigdy nowość Boga, na jego zaskakujące propozycje i niewyczerpaną świeżość.

1 grudnia 2002

Mk 13, 33-37
Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. 34 Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. 35 Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. 36 By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. 37 Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!

Dziś rozpoczynamy Adwent. Słowo to pochodzi od łacińskiego adventus i oznacza przyjście, nadejście. Tak więc Adwent to czas przygotowania na przyjście, czas czuwania. By lepiej zrozumieć sens tego oczekiwania przyjrzyjmy się słowom dzisiejszej Ewangelii.

Jezus mówi: Uważajcie, czuwajcie bo nie wiecie kiedy ten czas nadejdzie.

Nie chodzi więc tu chyba o święto Bożego Narodzenia, którego datę 25 grudnia wszyscy znamy. Wiemy, że Jezus już przyszedł ? 2000 lat temu. Więc o nadejście jakiego czasu chodzi Ewangeliście?

A może raczej chodzi tutaj o postawę czuwania? O to, by zachować czujność w życiu. Tak, by móc zauważyć Boga, kiedy rodzi się On w naszej duszy? Adwent jest więc raczej okresem, w którym staramy się obudzić naszą uśpioną czujność. Tak, by przyjrzeć się jakby na nowo naszemu życiu, naszym bliskim.

W Skandynawii i krajach bałtyckich jest taki piękny zwyczaj zapalania w Adwencie świeczek w oknach. I tak właśnie my staramy się jakby na nowo rozpalić w nas światło, przygotować w naszych duszach miejsce na narodziny Boga.

Ewangelista pisze tak: Pan wyjeżdżając z domu ?powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie?

Chodzi więc nie o jakieś bierne oczekiwanie na Pana, lecz o to byśmy realizowali wyznaczone nam zadania. I mamy je realizować tu i teraz, nie czekając na jutro czy na 25 grudnia. Jak ktoś kiedyś trafnie powiedział: powinniśmy żyć codziennie tak, jakby to był ostatni dzień naszego życia.

Jakie więc zadania powierzył nam Pan? Każdy, z pozoru, ma w życiu inne rzeczy do spełnienia. Wydawać by się mogło, że ja dominikanin mam inne zadania, niż matka trojga dzieci. I na pewno tak jest ? w pewnym wymiarze. Jednak wszystkie zadania, które powierzył nam Stwórca, mają wspólny mianownik, wspólną podstawę. Chodzi o to, by w naszym życiu żyć tym, co najważniejsze ? prawdą i miłością. To jest nasze główne zadanie ? przeżyć życie w miłości i godności. Nie pozwolić innym sprawom, zawładnąć naszym życiem, nie pozwolić by stały się jego sensem.

Wiemy jak to jest trudne. Zaczynamy pracę zawodową po to, by zapewnić rodzinie niezbędne do życia warunki i bardzo szybko ta praca staje się celem samym w sobie. To jej podporządkowujemy całe życie. Rodzina zaczyna żyć rytmem naszej pracy. Ciągle myślimy, że jeszcze muszę zrobić, to czy tamto. Jeszcze zdobędę kolejny stopień w karierze. A potem już zajmę się rodziną, życiem. I tak w pogoni za pieniędzmi, karierą czy sławą mija nam życie.

Spotkałem raz we Francji Anglika, który większość życia spędził w Londynie pracując na londyńskiej giełdzie. Ciężko pracował. Mieszkał na przedmieściach Londynu. Dlatego musiał codziennie wychodzić z domu o szóstej rano i wracał bardzo późno, o 10 czy 11 wieczór. Zarabiał bardzo dużo, więc rodzina mogła żyć w dostatku. Tyle, że praktycznie bez ojca.

I tak mijały lata. Aż pewnej niedzieli, siedząc przy stole zauważył nagle, że jego córki są już prawie nastolatkami, a on nawet nie zauważył jak dorastały. Był tak zajęty swoją pracą, że nie widział życia toczącego się w domu. Nie dzielił ze swoimi córkami ani ich problemów ani radości. Tego dnia był wstrząśnięty. Zauważył, że już dawno utracił czujność. Stracił to, co najważniejsze.

Wkrótce potem rzucił pracę na giełdzie i razem z rodziną osiedlił się we Francji. Zamieszkał w małej wiosce, gdzie prowadzi hodowlę pstrągów. Kiedy z nim rozmawiałem, powiedział mi, że w tej chwili są znacznie biedniejsi. Czasami z trudem wiążą koniec z końcem. Ale niczego nie żałuje. Jest szczęśliwy, że może żyć z córkami i żoną i dzielić z nimi wszystkie troski i radości.

Może jest to przykład ekstremalny. Jednak pokazuje on dobrze to, jak potrafimy się w życiu zagubić. Jak to, co ma być jedynie narzędziem umożliwiającym nam życie, staje się celem samym w sobie. Stajemy się ślepi na to, co dzieje się wokół nas. Nasza czujność zostaje uśpiona. Koncentrujemy się na rzeczach, które tak naprawdę nie mają większego znaczenia.Odgradzamy się od innych ? i często od samych siebie ? niewidzialną przepaścią.

Nie zawsze powodem tego zagubienia jest praca zawodowa. Czasami są to nasze zranienia, lęki i frustracje, które kierują nami przez całe życie. To przez ich pryzmat postrzegamy drugiego człowieka i życie. I też tracimy czujność! Nie potrafimy żyć pełnią życia ? żyjemy w niewoli naszych stereotypów i opinii. Nie musimy już słuchać tego, co mówi nasza córka czy sąsiadka. Bo już z góry wszystko wiemy ? i o nich i o tym, co mogą nam powiedzieć. My wiemy lepiej!

Mąż nie ma zamiaru wnikać w to, co czuje, myśli jego żona. To nie jest rzecz, którą będzie zaprzątał sobie głowę. Pracodawcę zupełnie nie interesuje myślenie czy w ogóle życie pracowników. Ale i odwrotnie! Pracownicy to często ostatni ludzie, którzy mogliby się wczuć w dylematy swoich szefów.

Nie chcemy żyć problemami innych ludzi! Zamykamy się w naszych hermetycznych i sterylnych wieżach Babel, gdzie każdy mówi, niezrozumiałym dla innych językiem. Troszcząc się wyłącznie o własne sprawy. Żyjąc tak, jesteśmy jak ów śpiący z dzisiejszej Ewangelii. Pogrążony głęboko w majakach sennych, gdy Pan nadchodzi.

Potrzeba więc nam przebudzenia. Potrzeba, aby zagościł w nas Duch prawdy i miłości. Aby ożyło w nas pragnienie poznania siebie, poznania prawdy o drugim człowieku i o Bogu. Bo to pragnienie może stać się dla nas drogowskazem na życie. Ono spowoduje, że Bóg zagości w naszych sercach. Narodzi się już teraz i sprawi, że nasze życie nabierze głębiej sensu.

To oczekiwanie adwentowe jest właśnie czasem, w którym możemy nasze serce przywołać i poprowadzić do źródła. Możemy inaczej spojrzeć na siebie i bliskich. Nowym świeżym spojrzeniem, wolnym od z góry przyjętych form działania i stereotypów. Starajmy się dobrze wykorzystać ten czas przygotowań. Tak by nasze oczyszczone serca odkryły, że Bóg jest w nas i w naszych bliskich. Że jest obecny w naszym życiu na każdy dzień.

Listopad 2002

26 listopada 2002

Łk 21, 5-11
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: 6 Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony?. 7 Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? 8 Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: "Ja jestem" oraz: "Nadszedł czas". Nie chodźcie za nimi! 9 I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. 10 Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. 11 Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie.

Wznosimy na tym świecie świątynie i myślimy, że to na wieczność, że na zawsze. Tymczasem Jezus mówi do nich: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony.

Wznosimy własne świątynie, a Bóg przychodzi i rozpadają się w proch.

Bo takie jest prawo życia. Aby narodziło się nowe musi obumrzeć to, co stare. Wydaje nam się, że to katastrofa, że to koniec. A przecież bez tego burzenia świątyń nie mogło by narodzić się nic nowego.

Żeby żyć trzeba umieć umierać. Sztuka umierania jest pewnie najtrudniejszą z umiejętności dobrego życia.

Umieranie jest bowiem nadejściem tego, co nieznane. Tego, co nowe. Umieranie jest rodzeniem się nowego, nowego nieznanego nam życia.

My jednak wolimy zawsze trzymać się tego, co stare znane i bezpieczne. To, co przychodzi może bowiem zakwestionować to do czego przyrośliśmy.

Jednak tylko wtedy możemy żyć pełnią życia, gdy gotowi będziemy przyjąć przychodzącą miłość Boga, miłość, która burzy świątynie, które sami sobie postawiliśmy.

Ta miłość jest zawsze nowa i prawie zawsze przychodzi przez ludzi.

10 listopada 2002

Mt 25, 1-13
Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: "Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!" Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: "Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną". Odpowiedziały roztropne: "Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!" Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: "Panie, panie, otwórz nam!" Lecz on odpowiedział: "Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was". Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.

Zapewne Jezus nie opowiada tej przypowieści aby nas zastraszyć, lecz raczej by nam uświadomić, że często, z powodu naszych słabości marnujemy życie, nie przeżywamy go w pełni. Dlatego też wzywa nas byśmy czuwali, byśmy tak żyli każdego dnia jakby miał to być nasz dzień ostatni.

Panny wyruszają na spotkanie z Oblubieńcem. I nasze życie nie jest drogą, wiecznym podążaniem na spotkanie z Bogiem, na spotkanie z drugim człowiekiem? Spotkanie to może nastąpić już teraz, tu na ziemi - Jezus mówi przecież o weselu i o Pannach kroczących z radością na gody. A czy my też z radością kroczymy przez życie?

W naszą podróż wyruszamy z pewnym bagażem, idziemy świadomie, przygotowani na różne okoliczności lub też idziemy beztrosko licząc, że może jakoś to będzie.

I tak zwróćmy uwagę, że wszystkie Panny zabrały ze sobą lampy, ale tylko niektóre pomyślały o zabraniu oliwy. Później te ostatnie będą chciały pożyczyć oliwę od panien roztropnych. Jednak oznaczałoby to, że ani jedne ani drugie nie zobaczyłyby Pana młodego. Dlatego też Panny roztropne odmówiły.

Tak też bywa w życiu ? bywają sytuacje, w których musimy sami ponieść odpowiedzialność za własne czyny, za własne lenistwo czy brak wyobraźni. Nie możemy ciągle lawirować, żyjąc kosztem innych. Licząc na to, że ktoś inny zapłaci za nasze słabości a my pójdziemy dalej bez przeszkód. I im wcześniej sami zapłacimy cenę tym lepiej. Tym szybciej będziemy mogli podjąć pracę nad sobą. Tak więc Panny roztropne postąpiły słusznie i z miłością. Z miłością odpowiedzialnego rodzica, który kochając swoje dziecko potrafi jednocześnie stawiać wymagania i pozwalać by dziecko uczyło się na błędach.

Gdy się Pan młody opóźniał zmożone snem wszystkie zasnęły.

Wszystkie Panny zasnęły ! I te roztropne i te nieroztropne. Nie potrafimy bowiem zachować czujności cały czas. Jesteśmy słabi, gubimy się często w naszym życiu. Koncentrujemy się na różnych sprawach i często w nich zatapiamy ? w pracy, w rodzinie, w karierze politycznej czy zdobywaniu coraz większych pieniędzy. Zapominamy o tym co najistotniejsze.

I wtedy rozlega się wołanie? Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie?. I właśnie wtedy w tych ważnych chwilach naszego życia okazuje się, że nie jesteśmy gotowi, nie potrafimy sprostać zadaniu, nie potrafimy stawić czoła sytuacji.

Tak więc te Panny, które miały ze sobą lampy i oliwę mogły uczestniczyć z radością w weselu, cieszyć się pełnią życia ? i to pomimo, tego, że na chwilę zasnęły, że uległy słabości. Miały jednak ze sobą światło, i właśnie ono pozwoliło im poznać Pana młodego.

Tak właśnie dla tych, którzy maja zawsze ze sobą światło, noszą je w sobie, Królestwo Boże zaczyna się już tu na ziemi. Oznacza ono drogę ale drogę w radości i nadziei. Drogę z Panem Młodym ? z Bogiem.

A Panny nieroztropne? Co oznaczają zamknięte drzwi? Te zamknięte drzwi są właśnie takim upomnieniem, momentem kiedy Panny muszą zdać sobie sprawę z błędów i ponieść odpowiedzialność za swoje czyny. Te zamknięte drzwi to chwila, jakiej często doświadczamy w życiu, chwila w której widzimy wyraźnie, że czas by zastanowić się nad sobą, podjąć zdecydowane kroki by coś zmienić w naszym życiu.

Nie bójmy się więc nadmiernie tych zamkniętych drzwi ? są one jedynie etapem w naszym życiu, etapem jakże niekiedy koniecznym.

Zamknięte drzwi to także symbol nowego życia. Kiedy uczniowie po śmierci Jezusa siedzieli w pokoju na górze, a drzwi były zamknięte to właśnie przez te zamknięte drzwi przyszedł do nich zmartwychwstały Jezus. Przyszedł przez zamknięte drzwi tak jak przezwyciężył śmierć. Pokazał, że możliwe jest przejście nawet przez zamknięte drzwi. Ale trzeba to czynić tak jak On z prawdziwą miłością.

9 listopada 2002

J 2, 13-22
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.

Ostatnio słyszałem ciekawą historyjkę. Na jakimś zjeździe biznesmenów, którzy dyskutowali w sprawach etycznych, jeden z biznesmenów żydowskich opowiedział dający do myślenia dowcip.

Otóż, stwierdził on, zasady etyczne podupadły w biznesie od czasów, gdy Jezus wypędził kupców ze świątyni. Do tego czasu handel odbywający się we wnętrzu świątyni był jakby pod wpływem zasad religii. Nie wypadało w świątyni oszukiwać, nie wypadało kraść. Kiedy Jednak Jezus wyrzucił kupców ze świątyni, wszystko się zmieniło. Pozostawieni sami sobie, bez czujnego oka kapłanów ? stróży prawowierności kupcy nie znaleźli w sobie dość siły by przeciwstawiać się, jakże czasami opłacalnemu na krótką metę, złu. I taka sytuacja trwa do dziś. Ba ! po 2000 lat jest ona znacznie bardziej dramatyczna.

Historyjka ta porusza pewien bardzo istotny problem, którego rozwiązanie odsłania dwa alternatywne podejścia do etyki.

Pierwsze głosi, że obok rozwiniętego systemu praw i przepisów należy jeszcze zbudować silny system kontroli i presji społecznej by egzekwować przestrzeganie prawa.

Człowiek jest słaby i bez nacisków z zewnątrz może popełniać przestępstwa. Trzeba więc niejako "w imię jego dobra" uniemożliwić mu to.

Drugie uznaje każdego człowieka za osobę w pełni odpowiedzialną za swoje czyny, kierującą się w życiu wewnętrznym drogowskazem - sumieniem - które pozwala mu rozeznać co dobre, a co złe oraz dokonać wyboru dobra.

To podejście kładzie więc raczej nacisk na wychowanie i edukację niż na rozbudowywanie systemu kar (i nagród). Chodzi o to by ludzie wybierali dobro zgodnie z wewnętrznymi przekonaniami i zasadami.

Nie oko świątyni, nie zewnętrzny dozorca, ale wewnętrzny strażnik jest tym, który ochroni człowieka, nawet kupca przed złem.

Jezus jest gorliwym zwolennikiem tego drugiego podejścia. Całe swe życie poświęcił nauczaniu i tłumaczeniu jak postępować dobrze.

Myślę, że śmiało można powiedzieć, że to On właśnie pierwszy wprowadził takie podejście, według którego powinniśmy się kierować w życiu rozumem i sercem. Rozumem by racjonalnie przeanalizować co dobre, a co złe, a sercem by decyzję podejmować z miłością.

Czy nie mówi nam Jezus: nie przyszedłem praw znosić, ale by je wypełnić? I wypełnia je rozumem i miłością pojedynczego człowieka.

7 listopada 2002 - Wszystkich świętych dominikańskich

Mk 10, 28-30
Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: "Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą". Jezus odpowiedział: "Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi".

Dziś obchodzimy uroczyście Święto Wszystkich Świętych dominikańskich. Często kiedy mówimy o świętych wyobrażamy sobie, że święci to ludzie nadzwyczajni, pozbawieni wad, żyjący w oderwaniu od życia przeciętnego śmiertelnika, w jakimś niezwykłym świecie uprzywilejowanych relacji z Bogiem.

Tymczasem Bóg nie przemienia ludzkiej natury zapraszając nas do nieba czy odrywając nas od świata. Bóg zstępuje do nas, takich, jakimi jesteśmy w naszej ludzkiej naturze. Tak więc Święci to ludzie z krwi i kości, tacy jak my - zmagający się na co dzień ze swymi słabościami i namiętnościami.

Święci to ludzie, którzy w swoim ludzkim życiu zauważyli obecność Boga. Odkryli, że Bóg jest w człowieku za życia. I nie tylko to odkryli, ale odpowiedzieli miłością na Jego kochającą obecność. Zostali przyjaciółmi Boga. I to właśnie ta przyjaźń ich przemieniła.

Ona wcale nie niweczy ludzkiego życia. Jak mówił św. Tomasz: łaska, a więc to, co daje przyjaźń z Bogiem, nie podważa ludzkiej natury, ale ją podnosi, oczyszcza i udoskonala.

Tak więc wszyscy jesteśmy powołani do świętości, do życia w przyjaźni z Bogiem.

Dlaczego więc tylko nieliczni zostają świętymi? Myślę, że chyba dlatego, że my ciągle nie potrafimy zaufać Bogu. Nie możemy uwierzyć , że On może kochać tak słabe i niedoskonałe istoty jak my.

Myślimy sobie, że najpierw musimy zasłużyć na Jego miłość, stać się lepszymi, a dopiero wtedy Bóg zechce się z nami spotkać. I na tych próbach, mija nam życie. I często za późno spostrzegamy, że mogliśmy podejmować nasze próby w przymierzu z Bogiem.

Bo On w nas jest. Tylko my pochłonięci naszymi staraniami i klęskami nie zauważamy Go. Bóg zna o nas całą prawdę. I kocha nas właśnie takimi, jakimi jesteśmy. Kocha nas w prawdzie, bo sam jest Prawdą.

Kim są więc święci dominikańscy? Są wśród nich wielcy uczeni, wielcy kaznodzieje, obrońcy prześladowanych, i prości bracia o wielkich sercach, przygarniający wszystkich proszących o pomoc.

Coś jednak łączy ich wszystkich, coś, co sprawia, że stanowimy jedną wielką dominikańską rodzinę. Wszyscy oni, począwszy od św. Dominika, są jakby cali rozpaleni zapałem głoszenia przyjaźni z Bogiem. Przyjaźni, którą żyli i która pozwoliła im dobrze i godnie przeżyć jakże często trudne życie.

Ci święci dominikanie rozpoznali w Jezusie drogę. Drogę prowadzącą do dobra i prawdy, do Królestwa Bożego.

Prawda jest dla dominikanina czymś najświętszym. Jest najpiękniejszym z imion Boga. Bo On jest prawdą ostateczną, która przynosi ostateczne wyzwolenie ducha i serca człowieka.

Dlatego my dominikanie poświęcamy swe życie zgłębianiu i głoszeniu umiłowanej prawdy. Prawdy budzącej w człowieku miłość, która przemienia gruntownie serce ludzi. Bo miłość jest możliwa jedynie w prawdzie i wolności.

Dlatego też Św. Dominik chciał, żeby bracia studiowali i tą drogą zgłębiali prawdę. Pragnął, by rozświetleni poznawaną prawdą, umieli się nią dzielić z innymi.

Głoszenie Ewangelii ma być przekazywaniem Słowa życia. Dlatego trzeba, aby Słowo w szczególny sposób dotknęło brata kaznodzieję. Taki sens - między innymi - ma nasze hasło: contemplata aliis tradere - przekazywać innym to, cośmy sami zgłębili, co do nas samych dotarło, przemieniając choć trochę nasze umysły i serca.

I tak Św. Tomasz z Akwinu był człowiekiem, który całe życie poszukiwał prawdy. Do końca badał i studiował. Czytał i komentował. Starał się odkrywać coraz więcej z bogactwa prawdy. Dopiero na trzy miesiące przed śmiercią zaprzestał wszelkiej pracy, kiedy nie mógł już więcej pisać.

Tomasz nigdy nie powiedział sobie: Dość. Teraz już wiem. Teraz już koniec z poszukiwaniami. Teraz zaczynam tylko nauczać i niech mnie słuchają. Przeciwnie. Nie zniechęcał się polemikami i sporami teologicznymi. Brał je za część tego, czym jest droga człowieka do prawdy i Boga.

Prawdę o pięknie Boga i niezwykłej cudowności jego obecności poszukiwał i usiłował wyrazić w swoim malarstwie bł. Fra Angelico. Do prawdy dążyła św. Katarzyna ze Sieny, gdy brała aktywnie udział w życiu politycznym swoich czasów. Gdy doradzała władcom, zachęcała papieża do powrotu do Rzymu i wspierała swojego ukochanego przyjaciela dominikanina Rajmunda z Kapui.

Do prawdy dążyli dominikańscy obrońcy Indian z Ameryki Południowej, chcący ochronić ich przed eksterminacją. I próbując w sądach hiszpańskich dowodzić, że Indianie mają duszę i nie wolno ich mordować.

I tylu innych, którzy żyli dla prawdy, lub wręcz oddali za nią swoje życie. Prawda wymaga bowiem odwagi, wysiłku i poświęceń. Jest ciągłym poszukiwaniem, tak jak nasze życie.

My ludzie często boimy się prawdy, bo ona obnaża człowieka, zdejmuje maski. Każe nam widzieć nas samych i innych ludzi takimi, jakimi jesteśmy. Uczy pokory, tej najprawdziwszej - odartej z wszelkiego udawania. I dlatego prawda wyzwala. Jak mówi Jezus Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli.

Posłuchajmy na koniec, jak o swojej drodze do tej prawdy mówił św. Augustyn, którego nazywamy dziadkiem naszego zakonu. Dominik od niego bowiem wziął pierwszą regułę:

"Późno Cię umiłowałem, piękności tak dawna a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bezdrożach i tam Ciebie szukałem, biegnąc bezładnie ku rzeczom pięknym, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie - rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były. Zawołałaś, rzuciłaś wezwanie, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. Skosztowałem - i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie - i zapłonąłem za pokojem Twoim. Kiedy do Ciebie przywrę całą moją istotą, skończy się dla mnie wszelki ból i wszelki trud. Wtedy moje życie będzie naprawdę żywe, całe napełnione Tobą".

3 listopada 2002

Mt 23, 1-12
Wówczas przemówił Jezus do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: "Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.

Nasza świadomość podchodzi do rzeczywistości wybiórczo. Nie wszystko słyszymy, nie wszystko chcemy przyjąć do wiadomości i wyciągnąć wnioski. Tak jak wybiórczo podchodzimy do wydarzeń z naszego życia, tak też słyszymy tylko niektóre rzeczy w Ewangelii, a niektórych jakbyśmy nie mogli dostrzec.

Trzeba więc, czytając słowa Pisma św., podejmować refleksję nad własnym myśleniem i uprzedzeniami, które nie pozwalają nam usłyszeć niekiedy rzeczy, które powiedziane są tam wprost.

A w dzisiejszej Ewangelii słyszymy jak Jezus poddaje druzgoczącej krytyce przywódców religijnych, stan kapłański i faryzeuszy. Bynajmniej nie broni ich i nie zamierza usprawiedliwiać za wszelką cenę, zwłaszcza za cenę prawdy.

Odważa się wobec tłumu ludzi przemówić przeciwko religijnym autorytetom. Mało kto ma do dziś taką odwagę.

Zarzuca im udawanie. Mówi, że wcale nie wypełniają tego, do czego wzywają innych. Udają przed ludźmi pobożnych. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą.

I tak celem kapłanów nie jest bynajmniej ani prawda ani miłość do Boga i drugiego człowieka, tylko kult siebie, własna sława i kariera.

Chcą, żeby im przyklaskiwano, żeby ich podziwiano. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Wymagają od ludzi, żeby nazywali ich nauczycielami, mistrzami i ojcami. Chcą uchodzić za duchowych przewodników i mistrzów, choć ich postępowanie nie jest godne naśladowania. Mówią bowiem, ale sami nie czynią.

W ich postawie i świadectwie życia to, co powinno być dążeniem do świętości, miłości i prawdy zostało zamienione na dążenie do zabezpieczenia własnych interesów i wpływów.

I temu właśnie przeciwstawia się Jezus i to od 2000 lat.

Jezus nie takiej chce pobożności. Nie chce by kapłani wynosili się nad innych i to w imię Boże. Nie chce wiary, w której Boga zastępuje kult osoby, przywódcy religijnego. Jezus mówi wprost: Wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście.

Tak więc Jezus przypomina nam, że jedynie Bóg jest naszym Mistrzem i Nauczycielem. A religia Jezusa ma być religią braci, którzy są równi i nie wywyższają się nad innych. Kapłani, księża powinni raczej służyć ludziom na wzór Jezusa, a nie otaczać się całymi drużynami służących. Największy z was niech będzie waszym sługą.

Nie po raz pierwszy Jezus poddaje krytyce zachowania kapłanów. Wskazuje, co jest w nich złego i jak powinni postępować. Tak samo jak poucza wszystkich spotkanych ludzi. Jezus traktuje wszystkich jednakowo, wie, że wszyscy są bez wyjątku grzesznikami. I stara się im pokazać jak dobrze i sprawiedliwie żyć. Jezus głosi swą naukę Słowem, ale głosi ją także czynem.

Ci, co mają dzieci wiedzą na pewno, a przynajmniej powinni wiedzieć, że wychowuje się przede wszystkim własnym przykładem.

Czy można nauczyć dziecko pracowitości, kiedy samemu jest się leniwym? Kiedy zwala się wszystkie obowiązki na innych? Czy można nauczyć prawości samemu kombinując - nie płacąc podatków? Czy popełniając na co dzień inne drobne oszustwa? Czy można nauczyć kochać samemu nie kochając?

Otóż nie można! Jezus wie o tym - nie ogranicza się do samego głoszenia zasad nowego ładu, nowego życia.

On nimi żyje. Znajdujemy w Ewangelii wiele opisów jego niecodziennego zachowania. I nie chodzi w nich o zanegowanie całego zastanego porządku. Jezus mówi o tym wyraźnie: "Nie przyszedłem znieść prawa, ale je wypełnić". I wypełnia je miłością.

Bowiem naczelną zasadą, jaką mamy kierować się w życiu jest miłość. Przede wszystkim jest to miłość do drugiego człowieka. Tego obok nas. Nie jakiegoś wymarzonego, idealnego, bo takich nie ma (o czym prędzej czy później się przekonujemy). Ale miłość do człowieka, który stoi koło nas, na co dzień. Miłość bowiem zależy od naszej zdolności kochania, a nie od tej drugiej osoby. Kto narzeka, że nie może kochać, bo druga osoba jest okropna i na miłość nie zasługuje, ten jeszcze nie zrozumiał, na czym polega prawdziwa miłość. Nie rozwinął w swoim sercu zdolności kochania.

Ale wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Choć nauki Jezusa dotyczą wszystkich grzeszników, dziś Jezus szczególnie upomina nas kapłanów. Upomina nas głoszących Słowo Boże byśmy byli temu Słowu wierni w czynach. Byśmy zachowaniem naszym dawali świadectwo prawdzie i miłości Bożej.

Już dawno zauważył to św. Franciszek z Asyżu. Mówił tak: "Głoś zawsze Ewangelię, kiedy to konieczne użyj słów".

Tak więc i nam księżom trzeba się nieustannie nawracać czerpiąc moc z Ewangelii. Musimy stale pamiętać, że jesteśmy takimi samymi grzesznikami jak inni ludzie. Ale ponieważ pełnimy służbę Bogu, mamy dawać świadectwo Ewangelii. Dlatego powinniśmy gorliwiej dbać o to, by nasze postępowanie było wcieleniem Słowa Bożego w czyn.

Wiemy, że nie jest to łatwe zadanie. Żyjąc z dala od ludzi i świata, nie mając rodziny i dzieci, jest nam może trudniej niż innym nauczyć się kochać. Trudno pokonać swój egoizm. Ale z drugiej strony jesteśmy wolni od spraw doczesnych, takich jak robienie kariery czy nieustanne zarabianie pieniędzy. Dlatego powinniśmy mieć czas by poświęcić się sprawom istotnym - zgłębianiu tajemnicy człowieka i Boga.

A to wymaga wysiłku i poświęcenia. Wymaga otwarcia na człowieka i na Boga. Wymaga wiecznej czujności i uczciwości wobec samego siebie. Ciągłej refleksji nad swoim postępowaniem i jego motywami. Ciągłego odkrywania sensu słów Ewangelii - odkrywania w prawdzie i wolności.

I takie ma być nasze życie. Nasze księży i Was ludzi świeckich. Nasze życie jest bowiem drogą. I na tej drodze stajemy się coraz pełniej chrześcijanami, pomimo potknięć i ślepych zaułków. Możemy iść tą drogą, bo wiemy, że towarzyszy nam Bóg. Bóg kochający i przebaczający.

Niezwykłej mocy nabierają tu słowa, powtarzane ostatnio przez wielu: "chrześcijaństwo jest raczej przed nami, niż za nami"... Pamiętajmy o tym.

Październik 2002

28 października 2002

św. Tadeusza Judy i Szymona Gorliwego
Gdy dziś obchodzimy święto tak wielkich Apostołów, jakimi byli Juda Tadeusz i Szymon Gorliwy warto zapytać, kim jest apostoł? Cóż to za człowiek przedziwny, który takie wyróżnione miejsce zajmuje w Kościele i tak szczególną rolę przypisuje mu się w naszej historii?

Jan Ewangelista przybliżył nam ów szczególny stan ducha i umysłu, jaki był udziałem apostoła Jezusa Chrystusa. Tak pisze w swoim pierwszym liście: To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce - bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, i o nim świadczymy.

Apostoł więc jest tym, który dotykał życia, który oczyma swymi widział i rękoma dotykał. Apostoł jest tym, który został dotknięty przez Życie, a następnie posłany, by życie to głosić: "Pokój Wam. Jak Ojciec mnie posłał tak i ja was posyłam" - powiedział Jezus.

Apostołowie zostali posłani, by głosić wybaczenie i pojednanie, świadczyć o życiu Chrystusa i jego nieograniczonej miłości.

Dziś, prawie po 2000 lat my - będący następcami i spadkobiercy apostołów realizujemy tę misję niesienia Dobrej Nowiny.

Chciałbym krótko zastanowić się, jakimi jesteśmy apostołami. Jak w dzisiejszym świecie odkrywamy przed ludźmi moc Słowa Bożego?

Narzuca mi się tutaj scena z Wieczernika zapisana w Ewangelii Jana: "Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami...".

A więc uczniowie, byli zamknięci w pokoju i bali się wyjść. Historia się powtarza. Dzisiaj my też jesteśmy często zamknięci - albo w naszych celach klasztornych albo w naszych lękach i stereotypach.

Często boimy się wyjść do ludzi, iść z nimi ich drogą, by tam móc służyć im wsparciem i pomocą. By na tej ich drodze świadczyć słowem i czynem o nieograniczonej miłości Bożej. Mam niekiedy wrażenie, że za bardzo przyzwyczailiśmy się czekać na ludzi, aż przyjdą do nas, do kościoła.

A przecież Jezus posłał nas przede wszystkim do grzeszników i niewierzących. Wielu z nich bądź nie zna Kościoła, bądź też zostało zranionych przez następców apostołów i otrzymane rany jeszcze się nie zagoiły.

Czy nie czas otworzyć zamknięte drzwi i wyjść do ludzi by głosić im prawdę o miłości Bożej? Jak jednak to zrobić, jak pozbyć się lęków, które każą nam trzymać drzwi zamknięte? Na pewno trzeba zacząć od przyznania się do tych lęków i poznania ich, od uzmysłowienia sobie, czego tak naprawdę się boimy, co trzyma nas w zamknięciu.

Czy boimy się tych innych, błądzących ludzi? Czy boimy się świata? A może po prostu boimy się samych siebie? Boimy się, że nasze słabości zwyciężą w konfrontacji z pokusami świata? Wyjątkowo trafne wydaje mi się a propos tej sytuacji, zdanie wypowiedziane przez belgijskiego jezuitę Emila Merscha: "To z braku szkieletu niektóre zwierzęta wytworzyły wokół siebie skorupę".

Czasami właśnie mam wrażenie, że my księża często otaczamy się taką właśnie skorupą - poczucia wyższości, nadmiernej surowości czy nawet grubiaństwa, w obawie o nasz własny wątły kręgosłup. Boimy się, żeby nikt z zewnątrz nie zobaczył, że mamy równie schorowany kręgosłup, co inni.

Przecież, pierwszym apostołom także daleko było do doskonałości - byli słabi i bojaźliwi. A jednak Jezus posłał ich głosić moc miłości Bożej. Jezus posłał do nas tych właśnie słabych grzeszników.

I spójrzmy jak to się stało, że z ludzi bojaźliwych stali się oni zdolnymi do niezwykłej odwagi i poświęcenia głosicielami Ewangelii.

To widok zmartwychwstałego Chrystusa uwolnił ich od lęków i napełnił radością życia. Jezus zjawiając się w zamkniętym pokoju ze słowami: "Pokój Wam" przekształcił ich serca - pomógł otworzyć drzwi i pokonać strach.

I nam dzisiaj trzeba nieustannie czerpać moc z Jezusa zmartwychwstałego. Pozbywać się naszych lęków, by umieć cieszyć się radością życia i miłością Bożą. Dopiero kiedy sami zaznamy tej radości będziemy mogli innym ją głosić.

Nasze głoszenie nie ma przecież być jedynie przekazem suchych informacji o życiu i śmierci Jezusa. Nasze głoszenie ma przekazywać innym życie. Ma przekazywać prawdę o nas samych i o nieskończonej miłości Boga, który jest zawsze wśród nas. Wśród nas ludzi słabych i grzesznych.

Trzeba Go jedynie odnaleźć w nas samych.

27 października 2002

Mt 22, 34-40
Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go, wystawiając Go na próbę: "Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?" On mu odpowiedział: "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.

Nie po raz pierwszy słyszymy jak Jezus mówi nam, że naczelną zasadą, którą powinniśmy się kierować w życiu jest miłość.

Zapyta ktoś, jak można tak konkretnie w życiu miłować Boga? Jak możemy miłować Boga, który jest nieskończony i nieosiągalny przez nas? Co my możemy dla niego zrobić? Przecież on ma wszystko! Nie możemy mu dać niczego, czego by nie miał już wcześniej. Przeciwnie, wszystko, co my mamy, od Boga pochodzi i do Niego należy.

Cóż możemy dać Bogu, który ma wszystko i niczego nie potrzebuje?

Jak miłować Go całym sercem, duszą i umysłem?

Jak to robić konkretnie w tym życiu, nie tylko przez głębokie westchnięcia duszy?

Św. Tomasz z Akwinu powie, że aby coś umiłować, trzeba to najpierw poznać. Nie można miłować tego, czego nie znamy. Jeśli nie znamy Boga nie możemy go miłować, bo nie wiemy, kim jest. Jeśli źle znamy Boga, to miłujemy nie Boga, lecz jego fałszywy obraz, który sobie tworzymy.

Pierwszym więc przejawem miłości Boga jest pragnienie poznania go. To jest droga do zbliżenia się do owego nieskończonego piękna i dobra.

Jednak poznanie Boga to rzecz bardziej niż złożona. Nie sposób Go zobaczyć wprost, twarzą w twarz. Nie znamy prawdziwego oblicza Boga. Nie mógł go zobaczyć nawet Mojżesz w krzaku ognistym. I my też nie możemy.

Gdzie więc szukać prawdziwego oblicza Boga?

Może w twarzach jego dzieci? Czyż dzieci nie są podobne do ojca?

Może więc miłość do Boga - dla nas ludzi - najpełniej wyrazić się może w miłości bliźniego? Właśnie w twarzy drugiego człowieka dojrzeć możemy Boga. Ale to również trudne zadanie - co dzień patrzymy na ludzi i nie bardzo widzimy tam Boga.

W prologu do słynnej książki Paulo Coelho Alchemik znalazłem trafny opis takiej sytuacji. Otóż zapisana jest tam historia pewnego młodzieńca imieniem Narcyz, który codziennie chodził nad jezioro, by w tafli wody podziwiać swoje piękne odbicie. Był tak pochłonięty swoim obrazem, że pewnego dnia wpadł do jeziora i utonął.

Nad jezioro przybyły boginie leśne i zobaczyły ogromną rozpacz jeziora. "Dlaczego płaczesz" - zapytały boginie ?

"Płaczę za Narcyzem" - odpowiedziało jezioro.

"Nie dziwi to nas. Jedynie Ty mogłeś na co dzień rozkoszować się jego pięknością".

"To Narcyz był piękny?" - zdziwiło się jezioro.

"Kto od Ciebie mógłby lepiej o tym wiedzieć?" - zawołały zaskoczone boginie.

Wtedy jezioro rzekło: "opłakuję Narcyza, ale nigdy nie dostrzegłem, że był piękny. Opłakuję go, bo kiedy pochylał się nade mną mogłem w jego oczach zobaczyć moje własne odbicie".

Czy w naszej miłości nie przypominamy jeziora z tej opowieści? Czy nie przeglądamy się w drugim człowieku tylko po to, by zobaczyć tam samego siebie, by w jego oczach zobaczyć uznanie dla nas. Ten drugi człowiek interesuje nas tylko na tyle, na ile możemy w nim znaleźć potwierdzenie nas samych, przejrzeć się w jego oczach. I może nawet nie wiemy, jakiego koloru są jego oczy!

Nie zauważając drugiego człowieka, nie widząc go takim, jakim on jest - ze wszystkimi jego wadami, ale również z całym jego pięknem, na pewno nie zobaczymy w jego twarzy Boga. I trudno będzie taką więź nazwać miłością.

Miłość bowiem to wielka moc. Moc, która uzdalnia człowieka do wyjścia poza siebie. W pewnym sensie miłość skazuje człowieka na ogołocenie, pozbawia nas egoizmu. Obnaża nas i pozostawia bezbronnym wobec drugiej osoby, tak by mogła ona nas poznać w całej prawdzie i pokochać. Pokochać mimo wszystko - z całymi naszymi zaletami i przywarami.

Miłość możliwa jest jedynie w prawdzie i wolności. Nie może być mowy o prawdziwej miłości między tyranem a niewolnikiem. Chęć posiadania drugiej osoby na własność, podporządkowania jej sobie na zawsze, tak by była naszym odbiciem, stanowi ogromną pokusę. Musimy jednak umieć stawić jej czoła. By móc pokochać naprawdę, by móc w drugim człowieku zobaczyć jego własne oblicze, a w nim oblicze Boga.

Nie jest też prawdziwą miłością sytuacja odwrotną, gdy ktoś sam siebie całkowicie podporządkowuje drugiej osobie. Gdy traci własny świat i zatapia się w drugim. Wtedy człowiek raczej ucieka od siebie, nie chce być ze sobą. Wcale jednak nie spotyka tego, w kim się zatapia.

Prawdziwa miłość może więc istnieć tylko między ludźmi wolnymi, którzy potrafią kochać "całym swym sercem i całym umysłem". Zwróćmy uwagę na te słowa Jezusa - mówi On wyraźnie by kochać nie tylko sercem, ale również duszą i umysłem. Czyż nie oznacza to, że miłość nie jest jedynie uczuciem, które bywa ulotne lecz także, a może przede wszystkim aktem woli?

Trudno jest tak kochać. Pamiętajmy jednak, że do miłości się dorasta. Jak mówił ksiądz Tischner: Stopniowo staje się ona coraz wyraźniej doświadczeniem dobra. Nie "dobra dla mnie", ani "dobra dla Ciebie", ale 'DOBRA DLA NAS'. I niekiedy trzeba w swoim życiu wiele zmienić, aby móc pokochać naprawdę.

Przykazanie miłości, powiada Jezus w dzisiejszej Ewangelii, jest wypełnieniem wszystkich praw nowego i starego testamentu. Można by powiedzieć, że jest wypełnieniem całego Bożego przesłania. W niej wypełnia się sens ludzkiego życia. Ona jest u samego początku naszego istnienia i czeka na nas u kresu. Z miłości - do miłości, oto droga, którą idzie człowiek.

12 października 2002

Na inaugurację DSFT

Jak zrozumieć słowa dzisiejszej Ewangelii? Jak zrozumieć naukę Jezusa Chrystusa? Jak pojąć tajemnicę Trójcy Świętej - jedynego Boga w 3 osobach?

Czy droga do poznania Boga prowadzi przez rozum czy przez wiarę? A może przez jedno i drugie? Gdzie kończy się granica rozumu ? Jak być wiarygodnym świadkiem Ewangelii w dzisiejszym świecie?

Te pytania nurtują nas właściwie całe życie. Stawiają je sobie wszyscy - zarówno Wy jak i my zakonnicy.

Martin Heidegger powiedział kiedyś, że 'pytanie jest pobożnością myśli'. Nic bowiem tak nie otwiera serca i umysłu człowieka, jak pytanie, które nosi on w sobie. Dzięki niemu człowiek osiąga właściwy sobie sposób bytowania. Pytanie jest jakby zapomnianym imieniem Boga, innym imieniem Tego, który jest Nieogarnialny i Nieuchwytny. Poznawanie prawdy bowiem przemienia dogłębnie ludzkie wnętrze. Chcielibyśmy, aby wykłady, które dla was przygotowaliśmy, stały się pomocą w Waszych poszukiwaniach.

Poszukiwanie prawdy jest drogą, po której kroczy dominikanin. Tak jest od wieków. Od samego początku pasją dominikanów była prawda. Veritas, to nasze pierwsze hasło.

Zapraszamy was, abyście szli razem z nami tą drogą. Nie na wszystko mamy gotowe odpowiedzi. Nie rzadko poszukiwanie prawdy jest raczej stawianiem pytań, które drążą człowieka i nie pozwalają mu spokojnie pogrążyć się w bezmyślności.

Inną dewizą naszego zakonu są słowa: fides querens intellectum. Wiara (fides) ma starać się zrozumieć samą siebie (intellectum). Ma to być wiara, która jest niesiona i pielęgnowana w naszej osobistej refleksji. W taki też sposób wyraża się pobożność dominikanina, który w kontemplacji prawdy oddaje jej pierwszeństwo w swoim życiu.

Postawę tę być może najlepiej wyraża słowo studium. Oznacza ono wysiłek, zapał, systematyczne i wytrwałe dociekanie. Taki jest sens studium w tradycji naszego zakonu. Klasztory dominikańskie były od początku domami studium, były szkołami. Studiowano Pismo Św. i filozofię. Program dnia skoncentrowany był wokół nauki. Rano słuchano wykładów, następnie dyskutowano, a wieczorem - codziennie - robiono podsumowania, tzw. collationes - kolacje duchowe.

Refleksja i myślenie ma swoje zasady, wymaga rygoru, uzasadniania, krytyczności i wątpienia oraz systematyczności. Chociaż czas każdego z nas jest ograniczony różnymi obowiązkami, ufam, że znajdziecie chwile ciszy i samotności potrzebne do zwrócenia się myślą ku tym sprawom, które sięgają istoty naszej wiary i naszego życia.

Potrzeba nam będzie dociekliwości. Ale dociekliwości takiej, która umie słuchać. Dociekliwości zatroskanej o samą prawdę. Ona zaś nigdy nie daje się wyczerpać. Ciągle jest przed nami, jakby uciekała. Pokazuje się i biegnie dalej, nie dając się pochwycić i ogarnąć w całość. Stawiamy więc pytanie o prawdę nie po to, by znaleźć od razu gotowe odpowiedzi, które zwolnią nas z obowiązku pytania i myślenia dalej. Stawiamy pytanie, by móc dalej pytać, by pytać lepiej, trafniej.

Chodzi o postawę, w której otwieramy nasze serca i umysły na sprawy najważniejsze. Chodzi o wewnętrzne pragnienie zrozumienia, poprzez dociekania znaczeń Pisma Świętego, historii naszej religii, Kościoła, myśli filozofów. Dzięki temu pragnieniu możemy żyć bardziej w prawdzie, łatwiej rozpoznawać to co jest fałszem.

Droga poszukiwacza prawdy jest trudna. Czyhają na niego różne niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest pycha. Pycha wynikająca z bezwzględnego podporządkowania się prawom rozumu. Pycha oparta na przekonaniu, że człowiek sam sobie wszystko zawdzięcza, że to jego rozum decyduje o wszystkim. Jak napisał ojciec Congar "człowiek oddany swej autonomicznej mocy bierze swoją moc przemiany za prawdziwe tworzenie" i zaczyna ingerować w sprawy najważniejsze zycia i śmierci. I tak rodzi się self made man, człowiek, który sam siebie chce w całości kreować.

Innym niebezpieczeństwem jest zniechęcenie, ucieczka od trudnych poszukiwań prawdy, zanegowanie wartości rozumu. Fideizm, odrzucenie rozumu w kwestiach wiary wynika być może właśnie ze zniechęcenia i niechęci do wysiłku. Nie chcę żyć z pytaniami, chcę mieć już gotowe odpowiedzi. Chcę raczej znaleźć pociechę, odpoczynek i wytchnienie, aniżeli wspinać się dalej, szukając, pytając, a fideista powiedziałby: podważając prawdy wiary.

Czy my mamy odwagą tak pytać? Przyznać się przed sobą do tego, czego jeszcze nie wiemy i nie rozumiemy? Przecież nie musimy bronić na siłę wszystkiego, czego nie możemy pojąć. Są rzeczy, które nas przekraczają. Nie mamy dostępu do spojrzenia na całość, ogarnięcia w pełni wszystkiego.

'Serce ma swoje racje, których rozum nie zna', mówił Pascal.

Istnieje pewna granica, niewidzialna granica pomiędzy tym, co możemy sami sprawdzić i zbadać, a tym, co już jest za daleko, gdzie rozum nasz nie sięga, gdzie, jeśli możemy dotrzeć, to zupełnie inaczej. Są takie miejsca, do których dotrzeć możemy tylko z pomocą Przewodnika - Pasterza. Potrzebujemy kogoś, komu moglibyśmy zaufać, kto mógłby nas zaprowadzić tam, gdzie sami nigdy byśmy nie doszli. Potrzebujemy kogoś, kto mógłby nam opowiedzieć o Bogu i o tym, kim On jest naprawdę.

Jednak takiego przewodnika, jeśli go spotykamy, przychodzącego do nas z innego świata, nie możemy poddać próbie, nie możemy sprawdzić jego wiarygodności, bo mówi o świecie, którego nie znamy. Możemy mu tylko zaufać. Jeśli jest tego godny. Jeśli godny jest zaufania.

O Nim pisze św. Jan w Pieśni o Logosie, na początku swojej Ewangelii. Mówi: Boga nikt nigdy nie widział. Ale: Jednorodzony Syn, który jest w łonie Ojca, o Nim opowiedział. Jezus, Jednorodzony Syn, jest Przewodnikiem. Jest Logosem, Słowem Ojca, które uczy nas jak żyć w prawdzie. Słuchajmy więc tej opowieści, bo tylko tak możemy dotrzeć do prawdy, do której rozum nie dociera, której dotknąć można tylko sercem.

Wiara wprowadza nas w tajemnicę. Ale przecież nie odsłania przed nami całkowicie tej tajemnicy. Poznanie wiary jest - jak mówi św. Paweł - niejasne. Tajemnica pozostaje ukryta przed nami, nieodsłonięta. Skrywa się, choć jest już tak blisko.

Jak rozumieć wiarę, która nie chce udawać wiedzy, która nie jest zwykłym światopoglądem, zbiorem przekonań o Bogu, świecie, religii, ale jest otwarciem duszy na tajemnicę?

Może wiara dalej pozostaje bardziej pytaniem, niż odpowiedzią? Nie pytaniem, które chce wątpić, ale takim, które pyta, bo chce być blisko, jak najbliżej?

Tajemnica Boga, tajemnica sensu życia człowieka to wielkie pytania. Stawiając je człowiek staje się człowiekiem. To bowiem jest najbardziej ludzkie w człowieku, że szuka prawdy, czyni dobro i raduje się pięknem.

6 października 2002

Mt 21, 33-43
Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę*, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. 34 Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. 35 Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. 36 Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. 37 W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. 38 Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: "To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo". 39 Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. 40 Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami?» 41 Rzekli Mu: «Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze». 42 Jezus im rzekł: «Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. 43 Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.

Przyjrzyjmy się słowom dzisiejszej Ewangelii. Gospodarz założył winnicę, wyposażył ją, zabezpieczył ("otoczył murem"), wreszcie powierzył ją rolnikom i wyjechał. Zostawił rolników samych.

Czy nie jest to opowieść o naszej ludzkiej historii - Bóg stwarza świat i człowieka, a następnie zostawia nas "byśmy uprawiali rolę".

Ta symboliczna uprawa roli może przynosić dwojakie skutki:

- Po pierwsze uprawiana przez nas ziemia może stawać lepsza i przynosić owoce,

- A po drugie ten uprawiający także staje się lepszy dzięki podejmowanemu trudowi i wysiłkowi.

Gospodarz wyjeżdża, oddala się. Wszystkie wydarzenia w gospodarstwie dokonują się podczas Jego nieobecności. On pozostawia rolnikom wolność.

Bóg oddala się, aby ludzka wolność mogła dojrzeć. Nie jesteśmy pod ścisłą wszechobecną kontrolą boską. Nie mamy być niewolnikami, ale ludźmi, którzy w wolności nauczą się czynić dobro. Bóg daje nam prawo do decydowania o sobie, o tym, co uczynimy ze swoim życiem - powierza nam odpowiedzialne zadania, podobnie jak w przypowieści gospodarz rolnikom.

I co czynią rolnicy ze swoją wolnością? Co czynimy my w naszym życiu?

Zachłyśnięci wolnością rolnicy wzięli się do uprawy roli. I możemy sobie wyobrazić, że tak bardzo zaangażowali się w tę pracę, ze stała się ona dla nich najważniejszym celem. Zapomnieli o wszystkim i skoncentrowali się wyłącznie na tym by uzyskać dla siebie jak najwięcej korzyści. Zapomnieli, że otrzymali tę winnicę jedynie w dzierżawę. I kiedy Pan przysłał swoje sługi po część plonów nie tylko nic im nie dali, ale ich zabili. To samo uczynili z synem Gospodarza. Działali świadomie i z premedytacją - nie chcieli z nikim dzielić się wypracowanymi przez siebie plonami. Chcieli wszystko zachować dla siebie - ulegli chciwości i zachłanności. Wszelkie inne sprawy poszły w zapomnienie.

Jakże często mamy do czynienia w życiu z podobnymi obrazami?

Czy nie dzieje się tak dlatego, że wolność nas przerasta? Że nie wiemy, co z nią zrobić i dlatego chcemy jej się za wszelką cenę pozbyć. I dlatego, często nieświadomie szukamy kogoś lub czegoś, kto nami pokieruje. Kto nada, choć na chwilę, naszemu życiu kierunek i sens. Boimy się naszej samotnej wolności, wiecznych wyborów, wątpliwości. Uciekając przed wolnością zatapiamy się w drugim człowieku, zaczynamy żyć jego życiem, przestajemy być sobą. Zdarza się, ze oddajemy się w niewolę pracy zostając pracoholikami. Zaczynamy działać w różnych organizacjach, partiach politycznych, chronimy się pod skrzydła fałszywej pobożności. Cel jest jeden - nie musieć samemu dokonywać wyborów. Wtopić się w masę, dostać zadanie i instrukcje postępowania.

Problem wolności człowieka zrodził się razem z człowiekiem. Od starożytności zajmowali się nim filozofowie. Sokrates mówił, że wolność to enkrateia, zdolność do kierowania sobą. Uważał, że - aby osiągnąć prawdziwą wolność - człowiek musi najpierw zapanować za pomocą rozumu nad samym sobą, nad swoimi impulsami i namiętnościami. Owa enkrateia, panowanie nad sobą ma zaprowadzić do prawdziwej wolności. Wedle Sokratesa człowiek, który kieruje się w życiu lękami lub przyjemnościami nie jest wolny. Rządzą nim czynniki zewnętrzne. I one decydują o jego postępowaniu. Staje się on w ten sposób niewolnikiem swoich pragnień i lęków, i nie może czynić tego, co najlepsze.

Natomiast człowiekiem wolnym rządzi dusza, która pozwala mu zapanować nad namiętnościami i odruchami. Pozwala mu każdorazowo dokonywać wyboru, daje możliwość czynienia tego, co dobre.

Koncepcja Sokratesa jest bliska chrześcijańskiej wizji człowieka. Jak pisał ks. Tischner: "Wolność polega na tym, że wznoszę się ponad uwarunkowania, że staję się suwerenem, zyskuję autonomiczność. Sumienie jest jakby "mówiącą wolnością". Jedynie człowiek wewnętrznie wolny może czynić dobro.

Doskonale wiemy jak trudno taką wolność osiągnąć. Na co dzień zmagamy się z pokusami ucieczki od wolności, z pokusami schronienia się w bezpiecznym przytułku namiętności.

Ale wiemy także jak złudna jest ta ucieczka! Wie o tym każdy, kto doświadczył takiej chwili w życiu, kiedy Pan przychodzi i prosi o należną mu część plonów.

Zwróćmy uwagę na postawę Gospodarza z przypowieści. Na jego nieograniczoną ufność. Przysyła swoje sługi wielokrotnie. Ufa w dobroć rolników. Przysyła syna i traci syna.

On wierzy, że dobro w sercu każdego człowieka okaże się silniejsze od zła. Jak pisał św. Tomasz: 'Nieskończona dobroć Boga sprawia, że także ze zła wyprowadza On dobro'. Właśnie tym, co podnosi człowieka, co pozwala mu powstać, jest ufność Gospodarza, który się nie zniechęca.

Wiara w człowieka, może zwłaszcza wiara w człowieka złego, jest wyrazem wiernej miłości Boga. Miłości Tego, który nie opuszcza i nie odrzuca nigdy swojego ludu.

Nie odrzuca nigdy żadnego człowieka!

I to ona pozwala ludzkiej wolności dojrzeć. Dopiero w atmosferze miłości, która dopuszcza błądzenie człowieka, miłości, która pozostaje mimo to wierna, wolność uzyskuje swój właściwy kształt.

Na obraz i podobieństwo Boga, który jest niczym nieograniczoną pełnią nieskończonej wolności.

Wrzesień 2002

22 września 2002

Mt 20, 1-16
Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: "Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam". Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: "Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?" Odpowiedzieli mu: "Bo nas nikt nie najął". Rzekł im: "Idźcie i wy do winnicy!" A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: "Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!" Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: "Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty". Na to odrzekł jednemu z nich: "Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.

Gdybyśmy tak potrafili uwolnić się o zazdrości i zawiści. Gdybyśmy tak umieli życzyć ludziom dobrze, dbać o ich dobro, cieszyć się ich powodzeniami. Nie zazdrościć bogactwa, sławy, skuteczności, towarzystwa. Cieszyć się z cudzego sukcesu, umieć życzyć drugiemu jak najlepiej.

WTEDY NASZ ŚWIAT BYŁBY GRUNTOWNIE INNY.

I może nawet przyjemnie byłoby na nim żyć.

Tymczasem, bywa inaczej. Słyszę od wielu ludzi, że to nasza wada narodowa: zazdrość i zawiść.

Jeśli tylko komuś coś wychodzi, pojawia się usilne staranie żeby to przykrócić. Nie wychylaj się, zwłaszcza do góry. Oto hasło rodaków. Biedny nasz naród umęczony, sam siebie nawzajem męczy i dręczy. Nie chcemy, żeby ktoś dostał, miał, robił więcej.

Dlatego tak potrzebne są nam słowa dzisiejszej Ewangelii.

"Dlaczego złym okiem patrzysz na to, że jestem dobry". Dlaczego złym okiem patrzysz na to, że ktoś coś robi więcej, niż musi, wykracza poza swoje codzienne obowiązki? Czy dlatego, że mu to się udaje, a ty nawet nie spróbowałeś?

Zazdrość, mówi Max Scheler, jeden z wielkich filozofów niemieckich z początku XX wieku, jest pewnym złudzeniem poznawczym: człowiekowi wydaje się, że jeśli ktoś ma coś, czego ja nie mam, to on mnie tego pozbawił. Dlatego trzeba nam myśleć o własnym myśleniu, być krytycznym i czujnym wobec własnych sądów.

Zazdrość wypływa z bezsilności. Dopóki jej nie ma, jest rywalizacja i nadzieja na zdobycie czegoś, co ma także ktoś inny. Gdy jednak nadzieja gaśnie, zazdrość dojrzewa. Nie jestem w stanie być taki jak on, nie mogę mieć tego, co on ma. Nie mogę liczyć na takie względy jak on. Wiem, że to niemożliwe i nie mogę mu tego darować. Gdy bezsilność zazdrości dojrzeje, pojawia się w sercu człowieka zapiekła zawiść. Ta jest dopiero trucizną duszy rodzącą przewlekłą nienawiść.

Jak leczyć nasze serca z tej choroby?

Trzeba nauczyć się świadomie i wspaniałomyślnie rezygnować. Przyjąć do wiadomości, że niektóre rzeczy są dla nas niedostępne i nie mieć o to pretensji.

To jednak nie przychodzi łatwo. Istnieją warunki osiągnięcia takiego stanu ducha.

Zasadniczym jest poczucie własnej wartości. Spontaniczne, jakby bezrefleksyjne, pierwotne poczucie sensu i wartości własnego życia, w którym nie ma ciągłej pretensji do losu. W którym człowiek nie porównuje się ciągle z innymi z żalem i frustracją rozważając, że on w tym lepszy, albo ciesząc się, że on w tym gorszy. Umie się cieszyć najpierw tym, co ma, bez porównywania.Takie poczucie wartości własnego życia pozwala w wolności cieszyć się z tego, że inni są obdarowani bardziej, mają czy potrafią więcej.

Jezus jest trudnym rozmówcą. Jest dla swoich słuchaczy wyzwaniem i prowokacją. Wyzwaniem do zmiany myślenia i postępowania. Każe im się pogodzić z nierównością, z wolnością innych ludzi i przede wszystkim z wolnością Boga.

Nie każda bowiem nierówność jest niesprawiedliwością. Okazuje się, że może ona wypływać z obfitości daru, daru, który przerasta oczekiwania i daleko wykracza poza minimum, które wyraża zasada sprawiedliwości, mówiąca: daj każdemu, co mu się należy. Gdy już wszyscy mają, co im się należy, Jezus chce dawać więcej, dużo więcej.

I chce abyśmy uczyli się tej postawy, miłości miłosiernej, która daje więcej, niż ktoś zasługuje, więcej niż mu się należy.

Obyśmy umieli cieszyć się razem z tymi, którzy więcej otrzymali.

15 września 2002

Mt 18, 21-35
Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?" Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: "Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam". Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: "Oddaj, coś winien!" Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: "Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie". On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: "Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?" I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu".

Gdybyśmy chcieli postawić pytanie, jak to się dzieje, że Ewangelia jest ciągle czymś nowym, świeżym i odkrywczym, to słowa Jezusa, które usłyszeliśmy dzisiaj, mogłyby nas naprowadzić na odpowiedź.

Przebaczenie, choć głoszone od dwóch tysięcy lat, do dziś nie ma, jak pokazuje historia, zbyt wielu zwolenników. Chrześcijaństwo jeszcze się nie wypełniło, to dopiero początki, tak naprawdę to wszystko jeszcze przed nami, powtarzał jeden ze światłych księży.

Jeszcze wiele jest do odkrycia w nauczaniu Jezusa, a jeszcze więcej do wypełnienia i wcielenia we własnym życiu i w życiu społecznym. Idee Jezusa - powoli, bardzo powoli, stają się udziałem ludzi na ziemi.

A zdolność do przebaczenia może być tutaj probierzem: prawdziwym testem sprawdzającym obecność lub brak ducha Jezusa pośród nas.

Zaniepokojeni uczniowie pytają: ile razy mamy przebaczać? Jezus odpowiada: zawsze, zawsze 'moi drodzy': siedemdziesiąt siedem razy oznacza: zawsze. A jest to trudna sztuka! Zwłaszcza wtedy, gdy krzywda przeszyje ludzkie serce. Gdy człowiek zostaje naprawdę dotknięty.

Przebaczenie oznacza, że ktoś jest mi coś winien i ja mu odpuszczam. Istnieje dług, który komuś daruję. Czy jednak umiemy w sercu powiedzieć: 'tak, skrzywdziłeś mnie, ale ci przebaczam?'.

Nie zawsze.

Niekiedy, na zewnątrz mili i uśmiechnięci, po cichu - wręcz wypierając to ze świadomości - szukamy zemsty. Nieświadomie i obłędnie dążąc do odpłacenia za doznaną krzywdę.

A gdy nie chcemy się przyznać do tego przed sobą, powoli rodzi się w nas resentyment, trucizna duszy, która nienawiść i chęć zemsty i poniżania, ubiera w strój życzliwości i troski. Ta chęć odwetu, często wypierana ze świadomości, zatruwa nasze życie, przesłaniając to, co naprawdę ważne.

Przypominamy niekiedy uczniów Jezusa, którzy przebaczając jeden czy dwa razy, jakby myśleli, że to już wystarczy. Nie chcemy więcej przebaczać.

Czy jednak wtedy taką samą miarę przykładamy do siebie jak do innych? Czy nam wystarczy jednorazowe przebaczenie, by stać się dobrym człowiekiem? Stawiamy innym surowe wymagania, ale czy dla siebie nie domagamy się łagodniejszych warunków? Przecież doświadczamy upadków w naszym życiu. Tak naprawdę ciągle uczymy się na własnych potknięciach. Bo przez całe życie stajemy się ludźmi i potrzeba całego życia, byśmy mogli odkryć pełniej prawdę o sobie.

Ale nie bardzo chcemy pamiętać, że nasz krzywdziciel też błądzi. Gdy jednak to zrozumiemy - to łatwiej będzie nam przebaczać!

Zastanówmy się teraz, kim jest ktoś, kto umie przebaczać? Jaki jest stan ducha takiego człowieka?

Pierwsze, co się nasuwa to wewnętrzna wolność. Wolność od nienawiści, wolność od przymusu zemsty i rewanżu. Jak osiągnąć ten stan ducha?

Oto cała sztuka życia!

By umieć przebaczać siedemdziesiąt siedem razy, trzeba by się zwolnić z funkcji sędziego świata, sędziego innych. Trzeba by widzieć więcej dobra i mieć więcej nadziei. Dostrzegać przede wszystkim to, co dobre w innych ludziach, a ich wadami mniej się oburzać. Trzeba by pamiętać, że nasza sprawiedliwość jest bardzo ułomna i więcej nam trzeba miłosierdzia. Trzeba by umieć razem z Chrystusem powiedzieć: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary.

I wreszcie trzeba by się uwolnić się od lęku i strachu, który sprawia, że stajemy się zakładnikami własnej małości. To ten lęk często każe nam przyjmować wobec drugiego postawy nieprzejednania i surowości.

Nie bójmy się więc. Spróbujmy spojrzeć na drugiego człowieka jak na kogoś, kto tak, jak my uczy się być człowiekiem - popełnia błędy, stara się być lepszy, ale nie zawsze mu to wychodzi. Pomóżmy mu w tej drodze stawania się człowiekiem dodając otuchy dobrym słowem. I spróbujmy uwolnić nasze serca od urazy i chęci odwetu. Nie przez udawanie, ale szczere przebaczenie.

Taka jest chrześcijańska droga nawrócenia. Zajrzeć w głąb swojego serca i odnaleźć tam Boga, który uwalnia od nienawiści, bo obdarza bezwarunkową miłością. On przebacza nam siedemdziesiąt siedem razy - czyli: ZAWSZE.

Może rzeczywiście nadszedł już czas pomyśleć o przebaczeniu. I już dłużej nie zwlekać. Przecież wiemy, wiemy, o kogo chodzi: nie zapominamy o tych, którym nie chcemy darować. To są albo nasi sąsiedzi, albo znajomi z pracy, ci, którzy nas oszukali, albo poniżyli. To jest rodzina: córka, syn, który się sprzeniewierzył; rodzice, którzy zawsze byli bez serca.

Może już czas, dzisiaj, przebaczyć. I pamiętajmy, że to w imię miłości, bo tylko ona uwalnia serce człowieka.

Taka właśnie jest nauka Jezusa. On nauczył nas modlić się: "I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Niech te słowa już nie będą puste - niech ożyją w nas. A przebaczając - poznamy moc przebaczenia.

I wtedy duch Jezusa bardziej zamieszka w tym świecie. A my trochę bardziej będziemy Jego świadkami.

2 września 2002

Łk 4, 16-30
Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. 17 Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: 18 Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, 19 abym obwoływał rok łaski od Pana. 20 Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. 21 Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. 22 A wszyscy przyświadczyli Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: Czy nie jest to syn Józefa? 23 Wtedy rzekł do nich: Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum. 24 I dodał: Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. 25 Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; 26 a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. 27 I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman. 28 Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. 29 Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. 30 On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.

Jezus mówi swoim słuchaczom rzeczy, których oni nie chcą słyszeć. Mówi im rzeczy, które bardzo mocno drażnią ich ucho. Jego słowa właściwie są prowokacją, która doprowadza ich do furii.

Mówi im, że podczas wielkiego głodu w Izraelu za czasów Eliasza, Żydzi przymierali głodem przez 3 lata i 6 miesięcy, a Bóg przyszedł w swoim proroku do poganki, wdowy z Sarepty Syjońskiej.

Bóg troszczy się o swój wybrany naród. Dlaczego więc pomaga pogance, a nie swoim synom? Można postawić takie pytanie!

Podobnie z uzdrowieniem z trądu, Elizeusz oczyszcza poganina Syryjczyka Naamana.

Takie były fakty. To zostało zapisane w świętych księgach Izraela. Jednak czasami ciężko jest przyjmować do wiadomości niewygodne fakty.

Trudno pojąć sugestię, że Bóg Izraela troszczy się o obcych a zaniedbuje swoich. Słowa Jezusa są rzeczywiście wyzwaniem rzuconym ludzkiemu pojmowaniu Boga.

Jakiego stanu ducha mogą dotyczyć te słowa?

Może - między innymi - zbytniej pewności siebie, przekonania o posiadaniu monopolu na prawdę. Przekonania, że Bóg nie może inaczej postąpić, niż JA sądzę.

Łatwo podlegamy złudzeniu, że tylko z nami jest prawda. Jakbyśmy myśleli, że możemy przewidywać ścieżki i myśli Boże. Wbrew Pismu, które mówi, że Jego drogi są nie do wyśledzenia.

Albowiem prawda istnieje, ale jest zawsze przed nami. Bo Jezus, który powiedział o sobie, że jest prawdą, powiedział też, że jest drogą, która do prawdy prowadzi. Bynajmniej nie jesteśmy kresu tej drogi.

Nie jesteśmy więc ani właścicielami Jezusa, ani prawdy. Ale w Nim, w Jego słowie i czynach możemy tę prawdę rozpoznawać. Prześwituje ona jakby i staje się nam bliska, gdy wsłuchujemy się w słowa Jego nauki i patrzymy na Jego czyny.

Sierpień 2002

18 sierpnia 2002

Mt 15, 21-28
Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami. Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi. On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz. Od tej chwili jej córka była zdrowa.

W dzisiejszej Ewangelii chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie:

Pierwsza, wymagająca moim zdaniem wyjaśnienia, to odpowiedź na pytanie dlaczego początkowo Jezus nie chce pomóc kobiecie - pogance

Oraz druga kiedy Jezus widząc niezwykłą wiarę kobiety kananejskiej w imię miłości łamie przyjęte zasady.

By dać odpowiedź na pierwsze pytanie musimy zrozumieć, że misja Jezusa miała jakby dwa etapy:

Najpierw posłany był On do swoich rodaków, do Żydów. Do tych, którzy poginęli z domu Izraela. Jezus był obiecanym przez Boga Mesjaszem, który przyszedł głosić zbawienie narodowi wybranemu i umiłowanemu w sposób szczególny przez Boga.

Dopiero będąc już pasterzem owiec z domu Izraela Jezus wraz ze swymi uczniami kieruje swoje przesłanie także do innych narodów. To trochę tak jak w rodzinie: najpierw trzeba pomóc najbliższym, z którymi się żyje i mieszka, a następnie iść z pomocą do innych ludzi. Tak też postąpił Jezus.

Tak więc dzisiejsza Ewangelia wskazuje że dobra nowina należy się w pierwszej kolejności Żydom, ale jednocześnie jest zapowiedzią tego, że przesłanie Jezusa ma charakter uniwersalny i jest skierowane do wszystkich narodów.

Druga kwestia to złamanie przez Jezusa wcześniej przyjętych zasad i udzielenie pomocy pogance. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Jezus postępuje niekonsekwentnie i nielogicznie. Czy rzeczywiście tak jest?

Obserwując życie Jezusa i Jego naukę widzimy jasno, że Jego życie nie polega na sztywnym stosowaniu zewnętrznych przepisów. Pamiętamy z Ewangelii, że uzdrowił chorego w szabat czy też mimo święta pozwolił uczniom łuskać zboże.

Jezus nie sprowadza życia do przestrzegania litery prawa. Wręcz przeciwnie podkreśla wielokrotnie, że naczelnym drogowskazem powinna być miłość do Boga i do drugiego człowieka. Jezus szanuje i ceni tradycję, ale jeśli tak się zdarza, że panujące obyczaje czy przepisy stają na drodze miłości, stają się dla niej zagrożeniem, bez wahania wybiera miłość.

Zwróćmy też uwagę na niezwykłą moc wiary kobiety kananejskiej. Wierzyła ona, że łaska i miłosierdzie Boże są dla wszystkich ludzi. Że dobry Bóg chce szczęścia wszystkich i wysłuchuje próśb ludzi.

Była jakby prorokinią nowych czasów, które nadchodziły. Czasów, o których powiedział później św. Paweł, że w Chrystusie został zburzony mur wrogości. I nie ma już ani żyda ani poganina, ani mężczyzny ani kobiety. Ale wszyscy są kimś jednym w Chrystusie.

Można by powiedzieć, że ta mocna wiara kobiety i jej miłość do córki dokonały cudu. Jezus widząc jej wiarę i nadzieję, jaką w Nim pokładała, złamał - w imię miłości - wcześniej przyjęte zasady i uzdrowił córkę. Jeszcze raz dał nam przykład, że w życiu należy kierować się miłością.

Kobieta złożyła swoją nadzieję w Jezusie. Ksiądz Tischner powiedział kiedyś, że gest 'pokładania nadziei' jest jednym z najbardziej tolerancyjnych gestów człowieka.

Pokładając nadzieję otwieramy się na drugiego człowieka. To coś więcej niż tylko przyjmowanie do wiadomości jego istnienia. Gdy wiążemy z kimś naszą nadzieję, staje się on dla nas obietnicą, zapowiedzią przyszłego dobra.

W sposób szczególny takim powiernikiem nadziei może być dla nas Bóg. Wtedy jakby w całości nasza przyszłość i nasz los stają się obietnicą.

Na tej ziemi żyjemy jakby rozpięci pomiędzy odmową i obietnicą. Jednak zwrócona z ufnością do Boga modlitwa sprawia, że to nadzieja jest tym, co kieruje naszym życiem.

Na zakończenie oddajmy raz jeszcze głos słowom księdza Tischnera:

'Z powiernictwa nadziei rośnie więź między ludźmi, tworzy się wspólnota - także wspólnota Kościoła. Dlatego w Kościele biada takim, którzy są bez nadziei. Trzeba człowiekowi powiedzieć: jesteś większy niż twoja rozpacz. Twoja nadzieja jest większa, jest obietnicą. I mówi to Bóg'.

11 sierpnia 2002

Mt 14, 22-33
Zaraz tez przynaglił uczniów, zeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na góre, aby sie modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódz zas była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej strazy nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczacego po jeziorze, zlekli sie mysląc, że to zjawa, i że strachu krzykneli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się. Na to odezwaŁ się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie. A On rzekŁ: Przyjdź. Piotr wyszedł z lodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł sie i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie. Jezus natychmiast wyciagnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwatpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr sie uciszył. Ci zas, którzy byli w lodzi, upadli przed Nim, mówiac: Prawdziwie jesteś Synem Bożym.

W starożytnej kulturze każde miejsce i czas miały swoje znaczenie, były symbolem jakieś rzeczywistości innej, dalszej, pełniejszej.

Spróbujmy zatem przyjrzeć się słowom dzisiejszej Ewangelii rozpoznając znaczenia poszczególnych miejsc i chwil, w których rozgrywały się opisane tu wydarzenia.

Moment, w którym rozpoczynają się te wydarzenia jest szczególny. Właśnie dokonał się cud niezwykły: Jezus nakarmił wielotysięczny tłum. Dał pokarm podtrzymujący życie wielu ludziom.

Gdy tylko tego dokonał, odsyła uczniów, aby płynęli przed nim. Każe im wejść do łodzi i podążać ku drugiemu, oddalonemu brzegowi. To tak jakby Jezus postanowił poddać ich kolejnej próbie. Jezioro było bowiem niebezpieczne, stanowilo dla nich zagrożenie. Jak pisze Ewangelista "łódź była miotana falami, bo wiatr był przeciwny." W kulturze starożytnej woda jako nieokiełznany żywioł symbolizowała często miejsce przebywania diabła, skrywającego się w głębiach pod postacią smoka czy węża. Uczniowie mają więc przepłynąć jezioro, mają dotrzeć do drugiego brzegu, pokonując przeszkody, ale również swój strach i lęk.

A Jezus oddala się, odchodzi, opuszcza uczniów. Pozostawia ich samych bez opieki. Czy nie jest to także doświadczenie człowieka dziś. Samotność, opuszczenie, bezradność, życie w zagrożeniu i smutku. Poczucie opuszczenia przez ludzi i przez Boga?

Jezus sam szuka samotności i pustki, chwili ciszy i oddalenia od wszystkich ludzi. Szuka pustki by móc spotkać się z Bogiem. Idzie na górę, która oznacza miejsce styku ziemi z niebem, miejsce, gdzie Bóg przebywa i gdzie można Go spotkać. I tam się modli.

A czas płynie. Jest już późna, głęboka noc. Noc oznaczająca ciemność i panowanie zła. Ale noc, która oznacza także zapowiedź jutrzenki i blask poranka.

W tej głębokiej nocy, kiedy fale jeziora są wzburzone Jezus idzie po wodzie do uczniów. W nocy nie sposób rozpoznać i odróżnić zła od dobra. Dlatego uczniowie przerażeni nie wiedzą, czy nie czyha na nich zjawa.

Dopiero słowa Jezusa, jego głos sprawia, że uczniowie odzyskują utracony wewnętrzny spokój. Takie jest sens słów wypowiadanych przez Jezusa: przywrócić utracony pokój.

A dalej widzimy zapał Piotra, jego wiarę i nadzieję. Wiara i nadzieja to moc niezwykła. Pozwala dokonywać cudów. Pewnie nie raz słyszeliśmy o cudach, które czyni: o śmiertelnie chorych nie tracących nadziei i o tym jak ta nadzieja sprawia, że choroba się nie rozwija. Nadzieja to niezwykła moc, która pozwoliła Piotrowi iść po wodzie.

Jednak Piotrowi tej wiary i nadziei nie starczyło na długo. Szybko zwatpił. Zląkł się wiatru. Zagrożenie i zło nierzadko zabija w człowieku wiarę.

Jak często my sami przypominamy w naszym życiu Piotra. Trudności, nieszczęścia, przeciwności sprawiają, że zaczynamy wątpić. Teoretycznie niby wiemy, że Bóg nas kocha i otacza swoja opieką, ale nie chcemy się pogodzić z tym, co nam się przydarza. Tracimy nadzieję na wyjście z trudnych sytuacji, z nieszczęścia, choroby. Zaczynamy się skarżyć na nasz los, na życie, na ludzi, na Boga. I zaczynamy tonąć jak Piotr. W sercach kryjemy do Boga żal o to, że nas opuścił.

Dopiero później, z perspektywy czasu, możemy zrozumieć, że te nasze nieszczęścia miały swój sens. Pomogły nam lepiej zrozumieć siebie, naszych bliskich. Zmienić nasze życie, zrozumieć sens cierpienia.

Stac się bardziej dojrzałym człowiekiem, bardziej wyrozumiałym dla innych i bardziej kochającym. Dopiero po czasie widzimy, że przez tamte, niekiedy tragiczne sytuacje działał Bóg. I dopiero wtedy odkrywamy sens "planu Bożego" wobec nas.

Na tym bowiem polega nasza droga duchowa. Całe życie jest drogą, drogą do pełniejszego stawania się człowiekiem, drogą do Boga. Podobnie jak Piotr mamy momenty załamania, zwątpienia, ale wtedy głos Jezusa pozwala nam przywrócić spokój i odzyskać nadzieję.

Prośmy Boga o to, byśmy potrafili zachować wiarę i nadzieję w trudnych chwilach. By przekonanie o Bożej miłości towarzyszyło nam przez całe życie.

Czerwiec 2002

23 czerwca 2002

Mt 10, 26-33
Więc się ich nie bójcie! Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.

W słowach dzisiejszej Ewangelii słyszymy niecodzienne wezwanie do odwagi cywilnej w życiu. Do życia otwartego, życia bez strachu. Jezus mówi: nie bójcie się ludzi. Co wam mówię w ciemnościach, powtarzajcie jawnie. Zachęca nas do głoszenia prawdy.

Za tymi słowami Jezusa kryje się niezwykły duch wolności. Patrząc na Jego życie i słuchając Jego słów widzimy, że prawdziwie wolny jest ten, który postępuje zgodnie z prawdą o sobie samym, zgodnie z prawdą własnego sumienia.

Jak wolny był wewnętrznie Jezus!

On w całym swoim życiu zachował integralnie i w całości to, co głosił. I przez to właśnie naraził się prawie wszystkim. Za swoją odwagę i za prawdę zapłacił cenę najwyższą - swoje życie. I tak właśnie bywa, że często płacimy cenę za głoszenie prawdy, za wewnętrzną wolność. Prawda bowiem jest często niewygodna, wymaga wysiłku, zastanowienia się nad sobą i nad światem. Wymaga czasami przełamania obowiązujących konwenansów, podjęcia ryzyka, a na to nie każdego stać. Często wolimy z wygodą zagłębić się w konformizmie mówiąc, przecież tak robią wszyscy, czemu więc ja mam się wychylać?

A jednak to ciągłe podejmowanie wysiłku stanięcia w prawdzie stanowi o naszym człowieczeństwie. Czy nie to jest naszym zwycięstwem nad światem?

Jezus mówi: Nie bójcie się, Rozgłaszajcie na dachach to, co usłyszycie na ucho.

Źli ludzie nic nie mogą wam zrobić. Nie oni są panami świata i ludzkiego losu. Nie są władcami ostatecznymi. Nie do nich należy ostatnie słowo. Nawet gdyby mieli zabić ciało - do ludzkiego ducha nie maja dostępu. To człowiek sam decyduje o swojej wolności. Nawet będąc w niewoli czy więzieniu można być wolnym człowiekiem. Wolność jest wewnętrznym stanem ducha, i jeśli człowiek sam nie odda wolności, to nikt nie może mu jej zabrać.

Tak właśnie pisał Herbert w Przesłaniu Pana Cogito: Idź, dokąd poszli tamci, do ciemnego kresu, po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę (?) Idź wyprostowany wśród tych, co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch. Ocalałeś nie po to, aby żyć. Masz mało czasu, trzeba dać świadectwo.

To niezwykłe wezwanie do wierności własnemu sumieniu powstało w czasach totalitaryzmu w Polsce. Ale wraz ze zniknięciem komunizmu nie zniknął problem wierności zasadom i sumieniu i prawdzie. Zawsze będzie mało czasu i trzeba będzie iść, żeby dać świadectwo.

W czasach totalitaryzmu - można chyba powiedzieć - życie w wolności było w pewnym sensie łatwiejsze. Sytuacja była bardzo wyrazista, czarno - biała. Byli oni - źli komuniści czy oportuniści służący im w imię własnych interesów i my - dobrzy, prześladowani. Łatwiej było w pewnym sensie rozeznać, co złe a co dobre. A teraz, w czasach demokracji, brak jest tych wyraźnych granic pomiędzy my i oni. I musimy dokonywać ciągłych wyborów i decyzji, co dobre a co złe. Teraz dopiero widzimy jak trudna jest wolność.

Dlatego tak ważne jest posiadanie wewnętrznego drogowskazu - sumienia, które pozwala nam dokonywać tych trudnych ocen i wyborów w życiu codziennym.

Dla nas chrześcijan życie zgodnie z sumieniem to nieustanne dawanie świadectwa Ewangelii. To świadectwo życia: dobroć, sprawiedliwość, miłosierdzie, życie w prawdzie. To ciągłe podejmowanie wysiłku by odkrywać prawdę i miłość. Tylko tak, tylko w ten sposób możemy wypełnić nasze boskie powołanie - wierności światu innemu, niż świat chwilowych zdobyczy. Wierności zasadom wyższym, które są trwalsze i ważniejsze nawet od ochrony naszego stanu posiadania tutaj na ziemi.

I właśnie w imię tych wartości - miłości, prawdy i sprawiedliwości Jezus zachęca nas byśmy przełamali strach i odważnie mówili prawdę.

Na pociechę, jakby dodając nam otuchy, Jezus daje nam inne, niezwykłe słowa, odsłaniające prawdę o troskliwym obliczu Boga. Jego opiekuńczej bliskości. Jesteśmy w rękach dobrego Ojca i nic nam nie grozi. Jezus mówi, że nawet włosy na naszej głowie są policzone. Nie jesteśmy sami, Bóg czuwa przy nas zawsze. Jesteśmy dla niego bardzo ważni, o wiele "ważniejsi niż wiele wróbli".

12 czerwca 2002

Mt 5, 17-19
Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.

Słowa Jezusa mogą nam sugerować, że postawa, którą proponuje jest postawą drobiazgowego wypełniania przepisów Prawa Starego Testamentu.

Jednak, żeby w pełni zrozumieć sens wypowiedzi Jezusa, musimy zestawić ją z innymi Jego słowami i czynami. Jak czytamy w Nowym Testamencie Jezus często łamał obowiązujące obyczaje i konwenanse w imię miłości bliźniego: na przykład pozwolił uczniom łuskać kłosy w szabat, co było zakazane, uzdrowił także człowieka w szabat. I robił wiele innych rzeczy niezgodnych z obowiązującym w jego czasach prawem religijnym.

Słowa Jezusa o tym, że ani jedna jota nie zmieni się w Prawie trzeba więc zrozumieć inaczej niż jako sztywne przestrzeganie przepisów. Otóż Jezus mówi, że nie przyszedł ustanowić nowej nauki, innej od tej, która została przekazana w Starym Testamencie. Powiada, że nie przyszedł znieść Prawa i Proroków. Nie przyszedł znieść, ale wypełnić. Wyrażenie Prawo i Prorocy oznacza tyle co Stary Testament. Jezus przyszedł więc raczej wypełnić to, co zapowiadają pisma starotestamentalne. On sam, całe Jego życie jest wypełnieniem zapowiedzi prorockich.

Św. Tomasz z Akwinu zauważa, że proroctwa i zapowiedzi zawarte w Starym Testamencie dotyczą wielu konkretnych sytuacji z życia Jezusa. I tak np. zdrada Jezusa została szczegółowo zapowiedziana w psalmach:Nawet człowiek, któremu ufałem, który jadał chleb mój, wielkie mi uczynił podejście. Podobnie znajdujemy tam szczegółowy opis prześladowań Jezusa: Moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.

Obserwując życie Jezusa i jego naukę widzimy jasno, że życie nie polega na sztywnym stosowaniu zewnętrznych przepisów. Jezus nie sprowadza życia do przestrzegania litery prawa. Wręcz przeciwnie podkreśla wielokrotnie, że naczelnym drogowskazem powinna być miłość do Boga i do drugiego człowieka. Jezus szanuje i ceni tradycję, ale jeśli tak się zdarza, że panujące obyczaje czy przepisy stają na drodze miłości, stają się dla niej zagrożeniem, bez wahania wybiera miłość.

To, co uderza w postawie Jezusa to wewnętrzna wolność, która pozwala mu wchodzić w dialog i polemikę z ówczesnymi przywódcami religijnymi. Autentyczna więź z Bogiem, prawdziwa religijność i pobożność musi bowiem być poddawana nieustannej refleksji. Kto tego nie czyni może popaść w rutynę lub pogrążyć się w świecie udawania i pozoru.

Ta wewnętrzna wolność, którą dostrzegamy w Jezusie, jest jakby światłem płonącym w sercu, światłem, które pozwala człowiekowi samemu, jakby na własne oczy zobaczyć, co dobre, a co złe. Jest światłem, które mówi człowiekowi, jak zachować się w konkretnej sytuacji. Nazywamy to światło sumieniem. Sumienie musi być wolne. Nie może zostać zniewolone lub wymienione na zestaw przepisów, bo przecież życie jest bogatsze od przepisów. Wolne sumienie musi na co dzień w wolności dokonywać wyborów.

Dlatego potrzeba cnót. Potrzeba męstwa, które pozwoli wytrwać w przeciwnościach i zachować twarz nawet w trudnych sytuacjach. Potrzeba także roztropności. A przede wszystkim potrzeba miłości. Wszystkie cnoty bez miłości stają się jedynie martwym zapisem. Ktoś słusznie powiedział, że prawda powiedziana bez miłości jest gorsza niż kłamstwo powiedziane w nienawiści.

Starajmy się więc w naszym życiu naśladować Jezusa - człowieka wolnego, prawego, szukającego i nauczającego prawdy, nawet z narażeniem własnego życia. Człowieka, który w swej miłości do innych posunął się najdalej - oddał za nas swoje życie. Uczmy się takiej miłości.

9 czerwca 2002. Jarmark dominikański

Mt 9, 9-13
Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.

Faryzeusze pytają: Dlaczego Jezus jada wspólnie z celnikami i grzesznikami.

Można z pewnością powiedzieć, że Jezus zachowuje się niekonwencjonalnie. Nie przestrzega zwyczajów, nie respektuje zasad przyjętych przez swoje środowisko.

Jego środowisko było środowiskiem religijnym, gorąco religijnym - przede wszystkim był to ruch faryzejski, oczekujący na przyjście Mesjasza. Jednak w swojej gorliwości odcinali się od innych. Mieli religijny zwyczaj, żeby nie kontaktować się, nie spotykać z ludźmi, których nie uznawali za prawych, z celnikami i grzesznikami.

Nie chcą się kontaktować z grzesznikami, odcinają się, aby pokazać swoją odrębność. Czują się lepsi od innych. Budują swoją religijność nie na więzi z Bogiem, ale na przeciwstawieniu się ludziom.

Tymczasem Chrystus mówi: nie przyszedłem do sprawiedliwych, ale do grzeszników. Jezus mówi, że chce miłosierdzia, a nie ofiary, i potępienia!

Słuchając słów dzisiejszej Ewangelii nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że od tamtych czasów niewiele się zmieniło. Nauka Chrystusa jest ciągle aktualna. Często sami powtarzać możemy w naszym życiu schemat faryzejskiego działania: My wierzący czujemy się lepsi od innych, uważamy, że posiedliśmy prawdę i pobłażliwie, a może niekiedy nawet z pogardą spoglądamy na innych. Dotyczy to zresztą innych wymiarów ludzkiego życia, nie tylko religii, ale także różnic politycznych, narodowych czy etnicznych.

Patrząc wstecz na historię ludzkości, w tym również na dzieje Kościoła widzimy, że są one historią zmagań z tą ludzką słabością. I widzimy, że co jakiś czas podejmowane są próby jej przełamania, by stanąć w pokorze i prawdzie wobec samego siebie i wobec innych. Z takiej tez potrzeby powstał nasz zakon w 1216 roku założony przez Św. Dominika. Pozwólcie więc, że w dniu Jarmarku Św. Dominika poświęcę parę słów naszemu Zakonowi.

To właśnie spotkanie z tym "innym", grzesznym leży u podłoża decyzji św. Dominika o powołaniu Zakonu Braci Kaznodziejów. Św. Dominik na swej misyjnej drodze spotkał w południowej Francji katarów i albigensów - grupy heretyków pełnych zapału i gorliwości religijnej. Zastanowiło wtedy Dominika, dlaczego misjonarze i delegaci papiescy wysyłani w celu nawrócenia tych grzeszników wracają z niczym do Rzymu. Dlaczego ich misja jest tak nieskuteczna?

Wkrótce zrozumiał. Zrozumiał, że Słowo Boże trzeba głosić przede wszystkim czynem. Postawa głosiciela Ewangelii musi być zgodna z jego Słowem. O miłości nie można jedynie mówić, trzeba także i przede wszystkim kochać. I to nie jakąś wydumaną, abstrakcyjną miłością, lecz naszą konkretną ludzką. Nie można pozostawać zapatrzonym w Boga nie zauważając ludzi, ale raczej trzeba kochać Boga poprzez ludzi. Nie można wywyższać się ponad innych, obcych, ale raczej spojrzeć na nich z miłością, starać się ich zrozumieć i poznać poprzez dialog. Jak równy z równym.

Św. Dominik odrzucił więc symbole wyższości społecznej - wtedy były to buty i podróże końmi. Z kanonika o wysokiej pozycji społecznej stał się wędrownym kaznodzieją. Całe dnie spędzał na rozmowach z katarami, a nocami modlił się za nich do Boga. By podołać tej misji głoszenia założył klasztor dominikanek, a następnie zakon Braci Kaznodziejów.

Nasz zakon opiera się można powiedzieć na 4 filarach: studiowaniu, modlitwie, wspólnocie i głoszeniu. Naczelną dewizą Dominikanów jest Veritas - prawda. Całe nasze życie ma być wypełnione poszukiwaniem prawdy. Realizujemy to zarówno poprzez studia jak i kontemplację.

Nasze głoszenie nie ma być wypowiadaniem jakichś wydumanych, abstrakcyjnych teorii, lecz przekazywaniem prawdy o naszym życiu, opartym o konkretne, życiowe doświadczenia. Tak więc, by móc skutecznie głosić Ewangelię, trzeba znać ludzi z którymi się rozmawia, trzeba znać i rozumieć ich problemy, wiedzieć czym żyją. Nie można być wyizolowanym outsiderem, nierozumiejącym aktualności życia codziennego.

Jak czytamy w Aktach ostatniej Kapituły Generalnej Zakonu z Providence, musimy umieć rozpoznawać znaki czasów i nauczyć się je interpretować w świetle Ewangelii. Katolicyzm oznacza przecież otwarcie, wyjście naprzeciw drugiemu, przygarnięcie wszystkich i uczestnictwo każdego. Nasza wiara skłania nas i zobowiązuje - czytamy w aktach z Providence - by w imię Ewangelii przekładać nasze życie na konkretne zaangażowania, tak by w solidarności z innymi ludźmi dobrej woli aktywnie i pokojowo współpracować w budowaniu innego świata.

Św. Dominik rozesłał swoich braci by głosili Ewangelię na krańce świata. Te krańce świata mają także wymiar symboliczny. Chodzi bowiem o docieranie ze słowem Bożym do wszystkich: do wyznawców innych religii, do niewierzących i do ludzi nieznających Boga i Kościoła. To wielkie wyzwanie nie tylko dla nas dominikanów, ale także dla całego naszego Kościoła - wszystkich ludzi ochrzczonych.

Czyż nie jest tak, że poszukiwanie Boga jest poszukiwaniem prawdy, a głód prawdy zamieszkuje w sercu każdego człowieka, bez względu na rasę czy religię?

Czy jesteśmy gotowi na to spotkanie z INNYM, obcym? Czy potrafimy zaakceptować jego inność i starać się znaleźć wspólne wartości, które nas łączą? Wspólnie z nim szukać prawdy o nas samych i o otaczającym nas świecie. Czy potrafimy dążyć do poznania drugiego człowieka w wolności, a nie przez pryzmat własnych korzyści czy ideologii? Prowadzić dialog w celu zrozumienia, a nie by przeciągnąć kogoś na naszą stronę?

W odpowiedzi na te pytania chciałbym przytoczyć wypowiedź nieodżałowanej pamięci księdza Józefa Tischnera. Pisał tak:

"Mam takie przekonanie, iż chrześcijaństwo - Ewangelię - mamy nie tyle za sobą, ile przed sobą. Dotychczasowe dzieje były trudnym poszukiwaniem tożsamości Kościoła w sporze z innymi - z judaizmem, z pogaństwem, z odszczepieńcami od ortodoksji itd. Dziś stajemy przed okresem, w którym poszukiwanie i potwierdzanie tożsamości będzie się dokonywać poprzez odkrywanie podobieństw (...). Dotąd potwierdzaliśmy różnice, z których wylęgały się przeciwieństwa i krwawe sprzeczności. Nadszedł czas odwrotu. Zabitych już nie wskrzesimy, ale pokochawszy różnice, być może dojrzejemy do głębszego porozumienia".

Maj 2002

26 maja 2002. Uroczystość Trójcy świętej

J 3, 16-18
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.

Często spotykamy się z sytuacją, że gdy czegoś nie potrafimy pojąć to mówimy, że to zbyt skomplikowane. Wyjaśniamy komuś jakąś kwestię, a on odpowiada: "Nie mów już więcej do mnie, bo nic nie rozumiem". To zbyt złożone. Przyzwyczajamy się, że niemożliwość pojęcia czegoś dla ludzkiego umysłu wynika ze złożoności i tylko wprawiony w przebieganiu tych poplątanych ścieżek umysł, jest w stanie ogarnąć jakąś taką całość.

Tymczasem jest jeszcze druga strona medalu. Są rzeczy na świecie, których nie pojmujemy nie dlatego, że są zbyt złożone, ale dlatego, że są zbyt proste! Są tak proste, jasne i oczywiste, że nasz szukający zawiłości umysł nic nie pojmuje!

A jak ma się rzecz z tajemnicą Boga i jego obecności w Trójcy Św.?

Otóż chyba trzeba sobie jasno powiedzieć, że tak jak nie zrozumiemy w pełni, jaki jest Bóg, tak nie zrozumiemy do końca tajemnicy Trójcy Św. Przekracza ona bowiem nasze ludzkie możliwości poznania. Naszym ludzkim rozumem nie ogarniemy ani nie zgłębimy istoty Boga Trójjedynego.

Trzeba nam raczej zaufać Pismu Świętemu i odwołać się do serca, które ma inne racje niż rozum. Ono pomoże nam doświadczyć Bożej obecności w nas nawet, jeśli dla rozumu będzie to niepojęte.

Tajemnica Trójcy Świętej stanowi centrum wiary życia chrześcijańskiego. Jest tajemnicą Boga w sobie samym i źródłem wszystkich innych tajemnic. Jesteśmy chrzczeni "w imię Ojca i Syna i Ducha Św.". Zwróćmy jednak uwagę, że mówimy "w imię" a nie "w imiona". Bóg jest bowiem jeden. Nie wyznajemy trzech bogów, ale jednego Boga w trzech osobach: Ojca, Syna i Ducha.

Bóg Ojciec jest mocą rodząca, pełnym oddaniem, początkiem wszystkiego.

Syn jest czystym przyjmowaniem, byciem rodzonym - sam objawił nam, że pochodzi od Ojca.

Duch św. jest miłością - więzią Ojca i Syna. Jezus przed odejściem do Ojca zapowiedział zesłanie "innego Parakleta" - Ducha Świętego. Duch, który działa od początku stworzenia zostaje posłany przez Ojca i Syna do uczniów i do Kościoła, aby "nauczyć ich wszystkiego" i "prowadzić do prawdy".

Tak więc dzięki działaniu w nas Ducha Świętego, czujemy w sobie obecność i miłość Bożą. Bo Bóg Trójedyny jest miłością. Czyż Bóg nie posłał do nas swego Syna z miłości, a Syn z miłości nie oddał swego życia?

W Trójcy Świętej nikt nie żyje dla siebie. Boskie Osoby łączy miłość, miłość pełna i doskonała, miłość gotowa oddać życie dla drugiego.

Jeśli więc nasz rozum nie jest w stanie ogarnąć istoty Boga obecnego w Trójcy - bo Jego Trójjedyność wybiega poza nasze ludzkie doświadczenia - to przecież nasze serca mogą doświadczyć obecności Boga Ojca, Boga Syna i Ducha Św. w nas. Odczuć Jego miłość. Bo On już w nas jest.

Można by powiedzieć, że całe życie patrzymy na Niego i nie wiemy o tym. Gdy więc zobaczymy Go kiedyś twarzą w twarz, pomyślimy sobie tylko, że przecież ja Cię znam od zawsze.

Pochylmy wiec nasze scjentystyczne rozumy przed nieogarnialną tajemnicą Trójcy i otwórzmy serca, by doświadczyć wszechmocnej miłości Boga.

To, czego nie może ogarnąć zawiły ludzki umysł, może pojąć serce napełnione miłością Boga Trójjedynego.

12 maja 2002

J 17, 1-11a
W czasie ostatniej wieczerzy Jezus podniósł oczy ku niebu, powiedział: «Ojcze, nadeszła godzina! Otocz Syna swego chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej, zanim świat powstał. Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje, i w nich zostałem otoczony chwałą. Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie.

Zauważmy jak wiele razy w tym przeczytanym przed chwilą fragmencie Ewangelii Jana powtarza się słowo "dawać".

Chrystus mówi, że daje życie ludziom. Ojciec dał Chrystusowi ludzi ze świata.

Widzimy w słowach tych, że relacja Ojca i Syna a także relacja z uczniami opisywana jest przy pomocy wyrażeń mówiących o wzajemnym obdarowywaniu się, przynależności i posiadaniu. Słowa te odsłaniają nam miłość. Owo przedziwne oddanie, w którym osoba nie zatraca się, lecz przeciwnie, coraz bardziej staje się sobą i odkrywa siebie w pełni.

Czym jest owa miłość? Czym jest ta prawdziwa, boska miłość, będąca życiem Boga? A czym jest nasza ludzka miłość?

Wydaje mi się, że abyśmy nie zgubili drogi ku poznawaniu prawdziwej miłości chrześcijańskiej, trzeba zrozumieć, że co boskie objawia się dla nas zawsze w ludzkiej postaci, jest na ludzką miarę.

Tak więc my ludzie, tylko na nasz człowieczy sposób możemy przeżywać miłość. Dlatego tak często w Piśmie znajdujemy upomnienia, że oddanie Bogu, pobożność, jako wyraz miłości do Boga, jest iluzją, gdy brak miłości bliźniego. Miłość do Boga ma więc przede wszystkim wyrazić się jako miłość do ludzi.

Dla starożytnych Greków, ale również dla wielu ludzi współczesnych, miłość była zawsze formą pożądania, potrzeby, której nie zna Byt Najdoskonalszy. Prawo czy sprawiedliwość miały wyższą wartość niż miłość. Miłość była tylko metodą, sposobem dążenia do doskonałości. Platon powiadał: "nie kochalibyśmy będąc Bogami". Byt najdoskonalszy nie miewa żadnych dążeń, żadnych potrzeb.

Tak więc kluczową cechą miłości antycznej było dążenie "niższego ku wyższemu", tego gorszego ku bytowi doskonalszemu.

Miłość chrześcijańska jest odwróceniem tego kierunku miłości. Bóg nie jest nieruchomym celem miłości, lecz przeciwnie miłowanie jest jego istotą. Stwórca stworzył świat z miłości i ten akt miłowania jest dobrem samym w sobie.

Max Scheler, filozof XX wieku, pisał, że miłość chrześcijańska jest jakby przelewaniem się nadmiaru życia. Mówił, że jest "kipieniem nadmiaru sił, któremu towarzyszy szczęście i pokój wewnętrzny". Chrześcijaństwo głosząc, że Bóg jest miłością, wskazuje, że jest ona niewyczerpywalna. Udzielanie miłości paradoksalnie sprawia, że jest jej coraz więcej.

Dla Greków miłość była jakąś potrzebą, wynikającą z braku, dla chrześcijan jest jakby przelewaniem się nadmiaru. To właśnie ten nadmiar, ta pełnia pozwala pochylić się ku stojącemu niżej bez obawy, że się coś straci, bez obawy degradacji.

Jednak by doświadczyć tej prawdziwej miłości musimy najpierw pochylić się nad samym sobą. Pełnia miłości wypływa bowiem z poczucia wewnętrznego bezpieczeństwa i świadomości własnej wartości. Jakże często czytamy w Piśmie "kochaj bliźniego swego jak siebie samego". Tak więc by móc pokochać innych ludzi, a przez nich pokochać Boga musimy najpierw pokochać samego siebie.

Miłość chrześcijańska, powiada Scheler nie może sprowadzać się do dobrych uczynków, choć często są one skutkiem miłości. Często, ale nie zawsze. Zdarza nam się bowiem na co dzień obserwować ludzi czyniących tak zwane dobre uczynki, które jednak nie wypływają z prawdziwej miłości. Są jedynie realizacją przyjętych przepisów i zobowiązań. To tak jakby pełnia życia polegała na wypełnianiu przepisów. To tak jakbyśmy myśleli, że osiągniemy szczęście, doświadczymy prawdziwej miłości przestrzegając przepisów.

Słyszałem kiedyś takie porównanie, które utkwiło mi w pamięci - Postawiono pytanie: Czy kierowca jadący drogą i zachowujący przepisy Kodeksu Drogowego może spodziewać się, że będzie szczęśliwy z tego powodu? Raczej nie: nie taki był cel twórców kodeksu. Zachowywanie przepisów pozwala nam jedynie bezpiecznie dojechać do celu. I to nie zawsze! Nie jesteśmy natomiast szczęśliwi z powodu przestrzegania przepisów.

Jakże często wydaje się nam chrześcijanom, że dążenie do szczęścia, do miłości Bożej polega właśnie na zachowywaniu przepisów, na przestrzeganiu Przykazań Bożych. Tymczasem samo zachowywanie Przykazań, polegające na bezdusznej realizacji postawionych zadań nie prowadzi do doświadczenia miłości czy szczęścia. By doświadczyć miłości musimy zajrzeć w głąb swego serca. Musimy pokochać samego siebie, by móc pokochać ludzi i Boga. Dopiero wtedy, gdy poczujemy w sobie tę przepełniającą nas moc poczujemy także, że jest ona nieograniczona i rozlewa się na innych, jak woda tryskająca ze źródła.

Miłość nie jest czymś, co się zdobywa. Ona pojawia się w człowieku sama z siebie. I jest pierwsza. U początku każdego działania. Bo przecież powstaliśmy z miłości Boga.

Musimy jednak pamiętać, że to, co obecne jest w Bogu w sposób doskonały, w pełni, my możemy dostrzec jedynie w części w naszym ludzkim życiu.

Miłość jest pełnią życia, jest przelewaniem się żywotności, jest ciągłym udzielaniem się drugiemu człowiekowi. Bez urazy i sztucznego poświęcenia. Miłość jest twórcza, wolna od zazdrości, lenistwa, czy myślenia o sobie. Obecna w człowieku uwalnia od lęku. Ona jest pierwotnym, całościowym odniesieniem człowieka do rzeczywistości, czymś, co przepełnia serce ludzkie. Jest pełnią życia.

Jak ją zdobyć?

Jej się nie zdobywa. Możemy jedynie powoli odkrywać ją w sobie. Dostrzegać, że już dawno jest w nas obecna. Odkrywać ją i pozwalać, by napełniała nas niczym puchar, z którego następnie rozlewa się wkoło dostarczając otoczeniu tego życiodajnego płynu. Miłość jest łaską. Jest sposobem, w jaki Bóg jest obecny w nas. I tak jak całe nasze życie jest drogą tak również odkrywanie w nas miłości Bożej jest dążeniem do pełni miłości, której doświadczymy u kresu.

Kwiecień 2002

28 kwietnia 2002

J 14, 1-12
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Oj ca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę». Odezwał się do Niego Tomasz: «Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę»? Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przez Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście». Rzekł do Niego Filip: «Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy». Odpowiedział mu Jezus: «Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: "Pokaż nam Ojca?" Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca.

"Nic bardziej nie stoi na drodze do porozumienia niż nasze z góry przyjęte opinie. Opinie te nie pozwalają dotrzeć do nas słowom innego".

"Dopiero, gdy go słuchamy, zaczynamy coś rozumieć, dopiero w rozmowie tworzy się sens, gdyż nigdy nie jest gotowy".

- Tak filozofię zmarłego niedawno wielkiego niemieckiego filozofa Hansa-Georga Gadamera przedstawiała w pośmiertnym wspomnieniu pani profesor Barbara Skarga.

Dwie rzeczy godne są tu uwagi.

Najpierw przekonanie, że istnieje w nas uprzednia wiedza, przyjęte z góry opinie, które kształtują nasze rozumienie świata i nie pozwalają nam dotrzeć do prawdy o drugim człowieku, o świecie, w którym żyjemy i historii, która nas poprzedza. To, co rozumiemy, wnika z naszego wcześniejszego rozumienia.

Z kolei ważne jest zawarte tu przekonanie, że nasza wiedza podlega rozwojowi i nie jest nigdy dziełem skończonym. Sens nigdy nie jest gotowy. Gadamer pisał: "Każdy dialog z cudzą myślą, prowadzony z intencją zrozumienia drugiego człowieka, jest sam w sobie rozmową nigdy nie mającą końca".

Tacy właśnie stajemy wobec słów Pisma Świętego. Zanurzeni w uprzedniej wiedzy, próbujemy odgadnąć znaczenie słów tam zawartych. I dopiero wtedy zaczynamy rozumieć sens, sens, który nie jest ostateczny.

Jeśli bowiem myślimy, że już wszystko wiemy i znamy odpowiedzi na wszystkie pytania - wtedy nie usłyszymy wiele. Dopiero, gdy wsłuchamy się w słowa, gdy wejdziemy z nimi w dialog, możemy okrywać sens, kształtować nasze myślenie zgodnie z zamysłem biblijnego przekazu.

Przyzwyczailiśmy się, że religia to świat gotowych odpowiedzi, prostych i jasnych reguł do wypełnienia. Tymczasem wcale tak być nie musi. Proste i gotowe odpowiedzi nie są najlepszym sposobem dążenia ku Bogu. To raczej bezdroża tych, którym się wydaje, że Bóg mieści się w klatce ich wyobrażeń.

Jezus jest drogą, a więc sposobem, w jaki człowiek poszukuje, jeśli poszukuje szczerze. Kto jest w drodze, kto szuka, świadom, że jeszcze nie znalazł wszystkiego w całości, ten jest z Chrystusem. I On jest z nim.

Paradoksalnie więc, można być człowiekiem zagubionym i równocześnie chrześcijaninem. Nie sposób bowiem szczerze wiedzieć i rozumieć wszystko. Nie sposób rozumieć siebie w pełni, rozumieć, co ja robię na tym świecie, ku czemu to wszystko zdąża.

Przyjęcie wiary w Chrystusa nie jest przejściem ze stanu niewiedzy do wiedzy. Bynajmniej nie można powiedzieć: "Uwierzył, więc teraz ma odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania".

Przecież uczniowie, którzy dzisiaj rozmawiają z Chrystusem niczego nie pojmują. Są przerażeni tym, co się dzieje dookoła. Tak, jak my, nie pojmują słów Chrystusa, nie pojmują tego, co robi, co zamierza zrobić i są przerażeni.

A przecież są z Jezusem. Przerażeni i zagubieni, poszukujący i bezradni. Obecność Chrystusa wcale nie uwalnia ich od niewiedzy, nie jest kresem poszukiwań i nie oznacza rozwiązania wszystkich zagadek. Ale Jego obecność dodaje im otuchy, wiary w siebie, popycha ich do działania. Jego obecność daje im życie - daje im siły do pokonania dalszej drogi.

Bycie z Jezusem nie rozwiązuje żadnego z ludzkich dramatów. Jest tylko sposobem na przejście razem z Nim przez cienistą dolinę życia i śmierci. Na przejście w nadziei i ufności.

Jezus mówi: Znacie drogę, a Tomasz odpowiada: Panie nie wiemy dokąd idziesz! Jak możemy znać drogę!

Religia nie rozwiązuje najważniejszych problemów egzystencjalnych człowieka, po prostu dlatego, że są one nierozwiązywalne. Bo nie sposób uciec przed zagubieniem, przed cierpieniem, złem i śmiercią. Wiara ma być raczej sposobem na przeżycie tych problemów z godnością.

Jezus jest drogą i jednocześnie towarzyszem naszej drogi. Kres nie do końca jest nam znany, nie możemy go dotrzeć do Niego ani siłą rozumu ani woli. Musimy więc zawierzyć Chrystusowi, że ten kres jest w domu Ojca.

I dziś słyszymy Jego zapewnienie, że w domu Ojca mieszkań jest wiele, żebyśmy się nie bali, bo Jezus idzie przygotować nam dom, prawdziwy dom, w którym będziemy wreszcie u siebie.

Marzec 2002

Wigilia Wielkanocna 2002

Mt 28, 1-10
Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego była jak błyskawica, a szaty jego białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i podrętwieli jak umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: «Wy się nie bójcie! Bo wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: "Powstał z martwych i udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie". Oto co wam powiedziałem». Pospiesznie więc oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: «Witajcie». One zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: «Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą».

Dzisiejszej nocy stajemy wobec tajemnicy życia i śmierci, wobec tajemnicy Zmartwychwstania Chrystusa. Tajemnica ta nas przerasta. Nie da jej się tak po prostu ogarnąć naszym ludzkim, logicznym umysłem. By zrozumieć ją choć trochę, obok rozumu potrzebne jest serce. Jak mówił Blaise Pascal: Serce ma swoje racje, których rozum nie zna.

Na początek spójrzmy jednak na tekst Ewangelii. Mateusz stara się nam wyjaśnić owo długo oczekiwane, a jednak zaskakujące Zdarzenie. Grób, do którego przychodzi Maria Magdalena jest pusty. Nie ma w nim Pana:

Anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim.

Tak więc, gdy Anioł zstąpił z nieba i odsunął kamień, Pana już w grobie nie było. Może więc Anioł odsunął kamień, by ludzie mogli zobaczyć, że nie ma tam Chrystusa i łatwiej uwierzyć w Jego zmartwychwstanie?

Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób.

Kobiety przyszły do Grobu o świcie. Inny Ewangelista (Jan) pisze, że przyszły wczesnym rankiem, kiedy było jeszcze ciemno. A więc przyszły do grobu w momencie, w którym z jednej strony panowały jeszcze ciemności, a z drugiej wstające słońce pomału zaczęło rozświetlać świat. Z ciemności zaczynało wynurzać się światło.

Gdy dowiedziały się od Anioła, że Pan zmartwychwstał pospiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i pobiegły oznajmić to Jego uczniom.

Dlaczego z bojaźnią i radością? Czy nie były one w tamtej chwili jak ów świt - zanurzone częściowo w ciemnościach wątpliwości, a jednocześnie czujące, że wypełniło się słowo Chrystusa i że On naprawdę powstał z martwych? Przepełniała je ogromna radość, ale jednocześnie pełne były lęku i wątpliwości.

Widząc pusty grób - po raz pierwszy - doświadczyły w sposób radykalny nieobecności Jezusa. Dopiero wtedy zaczęły rozumieć, że - ta boleśnie przeżyta strata - jest początkiem nowego życia. Ich stare życie z Jezusem się skończyło, i to bezpowrotnie. Nawet Jego grób był pusty i nie mogły złożyć mu należnej czci przez namaszczenie ciała.

Stanęły wobec nowej sytuacji, wobec pustki. Ale nie była to pustka jałowa, beznadziejna. Pusty grób Chrystusa stał się niespodziewanie początkiem nowej drogi. Drogi, na której wszystko miało zacząć się od nowa.

Taka bowiem dziwna jest nasza ludzka droga: przez ciemność do światła, przez pustkę do obecności, przez niewiarę - do wiary i przez śmierć do życia.

Człowiek w życiu zmaga się z wieloma problemami próbując odgadnąć sens swojego istnienia, zgłębić tajemnicę życia i śmierci. Są to tajemnice nieprzeniknione, w obliczu których czujemy się bezsilni, czujemy się nicością. Ta nicość może przerażać i dlatego też często staramy się od niej uciec. Uciec od prawdy o sobie. Zapełniamy swe życie gadżetami, otaczamy się specjalistami, którzy za nas rozwiązują wszystkie problemy.

Na naszych oczach kwitnie cywilizacja człowieka samowystarczalnego, której celem jest zapełnić życie, pomóc człowiekowi zapomnieć o nicości. Zdarza się także, że uciekając przed pustką chowamy się za parawanem fałszywej pobożności. Masz jakiś problem - odmawiasz litanię, dziesiątkę różańca i problem znika. Nic więcej nie musisz robić.

A jednak, tajemnica pustego grobu Jezusa uczy nas, że kto nie doświadczył pustki, nie może narodzić się na nowo. Pustka powoduje, że możemy wreszcie stanąć twarzą w twarz z samym sobą. Możemy wtedy zejść do własnej głębi i odkryć tam nieskończone bogactwa. I wtedy odkrywamy w naszej duszy Boga. Lub - mówiąc słowami Mistrza Eckharta ? pozwalamy, by Bóg narodził się w naszej duszy.

To właśnie obecność Boga w nas nadaje naszemu życiu treść i sens. Pozwala nam zmierzyć się z naszym ziemskim rozdarciem - pomiędzy sprawami tego świata i wiecznością, w którą jesteśmy wpisani. Ta droga w nowe życie jest trudna. Jak wszystko, co nieznane, powoduje strach i niepokój. Dlatego Jezus zmartwychwstały, kiedy stanął przed kobietami wychodzącymi z pustego grobu, dodaje im otuchy, mówiąc: ?Nie bójcie się".

Chrystus pierwszy pokonał drogę: przez śmierć do życia. Swym zmartwychwstaniem zaprasza nas, byśmy wyruszyli w ślad za Nim w nowe życie. W nowe życie - drogą prowadzącą przez pusty ogród, w którym umieramy w naszej dotychczasowej postaci i rodzimy się od nowa do życia z Bogiem.

3 marca 2002

J 4, 5-42
Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które Jakub dał synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny Nadeszła tam kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody Jezus rzekł do niej: «Daj Mi pić». Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: «Jakżeż Ty będąc Żydem prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić»? Żydzi bowiem nie utrzymują stosunków z Samarytanami. Jezus odpowiedział jej na to: «O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: "Daj Mi się napić", prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej». Powiedziała do Niego kobieta: «Panie, nie masz czerpaka. a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie, i jego bydło»? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: «Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu». Rzekła do Niego kobieta: «Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać». A On jej odpowiedział: «Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj». A kobieta odrzekła Mu na to: «Nie mam męża». Rzekł do niej Jezus: «Dobrze powiedziałaś: "Nie mam męża". Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. Powiedziałaś zgodnie z prawdą». Rzekła do Niego kobieta: «Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga». Odpowiedział jej Jezus: «Wierz Mi, niewiasto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem, już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, i takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie». Rzekła do Niego kobieta: «Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko». Powiedział do niej Jezus: «Jestem Nim Ja, który z tobą mówię». Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: «Czego od niej chcesz»? lub «Czemu z nią rozmawiasz»? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: «Pójdźcie zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem»? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: «Rabbi, jedz!» O nim rzekł: «Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie». Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: «Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia»? Powiedział im Jezus: «Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: "Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa?" Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli». Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: «Powiedział mi wszystko, co uczyniłam». Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: «Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani; że On prawdziwie jest Zbawicielem świata».

Może spróbujmy dzisiaj pomyśleć o rozmowie Jezusa z Samarytanką jako o pewnym wzorze dialogu Boga z człowiekiem. Zobaczmy jak Bóg zwraca się do człowieka i jak człowiek może na to odpowiedzieć.

Widzimy więc najpierw, że Jezus jest wolny od uprzedzeń. W tym przypadku uprzedzeń religijnych, które zakazywały Zydom kontaktować się z Samarytanami, a mężczyznom z kobietami. Jezus nie kieruje się uprzedzeniami w stosunku do człowieka, tym co wypada, lub nie. Nawiązuje bezpośrednio z nim dialog.

W rozmowie Samarytanki z Jezusem uderza swoboda z jaką się ona wypowiada. Coś sprawiło, że poczuła się bezpiecznie i mogła z Jezusem rozmawiać szczerze. Pytać o to, czego nie wiedziała. Nie bała się wypowiedzieć wątpliwości, jakie w sobie nosiła.

To właśnie jest cechą prawdziwego dialogu: móc otwarcie mówić o tym, co się myśli. Zauważmy, że Chrystus nawet wtedy, gdy wspominał o małżeństwach Samarytanki, nie potępiał jej, ani nie czynił wyrzutów.

W przypowieści tej poznajemy Samarytankę jako kogoś, kto szuka prawdy. A Jezus jest kimś, kto wspiera ją w tym dążeniu i mówi, gdzie jest źródło prawdy. Wprowadza ją na drogę osobistych poszukiwań. I zwyczajnie z nią rozmawia.

Właśnie dążenie do poznania prawdy jest pierwszą zasadą autentycznego dialogu, chęć zrozumienia, dlaczego drugi człowiek myśli w taki sposób. I przyjęcie do wiadomości, że może myśleć inaczej niż my.

Głównym celem dialogu nie powinna być więc chęć przekonania do własnych poglądów, ani tym bardziej skaptowania stronników i zwiększania własnych wpływów.

Pożądanie władzy, wpływów i posłuchu zabija prawdę - bo w dążeniu do władzy nie o prawdę chodzi. Dopiero uświadomienie sobie i wyrzeczenie się ślepego popędu władzy może sprawić, że człowiek otwiera się na drugiego.

Tak więc prawdziwy dialog pozostawia wolność. Bo tylko wtedy człowiek otwiera się, gdy może się spodziewać akceptacji dla odmienności, gdy szanuje się jego tożsamość.

Chrystus, będąc Mesjaszem i Synem Boga, mógł nauczać z pozycji wyższego, jednak staje u boku Samarytanki, w wolnej i bezpośredniej rozmowie.

Sądząc po naszej codziennej praktyce, mamy w tym jeszcze dużo do zrobienia. Trzeba nam uczyć się podejmować dialog z ludźmi takimi jacy są, uwalniając się od lęków i uprzedzeń.

Ksiądz Tischner mawiał, że Ewangelia jest dopiero przed nami. Obyśmy mieli odwagę odkrywać ją na nowo i żyć zgodnie z jej wskazaniami.

Luty 2002

17 lutego 2002

Mt 4, 1-11
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem». Lecz On mu odparł: «Napisane jest: "Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych"». Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: "Aniołom swoim rozkaże o Tobie, a na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień». Odrzekł mu Jezus: «Ale jest napisane także: "Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego"». Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon». Na to odrzekł mu Jezus: «Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: "Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz"». Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu.

U samego początku drogi nauczania publicznego szatan chce pokonać Jezusa. Chce, aby Jezus poddał mu się, i zatracił w ten sposób prawdę o sobie, o swojej misji. By zatracił siebie i stał się niewolnikiem.

W jaki sposób próbuje to osiągnąć? Wystawia na próbę ludzką słabość Jezusa. Zaczyna manipulować ludzkim lękiem i obawą, tym, o co człowiek może się niepokoić, tym, co sprawia, że jest podatny na wpływ.

W życiu tak często bywa, że próbie poddane zostają nasze lęki i niepokoje, one stają przedmiotem oddziaływania i manipulacji. Wtedy rozstrzyga się nasza wolność. Od tego, co wybieramy w sytuacji zagrożenia i niepokoju, zależy, czy będziemy w życiu kierować się tylko strachem, czy też pomimo zagrożenia, będziemy wybierać kierując się prawdą.

Przedmiotem próby stają się wartości, które są dla człowieka podstawą bytu: głód i pragnienie - a więc to, co dotyczy marterialnych podstaw istnienia człowieka. Dziś to także utrata pracy, mieszkania. Gdy lęk o własny byt rządzi człowiekiem całkowicie, wtedy łatwo gubi on wszelkie zasady.

Jest też w człowieku silna potrzeba bezpieczeństwa. I ona jest przedmiotem pokusy i manipulacji. Gdy więc ta potrzeba zawładnie całkowicie człowiekiem, wtedy traci on wewnętrzną wolność, ucieka od wolności - poddając się w niewolę, czy to innego człowieka, czy też ideologii, która ma zapewnić mu spokój i ukojenie. Gdy boimy się żyć na własne ryzyko, gdy boimy się porażki, czy braku sukcesu, wtedy właśnie zostajemy niewolnikami pokusy bezpieczeństwa.

Zdarza się też, że - w imię własnego bezpieczeństwa - popełniamy okropne występki: tolerujemy krzywdę innych ludzi dziejącą się na naszych oczach, przymykamy oczy na kłamstwo czy po prostu staramy się nie widzieć zła wokół nas. Jakże często obserwujemy postawę obojętności "to mnie nie dotyczy", "nie chcę się wtrącać w nieswoje sprawy". Tymczasem grzech nie polega tylko na tym, że popełniamy złe czyny. Czasami zło wyrządza się także brakiem reakcji na dziejące się nieprawości, brakiem zainteresowania cudzym nieszczęściem.

Trzecim ludzkim pragnieniem, które zostaje poddane próbie w Jezusie jest pragnienie władzy. Dotyczy ono także nas. Chcemy mieć wpływ na świat, w którym żyjemy, i rzeczywiście mamy go na wiele sposobów. Dlatego zagrożenie utratą wpływów, towarzystwa, posłuchu i autorytetu jest pokusą, na którą narażona jest nasza wolność. Gdy lęk o utratę władzy i wpływów zaczyna rządzić życiem człowieka, wtedy popycha go do działań niegodnych.

Szatan chciał zdobyć władzę nad Jezusem odwołując się do Jego ludzkich potrzeb. Wszystkie te potrzeby są naturalne i muszą być zaspokajane. Nie one jednak powinny rządzić. Jest jeszcze ludzki duch, prawość, prawda i wolność.

Gdy rozpoczynamy Wielki Post warto sobie uprzytomnić, że chrześcijańska asceza nie ma na celu zabijanie naszych potrzeb. Ma raczej wyzwolić ludzkiego ducha, aby - pomimo potencjalnych zagrożeń - pozostał wolny. Szukanie prawdy o tym co dobre i odwaga pójścia za prawdą, wbrew ryzyku, jakie w sobie niesie: oto program chrześcijańskiej ascezy. Męstwo bycia - odwaga, by żyć zgodnie z prawdą o sobie.

To, czego się boimy, w jakiś sposób nami rządzi, ma władzę nad człowiekiem. Wolność człowiek tworzy w sobie, gdy wybiera - kierując się prawdą, a nie swoim lękiem. Opis kuszenia Jezusa jest dla nas drogowskazem. Jest przykładem postawy człowieka wolnego, w którym zwycięża prawda.U samego początku drogi nauczania publicznego szatan chce pokonać Jezusa. Chce, aby Jezus poddał mu się, i zatracił w ten sposób prawdę o sobie, o swojej misji. By zatracił siebie i stał się niewolnikiem.

W jaki sposób próbuje to osiągnąć? Wystawia na próbę ludzką słabość Jezusa. Zaczyna manipulować ludzkim lękiem i obawą, tym, o co człowiek może się niepokoić, tym, co sprawia, że jest podatny na wpływ.

W życiu tak często bywa, że próbie poddane zostają nasze lęki i niepokoje, one stają przedmiotem oddziaływania i manipulacji. Wtedy rozstrzyga się nasza wolność. Od tego, co wybieramy w sytuacji zagrożenia i niepokoju, zależy, czy będziemy w życiu kierować się tylko strachem, czy też pomimo zagrożenia, będziemy wybierać kierując się prawdą.

Przedmiotem próby stają się wartości, które są dla człowieka podstawą bytu: głód i pragnienie - a więc to, co dotyczy marterialnych podstaw istnienia człowieka. Dziś to także utrata pracy, mieszkania. Gdy lęk o własny byt rządzi człowiekiem całkowicie, wtedy łatwo gubi on wszelkie zasady.

Jest też w człowieku silna potrzeba bezpieczeństwa. I ona jest przedmiotem pokusy i manipulacji. Gdy więc ta potrzeba zawładnie całkowicie człowiekiem, wtedy traci on wewnętrzną wolność, ucieka od wolności - poddając się w niewolę, czy to innego człowieka, czy też ideologii, która ma zapewnić mu spokój i ukojenie. Gdy boimy się żyć na własne ryzyko, gdy boimy się porażki, czy braku sukcesu, wtedy właśnie zostajemy niewolnikami pokusy bezpieczeństwa.

Zdarza się też, że - w imię własnego bezpieczeństwa - popełniamy okropne występki: tolerujemy krzywdę innych ludzi dziejącą się na naszych oczach, przymykamy oczy na kłamstwo czy po prostu staramy się nie widzieć zła wokół nas. Jakże często obserwujemy postawę obojętności "to mnie nie dotyczy", "nie chcę się wtrącać w nieswoje sprawy". Tymczasem grzech nie polega tylko na tym, że popełniamy złe czyny. Czasami zło wyrządza się także brakiem reakcji na dziejące się nieprawości, brakiem zainteresowania cudzym nieszczęściem.

Trzecim ludzkim pragnieniem, które zostaje poddane próbie w Jezusie jest pragnienie władzy. Dotyczy ono także nas. Chcemy mieć wpływ na świat, w którym żyjemy, i rzeczywiście mamy go na wiele sposobów. Dlatego zagrożenie utratą wpływów, towarzystwa, posłuchu i autorytetu jest pokusą, na którą narażona jest nasza wolność. Gdy lęk o utratę władzy i wpływów zaczyna rządzić życiem człowieka, wtedy popycha go do działań niegodnych.

Szatan chciał zdobyć władzę nad Jezusem odwołując się do Jego ludzkich potrzeb. Wszystkie te potrzeby są naturalne i muszą być zaspokajane. Nie one jednak powinny rządzić. Jest jeszcze ludzki duch, prawość, prawda i wolność.

Gdy rozpoczynamy Wielki Post warto sobie uprzytomnić, że chrześcijańska asceza nie ma na celu zabijanie naszych potrzeb. Ma raczej wyzwolić ludzkiego ducha, aby - pomimo potencjalnych zagrożeń - pozostał wolny. Szukanie prawdy o tym co dobre i odwaga pójścia za prawdą, wbrew ryzyku, jakie w sobie niesie: oto program chrześcijańskiej ascezy. Męstwo bycia - odwaga, by żyć zgodnie z prawdą o sobie.

To, czego się boimy, w jakiś sposób nami rządzi, ma władzę nad człowiekiem. Wolność człowiek tworzy w sobie, gdy wybiera - kierując się prawdą, a nie swoim lękiem. Opis kuszenia Jezusa jest dla nas drogowskazem. Jest przykładem postawy człowieka wolnego, w którym zwycięża prawda.

3 lutego 2002

Mt 5, 1-12a
Jezus widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: «Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni, miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie».

Kazania na górze uważane jest za kodeks moralności chrześcijańskiej. Jednocześnie jego interpretacja należy chyba do najbardziej kontrowersyjnych ze wszystkich fragmentów Ewangelii. Często bowiem tekst ten bywa źle rozumiany i interpretowany. Nie rzadko spotykam się z pytaniem: co właściwie ma oznaczać ta pochwała ubogich w Ewangelii? Czy Chrystus rzeczywiście chwali życie w nędzy, bez pracy, w ubóstwie, a potępia bogatych? Dlaczego ludzie zamożni mają być gorsi? Czy z tego wynika, że nieudaczników czy też społeczeństwa niezdolne do wytwarzania dobrobytu trzeba postawi na piedestale?

By lepiej zrozumieć sens Kazania na Górze przyjrzyjmy się bliżej znaczeniu słowa ubogi w Biblii, po hebrajsku anawîîm. Słowo to oznacza tych, którzy są "pochyleni", czyli ludzi uciskanych. Ale anawîm oznacza także sprawiedliwego, pokornego i wiernego Bogu. I to jest właśnie "ubogi duchem" z Ewangelii Mateusza. Ten ubogi nie jest zwykłym biedakiem.

Można bowiem być biednym i potrzebującym, a jednocześnie pozostać skrajnym egoistą zapatrzonym wyłącznie w siebie i swoje nieszczęścia. Ubogim mającym pretensje do całego świata. Zdarzają się przecież ludzie biedni, zniewoleni przez jedną posiadaną monetę. Nie o takich ubogich chodzi w Kazaniu na Górze.

Raczej /chodzi/ o tych, którzy potrafią oderwać się wewnętrznie od rzeczy. O ludzi, którzy nie opierają swojej wartości i sensu życia wyłącznie na dobrach materialnych i sukcesach zawodowych. To ci, którzy mają inny sens w życiu niż tylko zarabianie, kupowanie i konsumowanie. Ich serca nie są zamknięte i zatwardziałe, ale otwarte na Boga i innych ludzi, na przyjaźń i miłość. To są ci sprawiedliwi, pokorni i wierni Bogu, czyli "ubodzy w duchu".

W tym rozumieniu nawet ktoś, kto pozbawiony jest dobrobytu i doświadczony - wbrew własnej woli - nieszczęściem, może zachować miłość i przyjaźń.

Jezus nie przyszedł po to, by podważyć sens ludzkiego szczęścia doczesnego, jakimi są dostatek, spokojny dom i szczęśliwa rodzina. Kazanie na Górze nie jest apoteozą nieszczęścia. Jezus mówi, że zachowując przyjaźń z Bogiem można ocalić sens własnego życia także wtedy, gdy przychodzi klęska.

I tu właśnie przełamany zostaje panujący w tamtych czasach stereotyp. Dla starożytnego Izraela bowiem błogosławieństwo Boże objawiało się przede wszystkim dobrobytem i pomyślnością w życie: to były oznaki sprawiedliwości człowieka.

Tymczasem Jezus obiecuje "ubogim w duchu" coś więcej, niż dobrobyt na ziemi, obiecuje im swoje Królestwo. Wzywa by się nie lękać, nawet gdy przyjdą klęski i kataklizmy, gdy zostaniemy pozbawieni dobrobytu. Nie w dobrobycie bowiem tkwi sens naszego życia, lecz w miłości i przyjaźni z Bogiem.

Styczeń 2002

27 stycznia 2002

Mt 4, 12-23
Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: «Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło». Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: «Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie». Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro: byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu.

Właśnie usłyszeliśmy w Ewangelii, jak po aresztowaniu Jana Chrzciciela Jezus usuwa się do Galilei do Nazaret. Nie pozostaje jednak długo w swoim mieście rodzinnym, ale udaje się do Kafarnaum. Jest więc przybyszem w obcym mieście, pośród nieznanych sobie ludzi. Pojawienie się kogoś obcego w jakieś społeczności to wydarzenie, które daje do myślenia. Kim jest obcy?

Jest inny i nieznany. Dlatego budzi niepokój. Może się inaczej zachowywać, być inaczej ubranym. Nie tak jak my kroić chleb, mieć inny akcent, wygląd. Budzi niepokój, bo burzy nasz świat. Ale jednocześnie przyciąga, wywołuje ciekawość, wnosi coś nowego.

Często ludzie instynktownie odbierają pojawienie się kogoś obcego we własnym środowisku, albo jako zapowiedź zmiany ku lepszemu, jakiś boski znak, albo jako zapowiedź nieszczęścia i katastrofy, jakiś znak demoniczny. Zawsze jednak pojawienie się obcego stawia pytanie o przyszłość.

Jakoś tak właśnie reagowano zapewne na pojawienie się Jezusa w Kafarnaum. Pojawienie się kogoś nieznanego stawia człowieka przed wyborem, czy przyjąć go czy odrzucić. Zaburza w ten sposób nasze dotychczasowe życie, wybija z rutyny codzienności.

Obcy w jakiejś mierze kwestionuje nasz świat. Pokazuje, że można myśleć i żyć inaczej. Ktoś, kto myśli inaczej zmusza do zastanowienia się. Trzeba samemu pomyśleć, czy nasze życie, nasza wiara nie opiera się za bardzo na nawykach myślowych czy uprzedzeniach. Czy słuchamy rzeczywiście tego, co ktoś ma do powiedzenia, czy od razu klasyfikujemy, przyczepiamy etykietki. Czy nie zgubiliśmy w tym wszystkim gdzieś tego, co najważniejsze.

Obcy jest więc kimś, kto wnosi światło. Kto w jakimś sensie jest wysłannikiem Boga (prorokiem). Byśmy zastanowili się nad naszym życiem. Przychodzi do nas, aby ukazać nam nieznany nam wymiar człowieczenstwa i religii.

Tak jak Jezus był wyzwaniem dla tych, do których przyszedł. Był prowokacją dla ich schematów życiowych i myślowych.

Dziękujmy więc Bogu, za jego wysłanników. Dziękujmy za bogactwo form życia i różnorodność religii. Ta różnorodność wcale nie musi być przyczyną podziału. Jest wyzwaniem, abyśmy umieli otwierać się na tych, których przysyła nam Bóg.

20 stycznia 2002

J 10, 11-16
Jezus powiedział: «Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu Mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz».

O Bogu mówi się dużo, zwłaszcza w Kościele. Czasami wydaje się więc jakby to, kim On jest, było rzeczą oczywistą. Nic bardziej błędnego. Tak naprawdę to niewiele wiemy kim jest Bóg i nie bardzo znamy Go. Dlatego właśnie szukamy, stawiamy pytania i chcemy coś więcej zrozumieć. Ostatecznie jednak nie umiemy głębiej pojąć kim On jest. Św. Tomasz z Akwinu, wielki teolog Kościoła Zachodniego mawiał, że "Najwyższą wiedzą o Bogu jest wiedzieć nie - kim On jest, ale - kim nie jest".

Często zamiast prawdy o Bogu nosimy w sobie różne bardziej lub mniej fałszywe Jego obrazy.

Popularny jest obraz Boga jako bezdusznego legalisty i formalisty. Taki Bóg jest Wielkim Prawodawcą. Dostawcą przepisów. Kto nosi w swym sercu taki obraz Boga, myśli, że najważniejszą rzeczą w jego życiu jest wypełnianie tych wszystkich przepisów. Myśli, że od tego zależy cała jego wartość! Liczy się tylko to.

Taki Bóg - można by powiedzieć - uwielbia jak Jego podwładni, czyli my, realizujemy szczegółowo wszystkie wskazania. Ciągle nam się przygląda, patrzy. Starannie odnotowuje to, co nam się udało, a co nie. Prawie jakby czekał na nasze potknięcia! Jakby mówił: A widzisz: Tu cię mam. To źle robisz. To też źle robisz, a to też fatalnie. Tutaj to aż strach patrzeć. Beze mnie w ogóle byś sobie nie poradził. Widzisz: teraz muszę ci przebaczyć twoje grzechy. Więc proś mnie o to i staraj się. Ciągle się staraj! Choć pewnie nigdy ci się nie uda. Ale przynajmniej się staraj!

Ktoś kto myśli w ten sposób o Bogu szybko przekonuje się, że jest zupełnie beznadziejny. Ciągle czuje się winny. Co więcej, jest przekonany, że zło które widzi w sobie to tylko wierzchołek góry lodowej.

Mając w sercu obraz Boga jako bezdusznego legalisty człowiek wie, że nie da się Go nigdy zadowolić. Zawsze będzie coś źle, nawet gdy się będzie starał. A gdy już zrobi coś dobrego, to wtedy także przypomina sobie, że bez Boga nic nie byłby w stanie tego zrobić. Więc nie ma się czym specjalnie chwalić.

Taki obraz stosunku Boga do człowieka, mieszanina prawdy, półprawd i kompletnego fałszu czasami naprawdę może zatruć człowiekowi życie i niejednego doprowadził do odejścia z Kościoła. A przecież zachowywanie przepisów to bardzo niewiele. Jakbyśmy się spodziewali, że zachowując kodeks drogowy osiągniemy szczęście. Przepisy mogą nam jedynie zapewnić bezpieczeństwo. Ale nie są sposobem na życie i nie dają szczęścia.

2) Drugi obraz Boga i jego relacji do ludzi można by oprzeć na modelu niegrzecznych dzieci i pobłażliwego dziadunia. Jest on próbą osłabienia nieprzyjemnych konsekwencji obrazu pierwszego. Ktoś, kto nosi w swym sercu taki obraz Boga, nie zapomina, że Bóg jest wymagający i sprawiedliwy, ale pamięta równocześnie, że wyrozumiale patrzy na ludzką słabość. Jest jakby sympatycznym dziadkiem z pobłażliwością patrzącym na zagubione wnuki. Ten opis relacji Boga do ludzi wydaje nam się bliższy prawdzie i podnosi na duchu. Sprawia, że Bóg staje się jakby bardziej ludzki, sympatyczniejszy.

Wydaje mi się jednak, że obraz ten ma pewien brak. Gdy bowiem myślimy o tym, że Bóg patrzy z pobłażliwością na nasze słabości, to niekiedy wydawać nam się może, że w nas nie wierzy, nie wierzy w naszą zdolność i wolę czynienia dobra! Gubi się przez to coś, co najbardziej dodaje człowiekowi otuchy.

3) Potrzebujemy więc jeszcze trzeciego przybliżenia obrazu Boga. Kogoś kto, choć widzi ludzkie występki, jednak ceni sobie dobro, które czynimy. Może nawet - w jakiś sposób - podziwia ludzi, którzy zdobywają się na wysiłek czynienia dobrze, na systematyczność i ofiarność. Cieszy się i chwali nas, gdy podejmujemy trud pracy nad sobą. Jest prawdziwym Ojcem i przyjacielem. Bynajmniej nie jest naiwny, ani ślepy na zło. Ale wierzy, że dobro jest silniejsze, i że wygra ostatecznie w każdym człowieku. Dlatego cieszy się z nas, cieszy się z tego, że nas ma. O czym mówił już na samym początku, w księdze Rodzaju: Widział Bóg, że wszystko co stworzył było bardzo dobre.

Nie wydaje mi się słuszne myślenie, że Bóg widzi tylko samo zło, a nie dostrzega piękna i dobra wychodzącego z rąk ludzi. Ja sam - jak pamiętam - byłem wychowywany raczej w atmosferze obrazu Boga jako formalisty i legalisty. I przyznam, że to było okropne. Ale muszę wam powiedzieć, jak pięknym przeżyciem jest odkrywanie coraz bardziej Jego prawdziwego oblicza, dobrego Ojca i przyjaciela.

I tego wam życzę.

13 stycznia 2002

Mt 3, 13-17
Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» Jezus mu odpowiedział: «Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie».

Trudno człowiekowi niekiedy przyznać się do pewnych rzeczy przed innymi ludźmi i przed sobą samym. Trudno jest przyznać się do słabości. Chce się widzieć siebie inaczej, lepiej niż to jest w rzeczywistości. Stąd często konflikt i wewnętrzne rozdarcie. Chcemy być dobrzy, profesjonalni, mili i sympatyczni, a ponieważ często nie umiemy - zaczynamy przynajmniej wyobrażać sobie, że tak jest - nie dopuszczamy myśli, że może być inaczej. I tak z biegiem czasu uciekamy przed sobą coraz dalej.

Cóż więc począć? Co robić?

Ostatnio wpadł mi do ręki zapis wykładów ojca Jana A. Kłoczowskiego z Krakowa pt. Filozofia jako psychoterapia (można je ponoć kupić na furcie u dominikanów w Krakowie za 10 zł). W wykładach tych ojciec Jan szuka pośród filozofów nauczycieli życia godnego i wewnętrznie spełnionego.

Moją uwagę przykuł wykład o Sokratesie. Dla niego - mówi o. Jan - uprawianie filozofii było sposobem leczenia chorej duszy. Lekarstwem było poznanie siebie. Miało on doprowadzić do tego, żeby człowiek stał się panem samego siebie, czyli by osiągnął stan enkrateia, pozwalający na utrzymanie w ryzach impulsów namiętności oraz niechęci do znoszenia bólu. Kiedy zaś człowiek staje się panem siebie, wchodzi w stan eleuteria, czyli wewnętrznej wolności, a ta daje nam poczucie szczęścia i spełnienia - eudaimonia.

Jedną z dróg do poznania siebie i drugiego człowieka jest dialog. Dia - logos dla Sokratesa to spotkanie dwóch umysłów, które wymieniają myśli, wiedząc, że same nie posiadają wiedzy absolutnej. W dialogu dokonuje się proces oczyszczenia - katharsis, kiedy ktoś zaczyna rozumieć, że nie ma racji i jest w błędzie. Sokrates mówił, że człowiek, który nigdy nie przegrał w dyskusji nosi w sobie największą nieczystość na świecie.

Dialog więc pozwala nam na poznanie samych siebie, daje szansę poznać złudzenia, jakimi się karmimy i nie uciekać przed prawdą o nas samych.

Myślę, że chrzest Chrystusa, o którym właśnie usłyszeliśmy w Ewangelii może być dla nas w tej kwestii bardzo pouczający. Jezus pokazuje jak zachować siebie i nie uciekać przed prawdą o sobie samym. Idzie bowiem do Jana Chrzciciela nad Jordan. Jan zaś głosi chrzest nawrócenia, czyli obmycia w wodzie na znak wkroczenia na drogę nawrócenia i przemiany.

Można więc zapytać: Jak to? Dlaczego Jezus prosi o to obmycie? Czy dla pozoru, by dostosować się do wszystkich, by udać skromnego i pokornego, myśląc sobie w głębi duszy, że przecież nie potrzebuje nawrócenia?

Wręcz przeciwnie. Jezus nie ucieka przed wkroczeniem razem z wszystkimi na drogę nawrócenia. Bo jest prawdziwym człowiekiem. Jest kimś, kto tak jak inni potrzebuje nawrócenia: odrzucenia zła i zwrócenia się ku Bogu (choć sam nigdy - jak wierzymy - nie uczynił niczego złego). Jest prawdziwie pokorny - pokora bowiem to odwaga stanięcia w prawdzie, a nie fałszywe udawanie skromnego i uniżonego.

Sokrates chciał wewnętrznego oczyszczenia na drodze spotkania i rozmowy. W scenie z dzisiejszej Ewangelii jesteśmy świadkami takiego spotkania, dialogu Ojca z Synem i widzimy jak to spotkanie sprawia w Synu oczyszczenie i przemianę, przez działanie Ducha, ukazanego w symbolu gołębicy.

Dzięki naszej wierze możemy powiedzieć, że spotkanie i rozmowa człowieka z człowiekiem, człowieka z Bogiem i Boga z Bogiem, to miejsce gdzie obecny jest Duch - Paraklet, czyli Pocieszyciel, pełnia Miłości i Prawdy. To On daje panowanie nad sobą, to On wyzwala i oczyszcza. On działał w Sokratesie i to On zstąpił na Jezusa. Dzięki Niemu człowiek nie musi już udawać i uciekać przed sobą. Duch sprawia, że możemy żyć godnie, w poczuciu wewnętrznego spełnienia. Żyć pełnią życia.

6 stycznia 2002. Objawienie Pańskie

Mt 2, 1-12
Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon». Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela». Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny.

Nigdy nie było mędrców, którzy przyszli oddać pokłon Chrystusowi.

Tak mówi oficjalna egzegeza biblijna aprobowana przez Kościół katolicki. Opowieść o nich należy do historii napisanych przez Mateusza, które ułożył on, aby oddać pewną istotną prawdę na temat misji Mesjasza. Prawdę, która była o wiele większą rewolucją dla Kościoła pierwotnego, aniżeli dla nas fakt, że nie było nigdy pokłonu Mędrców ze Wschodu.

Prawda ta brzmi: Mesjasz przyszedł do wszystkich ludzi na ziemi. Mesjasz przeszedł do pogan. Jest Zbawicielem pogan, nie tylko Żydów.

Dla Kościoła pierwotnego, składającego się najpierw wyłącznie z przedstawicieli narodu wybranego to był szok. Mateusz, który pisze swoją Ewangelię dla nich właśnie, przekonuje ich, że taki był zamysł Boży od samego początku. Że już przy narodzeniu Chrystusa obecni byli przedstawiciele pogan.

A co to oznacza dziś dla nas? Może to, żebyśmy pamiętali, że dobro jest dla wszystkich. Miłość jest dla wszystkich. Piękno jest dla wszystkich i prawda. Wszyscy ludzie na ziemi mają do nich naturalny dostęp!

Dla narodu wybranego ta informacja, że ich Mesjasz jest nie tylko ich Mesjaszem była szokiem. Chrześcijanie też niekiedy wyglądają na zszokowanych i trudno się im pogodzić z tym, że nie mają monopolu na prawdę i dobro!

A przecież już 1500 lat temu św. Ambroży mówił, że tam gdzie jest prawda, choćby jej cząstka, tam jest obecny Duch Święty. Duch rzeczywiście tchnie kędy chce i nie jest obecny tylko w kościele rzymsko-katolickim.

Czy umiemy się z tego cieszyć? Czy raczej jest to dla nas deprymujące, że pozbawiono nas bezpiecznego siedliska z góry posiadanej słuszności.

Chrześcijanstwo ma być uniwersalistyczne, katolickość ma oznaczać powszechność. Tworzoną inaczej niż przez przemoc, jak to miało miejsce w poprzednich wiekach.

Ten uniwersalizm jest jakby ciągle zapominany i zdradzany. To wielki skandal. Zdradzany jest przez utrzymujący się dalej niczym nie usprawiedliwiony podział kościołów, przez partykularyzm, myślenie o własnych tylko sprawach, tylko o własnym dobru, własnym czystym sumieniu i własnym zbawieniu. Przez patrzenie na inne religie z góry, z poczuciem wyższości i słuszności. Przez niechęć do rozumienia innych i łatwość w osądzaniu.

Nikogo nie mamy włączać z udziału w dobru. Nikogo nie potępiać i uznawać za niegodnych. Ani siebie samych, ani innych ludzi, ani inne narody. Bo Mesjasz został posłany do wszystkich. I do wszystkich dociera - z nami lub bez nas. Miłość Boża bowiem, która łączy - przekracza wszelką podział, niechęć i podejrzliwość.

Mesjasz przyszedł aby zbawić wszystkich ludzi. I z pewnością dokona tego, zamierzył.

Rok 2001

Grudzień 2001

30 grudnia 2001. Uroczystość Sw. Rodziny

Mt 2, 13-15. 19-23
"Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez proroka: «Z Egiptu wezwałem Syna mego». A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia». On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaus w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w stronę Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: «Nazwany będzie Nazarejczykiem».

Rodzina Maryi i Józefa - możemy się domyślać - była domem, w którym panowała atmosfera szczęścia i radości. Jezus z pewnością wychowywał się w klimacie miłości i zaufania, i był szczęśliwym dzieckiem otoczonym miłością szczęśliwych rodziców!

Może więc warto zapytać czy taką właśnie atmosferą przesiąknięty jest Kościół? Czy czasami nasza wiara nie skłania raczej do cierpiętnictwa, w którym ważniejsze i bardziej godne podziwu są ból i cierpienie, aniżeli radość i szczęście. Czy nasza religia nie staje się niekiedy martyrologią, kultem własnych ofiar i poświęceń? Nieraz można usłyszeć jak ludzie pozostający z dala od Kościoła pytają: Czemu to wszystko takie smutne i obolałe? Czemu te pieśni tak pełne jęku i boleści? Jakbyśmy myśleli, że radość i szczęście to domena złego świata, a religia to tylko rzeczy beznadziejne i smutne.

Sprawa jest ważna, bo w takiej atmosferze dążenie do osobistego szczęścia popada w niełaskę i staje się podejrzane.

A przecież człowiek ciągle szuka szczęścia i nie może żyć bez radości. Nie zmierzamy do cierpienia wiecznego, nie do męki wiecznej, ale do wiecznego szczęścia. Często można usłyszeć u ludzi wierzących takie rozumowanie: kiedy człowiek jest szczęśliwy, to musi się pilnować, bo wkrótce stanie się coś niedobrego. Bóg zabierze tę radość. Radość jest nam dawana na krótko, i nie jest czymś, co powinno wypełniać ludzkie życie. Przy takim sposobie myślenia Bóg jawi się jako Ktoś, kto nie znosi człowieka szczęśliwego, bo w ten sposób jest on Jego konkurentem. Tylko Bóg ma prawo do szczęścia, a człowiek ma się trudzić i cierpieć. Jakby Bóg miał z tego satysfakcję!!! Czy można bardziej zniekształcić obraz Boga?

A przecież bez doznania radości w życiu Ewangelia pozostanie niezrozumiała. Niezrozumiałe będą obietnice Chrystusa, niezrozumiałe będą błogosławieństwa. Chrystus nigdy nie błogosławił cierpienia jako takiego. Raczej z niego wyzwalał, wyprowadzał z przeklętego kręgu ludzkiej ciemności, z pogrążenia w rozpaczy i bólu. Zbawienie i ludzkie szczęście wcale się nie wykluczają. I pamiętajmy, że ocalenie jakie mamy w Chrystusie dokonało się nie tylko przez Jego mękę, lecz przez całe Jego życie, także przez chwile radości i szczęścia.

Może więc warto uświadomoć sobie wyraźniej, jak mało nasze chrześcijaństwo docenia ludzkie szczęście jako coś wielkiego i pomagającego zrozumieć szczęście Boga - pomagającego zrozumieć to, do czego zmierzamy. Prawdziwe, szlachetne ludzkie szczęście jest pomocą w rozumieniu Boga. Ludzie szczęśliwi mogą nosić w sobie głęboką intuicję, że te wielkie i piękne chwile, które przeżyli, są antycypacją jeszcze większego szczęścia.

Nieszczęście zaś ma to do siebie, że przygniata człowieka. Kiedy ktoś jest w tragicznej sytuacji, trudniej mu dostrzegać innych czy nieść im pomoc. Troszczmy się więc o własne szczęście już teraz, aby móc dawać szczęście innym ludziom.

Rodzina Chrystusa była domem pełnym ludzkiej szczęliwości. Zapamiętajmy sobie ten obraz.

25 grudnia 2001. Boże Narodzenie

J 1, 1-5. 9-14
"Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przeszły przez Jezusa Chrystusa, Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. Koniec dłuższej perykopy. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy".

Usłyszeliśmy przed chwilą Prolog do Ewangelii Jana. Słowa mówiące o tym, co było u samego początku rzeczywistości, zanim cokolwiek się stało. Już 600 lat przed Chrystusem pierwsi filozofowie starożytnej Grecji pytali o początek i zasadę wszystkiego - o ARCHE świata. Zastanawiali się, co jest źródłem? Co sprawia, że świat jest właśnie taki? Gdzie jest ta moc kształtująca wszystko? Skąd ten sens, porządek i piękno?

Pierwszy z filozofów greckich Tales z Miletu mówił, że źródłem wszystkiego - że ARCHE świata - jest woda - źródło życia. Inni mówili, że kieruje wszystkim tajemniczy Logos - Słowo-Sens, inni że Umysł - NOUS, albo że światem rządzi na przemian prawo miłości i nienawiści, przyciągania i odpychania. Platon uważał, że istnieje inny, doskonały świat idei, którego nasz świat jest bladym cieniem i odwzorowaniem. Wszyscy ci starożytni myśliciele pytali o początek, o źródło całości i sens wszystkiego razem.

I w tę właśnie wielowiekową tradycję pytań i poszukiwań włącza się św. Jan Ewangelista mówiąc: Na początku było Słowo - en arche en ho logos. U samego początku, u źródła wszystkiego był Głos Boga, będący wypowiedzeniem całości sensu i treści boskiego bytu.

Owo właśnie Boskie Słowo, źródło i treść wszystkiego - przychodząc na świat - PRZESTAJE być powszechne i uniwersalne, a staje się indywidualną historią pojedynczego człowieka. Nie staje się nawet historią ludzkości czy narodu lub jakiegoś pokolenia. Słowo Przedwieczne staje się jednym, zwykłym człowiekiem, z jego pojedynczą, własną, prywatną historią życia. W całej jej przemijalności, przypadkowości i chwilowości.

Odwieczny stał się jedną chwilą, przejściem, momentem na ziemi, wśród nas - ludzi którzy przychodzą i odchodzą. Zwykła historia jednego zwykłego człowieka stała się historią Boga, historią Jego życia.

Od tego czasu już nie ma niczego, co byłoby nieważne. I nie mają racji ci, którzy mówią, tak jak Kohelet, że wszystko to marność, dym, (jak tłumaczy Miłosz) - ulotny i nieuchwytny. że wszystko to cień, który przemija i złuda, która znika. że chwile szczęścia i nieszczęścia przelatują nam jakby przez palce i już nigdy nie powrócą.

Uczłowieczenie Boga oznacza, że nie ma niczego, co byłoby pozbawione sensu i znaczenia. Nic nie jest złudą. Wszystko trwa, a przemijająca chwila, jest miejscem, w którym zagościła wieczność. Nic nie zniknie bezpowrotnie, bo jest domem Boga. Owa chwilowość i epizodyczność stała się mieszkaniem Stwórcy. Ulotny moment życia zostaje ocalony. Nie tyle przemieniony w wieczność, ale zachowany w swej chwilowości i odrębności... I nowości !!!, której ciągłe pojawianie się nadaje blask i świeżość naszemu życiu.

Zyjmy więc tą chwilą, która jest nam dana, chwytajmy ją. żyjmy i cieszmy się nowością, którą przynosi zmienny świat. Bo tak będziemy żyć w pełni jako ludzie i na tej drodze spotkamy Boga, który wkracza właśnie w ten sezonowy i ginący świat.

Jezus przyszedł i odszedł zgodnie z prawem życia, ale pozostaje z nami zgodnie z prawem boskiego trwania. W Bogu nic nie ginie. Cieszmy się więc chwilą, bo jest ona miejscem spotkania wieczności, która nie przemija.

[ Top ]
© 2007 Tadeusz Bartoś. Design by Andreas Viklund.